poniedziałek, 12 września 2011

Ręka fatum - April Henry, Lis Wiehl





Lis Wiehl, April Henry
Ręka fatum
tłum. Anna Bańkowska

Prószyński i S-ka
Warszawa 2011


Zawsze przerażało mnie oglądanie – na filmach albo w książce, oczyma wyobraźni – jak ludzie powoli umierają. Nie chodzi mi tu oczywiście o odchodzących pogodnie staruszków, otoczonych na łożu śmierci przez wianuszek pogodzonych z losem wnuków. Mam na myśli ludzi, którym mordercy zgotowali powolną, ale niechybną śmierć. Ludzi którzy wiedzą, że umierają, ale nie mogą nic zrobić, bo umierania nie da się powstrzymać tak jak siarczystego kichnięcia. Właśnie w taki sposób ginie Jim Fate, słynny gospodarz radiowego programu „Ręka Fatum” – w zamkniętym szczelnie pomieszczeniu do nagrań otwiera zaadresowaną do niego przesyłkę pocztową, uwalniając trujący gaz. Podejrzewając, że to sarin, mężczyzna postanawia nie uciekać z pomieszczenia, gdyż wie, że mógłby wtedy narazić życie wszystkich osób w budynku. Wstrzymując oddech, czeka na ratowników. Do końca pozostaje z nim tylko jego najbliższa współpracowniczka, Victoria, stojąc po drugiej stronie dźwiękoszczelnej szyby. I chociaż wiadomo, że Jim musi umrzeć, że umrze, bo to zagadkę jego śmierci będą rozwiązywać trzy przyjaciółki, do końca łudzimy się – do ostatniej chwili mamy nadzieję, tak jak i sam Jim. To wrażenie dziwnej bezsilności i przerażenia grozą śmierci utrzymuje się w kryminale do ostatniej niemal strony, chociaż Jim Fate już dawno wystygł. To się nazywa mocny początek…

Do lektury Ręki fatum zachęciła mnie okładka (tak, jestem łasa na efektowną grafikę!) oraz lektura opisanej powyżej początkowej sceny. Gdyby nie te czynniki, być może nie zdecydowałabym się sięgnąć po książkę Lis Wiehl i April Henry, ponieważ pomysł z trzema przyjaciółkami, które tradycyjnie spotykają się w ulubionej knajpie wydaje mi się dość mocno wyeksploatowany. Lektura tego intrygującego thrillera przekonała mnie, że… czasem jednak się mylę;-) Wbrew moim obawom trzy przyjaciółki: prokurator Allison Pierce, agentka FBI Nicole Hedges i dziennikarka Cassidy Shaw, nie tworzą łzawej grupy wzajemnego wsparcia i nie chodzą razem do toalety, żeby potrzymać sobie drzwi. Każda z nich interesuje się postępami śledztwa z innych powodów i działa w inny sposób – chociaż wszystkie trzy chcą, by prawda wyszła na jaw, chwilami może się wydawać, że rywalizują ze sobą w walce o informacje, a ich interesy bywają sprzeczne…

Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z tej lektury – akcja trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony… przy czym trzeba dodać, że te emocje wywołuje nie tylko sprawa morderstwa Jima Fate’a. Nicole, Cassidy i Allison mają na tyle interesujące życie osobiste, że chwilami można zapomnieć, że chodzi tu przede wszystkim o złapanie mordercy.
Jedyne, czego żałuję, to że rozpoczęłam od drugiej części cyklu – niestety w tekście pojawiają się informacje, które uczynią lekturę Oblicza zdrady nieco mniej emocjonującą dla takich niepoprawnych czytelniczych bałaganiar jak ja. Ale myślę, że i tak się skuszę…     

wtorek, 6 września 2011

Pod Zawianym Kaczorem - Martha Grimes

Martha Grimes
Pod Zawianym Kaczorem
tłum. Anna Jarzębowska
W.A.B.
Warszawa 2010

Dzięki ostremu zapaleniu gardła kolejny tom Marthy Grimes został przeze mnie uroczyście pochłonięty.
Pod Zawianym Kaczorem to czwarta część cyklu o Richardzie Jurym – po przeczytaniu jej zdałam sobie sprawę, że nie ma co „skakać” po tomach: trzeba zacząć po Bożemu, od Huncwota, i potulnie posuwać się do przodu. Oczywiście każda część funkcjonuje osobno jako samodzielna zagadka, ale czytając byle jak, traci się spójność wątków innego rzędu, mianowicie historii Jury’ego i Planta. Na przykład w Kaczorze pojawiają się dwie młode damy, które nie są obojętne żadnemu z tych panów, ale co ich łączy i jak to się zaczęło? – o tym najwyraźniej można się dowiedzieć z tomu Pod Anodynowym Naszyjnikiem. Najwyraźniej będę Zmuszona go przeczytać. Oh oh;-))

Pod Zawianym Kaczorem to tom Szekspirowski – czy raczej: elżbietański. Richard Jury – niechętnie, bo niechętnie, ale jednak – podejmie się rozwiązania sprawy dość brutalnych morderstw dokonanych na amerykańskich turystkach napadniętych w Stratfordzie. Sprawca, osobnik o wyraźnie chirurgicznym zacięciu (brr! krwawo jest…), zostawia na ciałach swych ofiar kartki z wersetami wiersza. I – jak zauważa ponuro Jury – nie wiadomo, jak długi jest ten wiersz… Wydaje się, że pomiędzy zamordowanymi kobietami nie można znaleźć żadnego związku poza tym, że były uczestniczkami tej samej wycieczki. Zupełnie też nie pasuje do sprawy morderstw zaginięcie małego chłopca – również zwiedzającego rodzinne miasto Szekspira z amerykańską wycieczką. Śledztwo idzie bardzo opornie i Jury wydaje się pozbawiony entuzjazmu (zwłaszcza, że jego „ulubiony szef” krzywo patrzy na jego udział w dochodzeniu), ale jednak nie rezygnuje. Jak zwykle pomaga mu Melrose Plant, ale to nie jego wsparcie sprawia, że Jury się nie poddaje. No tak – oczywiście chodzi o jakąś spódniczkę. Ma na imię Penny – i czternaście lat.

Martha Grimes zapewniła Penny świetne wejście, umieszczając ją na tle dwóch pretensjonalnych i dość wulgarnych bab oraz przedstawiając bardzo ujmujący opis owej dziewczynki. Ja też, tak jak Jury, od razu polubiłam Penny – a jak wiemy, w kryminałach to dość niebezpieczne, bo może się okazać, że nasz ulubiony bohater będzie następną ofiarą albo okrutnym mordercą (nie wiadomo, co gorsze!). Tak czy inaczej – Richard Jury postanowił odszukać zaginionego brata Penny, a do tego konieczne było rozplątanie wszystkich wątków tej zagmatwanej sprawy…

Po lekturze Kaczora utwierdziłam się w mojej sympatii dla Marthy Grimes i słabości dla Jury’ego. Oczywiście, Plant też jest niczego sobie i to właściwie on jest typem idealnego detektywa-dziwaka, ale… No właśnie. Ładnie ujął to recenzent z New York Times Book Review: „Although Plant is man enough to face the implications of this sad story, it’s good to have Jury around at the end” (z recenzji tomu The Larmona Wink). Ha! Powiedziałabym, że Zawsze dobrze jest mieć przy sobie Jury’ego! Jego (zupełnie nie kobieca) wrażliwość oraz spowijająca go aura pełnego ciepłej rezygnacji smutku sprawia, że czytelniczki… ekhem, czytelnicy z ufnością obserwują wszystkie jego poczynania, pewni, że kto jak kto, ale Jury rozwiąże tę sprawę. A Melrose? Cóż, ma o wiele więcej wdzięku i być może jest nawet bardziej błyskotliwy, ale… Różnica jest taka, jak między rorokowym fotelem na giętych nóżkach a solidnym dębowym krzesłem. Za dużo złoceń. Jeśli mam wybierać, wolę bezpretensjonalny, budzący zaufanie ciemny dąb. Jedną z przyjemności, jaką daje lektura książek Marthy Grimes, jest to, że można sobie snuć takie niewinne rozważania i z ciężkim sercem, ale zdecydowanie odrzucać awanse Planta na korzyść Jury’ego. Niechaj nie zapomina, że jest tylko pomocnikiem. To cykl o Richardzie Jurym, jasne?;-))

Zanosi się na to, że przy każdej pochwalnej recenzji książki Grimes będę się czepiać jednej, wybranej rzeczy. Ostatnio były natrętne porównania. Tym razem nie spodobało mi się wtłaczanie do książki na siłę motywów Szekspirowskich. Długie przemowy Harvey’a Schoenberga szczerze mnie znudziły i chyba tylko wyjątkowo zaciekły pasjonat biografii Szekspira znalazłby w nich upodobanie. Ja wiem, że Stratford, że Królewski Teatr Szekspirowski itd., ale chyba można takie smaczki wprowadzać nieco bardziej subtelnie?

Tak więc następny w kolejce jest tom Pod Huncwotem. Jestem pewna, że znajdę tam jedną rzecz, która mnie zirytuje. Ale może będę się musiała postarać…

Śmiercionośny rękopis - Rex Stout


Rex Stout
Śmiercionośny rękopis
tłum. Anna Dwilewicz
Wydawnictwo Dolnośląskie

Moja znajomość z Rexem Stoutem zaczęła się dość dynamicznie. Zerknęłam na skrzydełko okładki najnowszego wydania i tchu mi zbrakło.
„W 2000 roku na Bouchercon, największej konwencji skupiającej autorów i pisarzy literatury kryminalnej, ale także ich agentów, księgarzy i wydawców, powieści Rexa Stouta uznane zostały za Najlepszą Serię Kryminalną Stulecia, a on sam za Najlepszego Pisarza Kryminałów XX wieku”.
Hola, hola, zły człowieku! Królowa jest tylko jedna!;-))
Żeby udowodnić panu Stoutowi jego bezwarunkową samczą niższość, porwałam książkę z półki i pobiegłam do kasy.
Pierwsze strony utwierdziły mnie w ponurej, pełnej satysfakcji wrogości. Otóż główny bohater, powołany do życia przez Stouta, to żarłok i leń o paskudnym charakterze, który podejmuje się rozwiązywania zagadek nie z miłości do prawdy i sprawiedliwości, nie dla dreszczyku intelektualnej przyjemności – ale dla czeków na niebagatelne sumy, które gorliwie wypisują jego klienci. Taki właśnie jest Nero Wolfe.
Już kilka stronic później, kiedy z oburzeniem czytałam o tym, jak bezduszny Wolfe wyciąga od zrozpaczonego ojca zamordowanej dziewczyny ciężkie pieniądze po to, by móc się objadać naleśnikami z miodem tymiankowym… zrozumiałam, że dałam się nabrać. Skreślić Stouta to trochę tak, jakby stwierdzić, że Greg House to złośliwy gbur, więc trzeciego sezonu oglądać nie będę.
Słowem, lody zostały przełamane i spojrzałam na Stouta i Wolfe’a nieco przychylniej. A potem całkiem straciłam głowę – dla Archiego Goodwina. No, ale nie ja jedna.

W Śmiercionośnym rękopisie (oryg. The Murder by the Book, poprzednio przetłumaczono jako Detektywi i storczyki) detektyw Nero Wolfe, odludek, miłośnik i hodowca rzadkich orchidei oraz – tak, tak – żarłok i leń, wraz ze swoją prawą ręką, czyli ujmującym Archiem Goodwinem o ciętym dowcipie, zajmują się zagadką dwóch morderstw, tajemniczo, acz niewątpliwie ze sobą powiązanych. Najpierw ginie Leonard Dykes, pracownik kancelarii adwokackiej, a potem Joan Wellman – i to właśnie do wyjaśnienia jej śmierci Wolfe zostaje zaangażowany przez papę Wellmana (osobistość nietuzinkową). Mnie też od początku bardziej zainteresowała śmierć Joan niż Leonarda, ponieważ Joan pracowała w wydawnictwie i zginęła po odrzuceniu nadesłanej pocztą literacką powieści. Jako że znam kwestię poczty literackiej z obu stron, postanowiłam na wszelki wypadek przyjrzeć się sprawie bliżej…;-))
Nie mogę powiedzieć, że wyniosłam z lektury Śmiercionośnego rękopisu cenne wskazówki, ale zdecydowanie sprawa podwójnego (no, dobrze – potrójnego) morderstwa była bardzo interesująca. Szczegółów intrygi oczywiście nie zdradzę.

Chociaż dalej uważam, że palmę pierwszeństwa w dziedzinie kryminałów dzierży przedstawicielka płci pięknej, muszę przyznać, że jestem zachwycona Stoutem. Skontrastowanie ponurego, małomównego Wolfe’a z wygadanym, wesołym i pełnym uwodzicielskiej galanterii Goodwinem to naprawdę świetny pomysł. Podobało mi się też sprawne prowadzenie narracji, w której statyczne dochodzenie, dynamiczna akcja i komiczne scenki rodzajowe zostały w idealnych proporcjach połączone. Starcie Archiego z porucznikiem Rowcliffem doprowadziło mnie do niepowstrzymanych wybuchów chichotu (o zgrozo!), a kto zabił – przyznaję: nie domyśliłam się. Stout ma też dar wprowadzania dużej liczby bohaterów w tak naturalny sposób, że czytelnikowi się nie myli, czy Sue to była ta ładna, czy ta, która dobrze tańczy. Tak, kobiet jest tam sporo i niestety wiąże się to z koniecznością „wysłuchania” komentarzy Archiego na ich temat (ale i tak go lubię!).
Podsumowując, Wolfe’a i Goodwina należy mieć na oku. Nigdy nie wiadomo, co tacy  wymyślą (Nero jest znany ze swoich dość bezwzględnych metod). Żeby móc spać spokojnie, kupiłam dwa kolejne tomy.    


Okiem redaktora: bez zastrzeżeń, bardzo dobre tłumaczenie.
Okiem edytora: nie podobają mi się okładki w tej serii, ale to rzecz gustu... Marginesy dość skąpe, format poręczny, wygodne skrzydełka.  


    

czwartek, 25 sierpnia 2011

Pod Przechytrzonym Lisem - Martha Grimes






Martha Grimes
Pod Przechytrzonym Lisem
tłum. Anna Bartkowicz
W.A.B.
Warszawa 2008


Gdzie detektywów trzech...


W dość ponurym miasteczku Rackmoor dochodzi do tajemniczej zbrodni. Pewnej styczniowej nocy strażnik znajduje zadźganą młodą kobietę, która wracała z balu przebierańców. Nie wiadomo, czym zadano jej śmiertelne rany – a przede wszystkim nie wiadomo, kim tak naprawdę była ofiara. Podawała się (oczywiście za życia;-)) za Gemmę Temple, ale jednocześnie twierdziła, że tak naprawdę jest zaginioną Dillys March, wychowanicą cieszącego się w okolicy ogromnym poważaniem sir Titusa Craela. Ażeby jeszcze bardziej pogmatwać sytuację, jedna z mieszkanek Rackmoor twierdzi, że to na nią, a nie na Gemmę czyhał morderca…

Do rozwiązania sprawy zabiera się dziarsko aż trzech detektywów: Ian Harkins, miejscowy policjant o dość trudnym charakterze, Melrose Plant, ekscentryczny gentleman, który „zrzekł się swojego tytułu, ale ciągle mu go zwracają” i oczywiście inspektor Richard Jury, nasz główny bohater. Nie koniec na tym – do grona detektywów chce koniecznie dołączyć także Agatha, wścibska i żarłoczna ciotka Planta, ale na szczęście tym razem udaje się ją unieszkodliwić.

Wydawałoby się, że skoro sprawą zajmują się trzy tęgie umysły, morderca powinien szybko znaleźć się za kratkami. Niekoniecznie dzięki zgodnej współpracy detektywów – właściwie nawet bardziej prawdopodobne, by każdy z nich chciał rozwikłać zagadkę morderstwa niejako na złość pozostałym… Tymczasem tajemnica śmierci Gemmy Temple (lub Dillys March) pozostaje nierozwiązana – nawet Jury’ego zawodzi intuicja: nie tyle nie może się zdecydować, kto jest najbardziej podejrzany, ile wydaje mu się, że żaden z kandydatów nie przedstawia się specjalnie obiecująco. Inspektor jest jednak pewny, że klucz do zagadki leży w tragicznej przeszłości domowników rodu Craelów…

Chociaż pochwalne peany na cześć Marthy Grimes wydawały mi się nieco przesadzone („Grimes nie jest drugą Dorothy Sayers. Nie jest drugą Agathą Christie. Jest lepsza od nich obu”…hmm), sięgając po Pod Przechytrzonym Lisem (czyli drugi tom o Richardzie Jury’m), byłam nastawiona przychylnie zarówno autorki, jak i głównego bohatera. I nie zawiodłam się. Rzeczywiście jest do świetny kryminał w stylu literatury kominkowej, takie świeże spojrzenie na klasyczną intrygę. Uwielbiam śledztwa prowadzone w zimowej aurze, zamarznięte wrzosowiska, klify i zimne morskie fale, polowania, mgły, stare arystokratyczne rody pełne czarnych owiec, rodzinne tajemnice… Od razu też zaprzyjaźniłam się z głównym bohaterem, być może dlatego, że nie stara się na siłę być wyjątkowy. Ale taki właśnie jest. Wszak przystojnych, inteligentnych, wysokich i nieżonatych mężczyzn po czterdziestce to ze świecą szukać!;-) Do tego intryga prowadzona jest tak umiejętnie, że czytelnik nie błądzi po manowcach, ale idzie krok w krok z Jury’m. To lubię, powiadam, to lubię!

Jedyne, co mi się w tym kryminale nie podobało, to styl. Martha Grimes pisze świetnie, muszę to przyznać, ale niektóre porównania wydawały mi się strasznie wydumane. Irytowała mnie zwłaszcza predylekcja do nieuzasadnionych (jak mi się zdaje) skojarzeń ze sferą seksualną, utratą dziewictwa itd. „Objęła się ramionami, zakrywając piersi tym bezwiednym gestem, którym kobiety bronią się przed gwałtem” – ni stąd ni zowąd nagle pojawia się taki opis, który nijak się nie odnosi do żadnego wymiaru prowadzonej właśnie rozmowy. Nie wiem, czy to jakiś świadomy zabieg, który miał dodać nieco „męskości” stylowi autorki – czy też po prostu się czepiam;-) Styl jest oczywiście sprawą gustu i chociaż ja mam tu swoje drobne zastrzeżenia, nie sprawiło to, że zniechęciłam się do książek Marthy Grimes. Wręcz przeciwnie, nie mogę się doczekać, kiedy zacznę czytać następny tom, żeby móc się nad nim należycie zirytować… A jakby tak przeczytać od razu dwa następne, jeden po drugim! Mmm :-)

środa, 29 czerwca 2011

Niewolni



William Nicholson
Niewolni
tłum. Milena Wójtowicz
Fabryka Słów
Lublin 2010


Jeśli jakaś książka naprawdę przypadła mi do gustu, zawsze sięgam z lękiem po następny tom. W przypadku Niewolnych – drugiej po Pieśniarzu wiatru części cyklu Ognisty wiatr – po raz kolejny spotkało mnie ze strony Williama Nicholsona bardzo miłe zaskoczenie. Już po kilkunastu stronach zorientowałam się, że nie czeka mnie rozczarowanie, ale wręcz przeciwnie: zupełnie nowa przygoda.

Przede wszystkim w drugim tomie zmienia się konstrukcja fabuły – nie mamy już do czynienia z wyprawą młodych bohaterów, lecz z wędrówką (wygnaniem) całego miasta. Wcześniej rodzina Hathów była odpowiedzialna za losy Aramanth niejako metaforycznie – teraz los całego ludu Manthan zależy od nich dosłownie. Wojownicy Hegemonii pojmali i zniewolili Aramanth – niewinni ludzie giną, a los reszty zależy od okrutnych reguł wyznaczonych przez najeźdźców. Manthanie w naturalny sposób zwracają się ku Hathom jako duchowym liderom miasta, oczekując od nich znalezienia drogi ucieczki. Szybko jednak okaże się, że niewola odciska na ludziach swoje piętno niemal natychmiast, a słów Iry Hath, prorokini, nikt nie chce słuchać…

Kompozycję książki organizują trzy przeplatające się wątki: zmagania Hathów z rzeczywistością życia w Hegemonii, podróż Kestrel u boku księżniczki Sisi oraz tajemnicze działania Pieśniarzy. Zmieniające się krajobrazy i przestrzenie dodają opowieści dynamiki, a przy tym akcja prowadzona jest tak, że każdy akapit czyta się z równym zainteresowaniem.  
Być może mistrzowstwo formy nie jest zwykle najważniejszym atutem powieści fantasy, ale ja nigdy nie mogłam się oprzeć dobrze opowiedzianej historii. A w przypadku Niewolnych zdecydowanie nie jest to jedyna zaleta tekstu…

Bohaterowie już znani przechodzą interesujące przemiany, a poza tym pojawiają się nowi: piękna i niemądra Sisi, próżny Zohon, ambitny i niebezpieczny Marius Ortiz, bezwzględny Pan oraz Pieśniarze. Każda z tych postaci kryje w sobie jakąś tajemnicę i niespodziankę. Zdecydowanie najbardziej fascynujący są Sisi i Marius: osobowości silne, a przy tym niejednoznaczne i nieprzewidywalne.
Nicholson i tym razem skompletował idealne dramatis personae – postaci zdolne obudzić pasję w praktycznej Kess i niepokój w wyciszonym, niejako „dostrojonym” do innych Bowmanie.

Zdecydowanie autorowi nie brakuje nowych pomysłów – stworzył świetnie wyważoną kompozycję, fascynujących bohaterów oraz niezapomniane sceny. Do tych ostatnich należy niewątpliwie spotkanie Kess z Sisi, popis Mumpo podczas manaksy oraz taniec Kestrel z Mariusem. Wśród tej mnogości wydarzeń czytelnik zaczyna w którymś momencie odkrywać subtelnie rozplanowane zależności. Możemy obserwować jak poszczególne elementy (również te znane z pierwszego tomu) zaczynają się ze sobą zazębiać i przeplatać, nabierając zupełnie nowych znaczeń.
Można powiedzieć, że czytanie książek Nicholsona jest jak tańczenie tantarazy z mistrzem – tancerka niemal od razu zdaje sobie sprawę, że jej partner doskonale wie, co robi, i może ufnie poddać się intuicyjnemu rytmowi tej muzycznej opowieści.

Chociaż Niewolni to książka napisana jasnym i lekkim stylem, nie brakuje w niej chwil bardzo ponurych. Opowieść o granicach między strachem i zniewoleniem, o tym, jak łatwo przemówić do tkwiących w nas mrocznych miejsc: dumy, okrucieństwa, chciwości, nie może być lekka. I nie powinna być. Na pewno zaś może być – i jest – prawdziwie fascynująca.



Okiem edytora: okładka autorstwa Dark Crayona, jak zwykle świetna (wydanie angielskiego oryginału wypada przy niej bardzo słabo...). Projekt składu przejrzysty, piękne ilustracje.

Okiem redaktora: naprawdę świetne tłumaczenie; trafiło się niestety kilka literówek (ale komu się nie zdarzają...).

Gęś, śmierć i tulipan



 
Wolf Erlbruch
Gęś, śmierć i tulipan
tłum. Łukasz Żebrowski
Wydawnictwo Hokus-Pokus
Warszawa 2008



Kwestia formatu
 
Kiedy po raz pierwszy wzięłam do rąk książkę Gęś, śmierć i tulipan wydaną przez Hokus Pokus, zaczęłam się zastanawiać nad formatami książek dla dzieci. Wydawać by się mogło, że jest to sprawa drugorzędna – a nawet ostatniorzędna. A jednak…

Czy istnieje jeden idealny format książek dla dzieci? Raczej nie. Format powinien być po prostu odpowiednio dobrany do treści i charakteru książki, co zapewne nie zawsze jest łatwym zadaniem. Są zatem książki w formatach wygodnych i bezpretensjonalnych, które można łatwo wsunąć do torby lub wygodnie trzymać w ręce – takie jak np. Co krasnale mają w nosie (210x147) tegoż wydawnictwa czy nowe wydanie cyklu o Muminkach Naszej Księgarni (118x160); książki dobre na każdą okazję. Są też książki w formatach dostojnych, które najlepiej czytać w domu, bez pośpiechu, w wygodnym fotelu – ostatnio dostałam pełny naturalnej godności egzemplarz Córki króla moczarów Andersena (Media Rodzina, 180x235) i cóż, na pewno nie zabrałabym go ze sobą, żeby poczytać w autobusie, ale na półce prezentuje się bardzo atrakcyjnie. Są wreszcie małe, milutkie książeczki, w których opisano małe, milutkie historyjki – takie jak klasyczne tomiki opowieści Beatrix Potter (zawsze gdy po nie sięgam, mam wrażenie, że trzymam w rękach małe zwierzątko).
I są książki duże – o dużych sprawach.

Gęś, śmierć i tulipan należy do tych ostatnich. Wydano ją w formacie 240x297 – jest naprawdę duża. Osobie praktycznej może się wydawać, że to format dość rozrzutny, którego zastosowanie byłoby wskazane na przykład, gdyby ilustracje były na tyle szczegółowe, że pomniejszenie ich uczyniłoby detale nieczytelnymi. Dość podobny format (230x300) ma książka Pan Brumm tego nie rozumie wydawnictwa Bona i rzeczywiście niektóre z zamieszczonych tam ilustracji straciłyby dużo ze swego uroku, gdyby je zmniejszono. Tymczasem w Gęsi, śmierci i tulipanie mamy do czynienia z ilustracjami w zasadzie dość prostymi, które wyglądałyby dobrze również w książce innego formatu. Ale czy wyglądałyby tak samo?

Postaciom gęsi, śmierci, przestrzeni stawu czy oszczędnym linijkom tekstu przeznaczono naprawdę dużo przestrzeni – jedna ze stron jest w zasadzie pusta: przelatuje przez nią tylko atramentowy kruk z seledynowym okiem; na wielu stronach mamy tylko po cztery wersy tekstu.
Na pewno dzięki temu postaci są bardzo ładnie wyeksponowane, a nad słowami zatrzymujemy się dłużej, ale to nie wszystko. Duże płaszczyzny „pustej” kartki lub monochromatycznej powierzchni stawu sprawiają, że cała książka nabiera jakby dodatkowej przestrzeni – przestrzeni pełnej znaczeń.

Gęś, śmierć i tulipan to książka o pewnej gęsi, która miała umrzeć (tulipan, co ciekawe, nie występuje w tekście – widzimy go tylko na ilustracjach, w rękach śmierci. Jest czerwony, podbity czernią). Gęś dowiedziała się tego od samej śmierci – a ta oczywiście zna się na tym najlepiej. Właściwie gęś nie jest naprawdę przerażona spotkaniem ze śmiercią; może dlatego, że najwyraźniej śmierć nie ma zamiaru od razu przystąpić do dzieła. A może dlatego, że nosi zupełnie zwyczajną sukienkę w kratkę, która upodabnia ją trochę do gosposi. Ale jednak śmierć to śmierć – z ową wzruszająco codzienną sukienką kontrastuje nieproporcjonalnie wielka głowa w kolorze kości słoniowej. Najwyraźniej śmierć jest bardzo mądra – myśli sobie pewnie gęś. Jednak jeżeli nawet tak jest, to śmierć nie ma zamiaru dzielić się swoją wiedzą – o tym, co się dzieje Potem – z gęsią. Za to dość często mówi o niebezpieczeństwie kataru, o lisie… A o tym gęś nie chce słuchać. Właściwie to trudno jej się zorientować, czy śmierć jest miła, czy raczej nie. Ale gęś tak czy inaczej spędza z nią czas – skoro już jest… I tak zaczyna się oswajanie śmierci. Bardzo zwyczajne oswajanie – poprzez rozmowę, milczenie, dotyk. Nie wiemy, do czego to ma prowadzić. Czy rodzi się właśnie niezwykła przyjaźń? Czy śmierć zmieni zdanie? 
Gęś umiera.
Co się stało? Czy to śmierć oswoiła się z gęsią czy gęś ze śmiercią? Staw zniknął dla gęsi czy też pozostał samotny bez niej? Umieramy dlatego, że pogodziliśmy się ze śmiercią, czy pomimo tego? Takie pytania można zadawać w nieskończoność. Gęś też na pewno miała ich wiele. Ale cóż – takie jest życie, jak mówi śmierć.

Zastanawianie się nad niektórymi sprawami wymaga szerszego spojrzenia, odpowiedniego dystansu i wyciszenia. Taki efekt można osiągnąć za pomocą odpowiednio dobranych, oszczędnych słów, bezpretensjonalnej prostoty fabuły, piękna ilustracji, kolorystyki, a także – jak widać – rozwiązań graficzno-edytorskich. „Poszerzenie granic” książki (w pewnym sensie: w nieskończoność) wzmacnia siłę wyrazu wszystkich jej pozostałych elementów.

Gęś, śmierć i tulipan to książka pozbawiona puenty – bo puenta zawsze jest rodzajem zawężenia rozpatrywanej kwestii. Otwartość i wielowymiarowość tej opowieści podkreśla także dobór formatu – dla wielkich spraw przeznaczono odpowiednio dużą przestrzeń. Bo przecież na kartce książki musi się zmieścić i śmierć, i wysokie drzewo, i cały staw…


czwartek, 16 czerwca 2011

Pieśniarz wiatru



William Nicholson
Pieśniarz wiatru
Fabryka Słów
Lublin 2010
Tłum. Milena Wójtowicz

Pierwsze, czym przyciągnęła mnie ta książka, była Dark Crayonowa okładka – zwykle skradam się do wszelkiej nowej fantastyki bardzo nieufnie, ale tym razem pomyślałam: z tą okładką to nie może być Aż Tak Złe… Nie zniechęciła mnie nawet zwodnicza informacja na froncie, iże mam w ręce „klasyczną historię w stylu Harry’ego Pottera” (jest tylko jeden Harry Potter – na szczęście:-> ). Tym niemniej nie wiedziałam, czego mam się po Pieśniarzu spodziewać. A i tak zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona.

Jeśli chodzi o niebezpieczne wyprawy, przygody i walkę z ciemiężcą, utarty schemat przewiduje, że w nieznane wyrusza samotny bohater, by z dala od ojczyzny, pod obcymi gwiazdami mocować się z losem. W domu zaś zostaje zapłakana matka-staruszka, oczekując, że wszystko się ułoży – oprawcy zostaną pokonani, księżniczki uwolnione, smoki zaszlachtowane, kraj wyzwolony. Tymczasem w książce Williama Nicholsona do walki staje cała rodzina Hathów. Dwoje najstarszych dzieci – Kestrel i Bowman – wyrusza co prawda w nieznane, ale ich matka, Ira Hath, nie należy do tych, które siadają na przypiecku i biadolą „Laboga!”, załamując ręce. Kilka razy zastanawiałam się nawet, jak to możliwe, że ktoś taki jak Ira, potomkini posępnego proroka, w takim mieście jak Aramanth nie wpadł w problemy o wiele wcześniej… Jej energiczna, gwałtowna natura wydaje się stworzona do buntu i Ira rozkwita – dosłownie – kolorami, wydając wojnę zniewolonym umysłom mieszkańców miasta. Także spokojny Hanno Hath i mała, niepokorna Pinpin, każde na swój sposób, dołącza do rodzinnej rebelii.

W Pieśniarzu wiatru ujęła mnie właśnie ta… rodzinność. Więzi łączące Hathów (najsilniejsze oczywiście między czytającymi sobie w myślach bliźniakami, Kess i Bo) zostały pokazane w sposób bardzo prosty i przez to chwytający za serce. „Kocham cię, mój ukochany bracie”. „Kocham Kess”. „Jesteś na mnie zły?” – „Nie. Kocham cię”. Wydaje mi się, że jeszcze nigdy w żadnej książce nie „usłyszałam” tego słowa tyle razy i to wypowiadanego w taki sposób – i za każdym razem brzmiało tak samo prawdziwie. Brzmiałoby tak, nawet gdyby powtarzali je po sto razy.

Bardzo podobał mi się także sposób przedstawienia bohaterów, bardzo daleki od idealizacji. Oczywiście, jeśli chce się stworzyć bohatera z krwi i kości, trzeba dołożyć mu kilka interesujących wad, które będą podtrzymywać zainteresowanie postacią, irytować i intrygować. Tymczasem wady Bo i Kess nie mają w sobie nic pociągającego. Bowman okazał się tchórzem. Kess bywała bezlitosna i nieżyczliwa. Po przeczytaniu tych fragmentów śmiałam się sama z siebie, bo niepiękne postępki bohaterów, których zdążyłam polubić, dotknęły mnie i przykro zaskoczyły – tak jak zaskakuje nagłe odkrycie, że nasi bliscy nie są idealni. Zapewne jest to ze strony autora rodzaj emocjonalnej manipulacji, ale manipulacji, powiedziałabym, uczciwej (tak jak Holly Golightly była uczciwą oszustką).

Podobnie uderzających fragmentów jest w tej książce wiele – zapamiętałam szczególnie jeden: kiedy Bo i Kess rozmawiają z ojcem o kłopotach, w które się właśnie wpakowali.

Bowman siedział obok, czekając, aż siostra się uspokoi. Nagle zadrżał i poczuł potrzebę przytulenia się do ojca. Przysunął się bliżej i oparł głowę o wełniany rękaw.
„Tata nam nie pomoże. Chciałby, ale nie jest w stanie”.
Ta myśl, prosta i jasna, po raz pierwszy przyszła mu do głowy. Powtórzył ją Kestrel.
„Tata nam nie pomoże”.
„Wiem” odpowiedziała. „Ale nas kocha”
s. 50

Hanno był najbardziej kochającym ojcem, jakiego można sobie wyobrazić – człowiekiem jednocześnie łagodnym i odważnym. Wychował swoje dzieci w taki sposób, że ufały mu bezgranicznie i wierzyły każdemu jego słowu. A przy tym potrafiły zrozumieć jego ograniczenia i pogodzić się z nimi. Ta sprzeczność, rodząca się gdzieś między zaufaniem i samodzielnością, nadzieją i odwagą, ma sobie coś bardzo przejmującego.

Mam też ogromną słabość do Mumpo i bardzo lubię te sceny, w których objawiają się jego zaskakujące talenty, zawstydzając szorstką Kess.
Tak, muszę przyznać, że niewiele jest w tej książce rzeczy, których nie lubię…


*

Pieśniarz wiatru to wspaniała, ożywcza lektura dla miłośników klasyki fantasy. Można odczytywać ją przez wiele „filtrów”, doszukując się w postaciach Morah, Zarów, starych dzieci lub w całej strukturze Aramanth rozmaitych znaczeń, jednakże niezależnie od liczby możliwych interpretacji, Pieśniarz wiatru pozostaje przede wszystkim świetnie napisaną historią. Nicholsonowi udało się – dzięki lekkości stylu i mistrzowskiemu wyczuciu dramatyzmu – stworzyć opowieść poruszającą, mądrą, a przy tym wolną od nachalnej „alegoryzacji”czy ukrytego moralizatorstwa. A takich książek nie spotyka się często.




Okiem edytora: piękne wydanie, wspaniała grafika, czytelny skład... Ideał:-)

Okiem redaktora: bardzo dobre tłumaczenie i opracowanie tekstu. Czyta się naprawdę bardzo przyjemnie. Ktoś tu ma świetne pióro!