Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2013

Zatrute czekoladki - Anthony Berkeley

Anthony Berkeley
Zatrute czekoladki
tłum. Zofia Uhrynowska
Iskry, Warszawa 1965
seria Klub Srebrnego Klucza


Na mojej szafie spełniającej funkcję podręcznej biblioteczki jest stos książek autorów ze Złotego Wieku angielskiej powieści detektywistycznej i oto kolejna (po Klubie Bellona, Jak najwięcej grobów i Tajemnicy Hog's Back) recenzja – tym razem przed państwem Anthony Berkeley i jego Zatrute czekoladki.
Na początku zaznaczę, że jest to dosyć specyficzny kryminał – praktycznie pozbawiony akcji i składający się w głównej mierze z dywagacji; w notce na okładce wydania z serii Klub srebrnego Klucza jest określony jako „szarada kryminalna”. Nigdy dotąd nie spotkałam się z tym rodzajem powieści detektywistycznej i nie powiem, żeby to było właśnie to, co tygryski lubią najbardziej, ale bardzo się cieszę, że przeczytałam Zatrute czekoladki, bo zdecydowanie lubię nowe doświadczenia czytelnicze.

Fabuła zarysowana jest w książce dosyć skrótowo: londyńska policja biedzi się z trudną sprawą morderstwa, którego ofiarą padła Joan Bendix, zjadając zatrute nitrobenzenem czekoladki. Wszystko wskazuje na to, że morderca zamierzał jednak uśmiercić inną osobę, a czekoladki trafiły do pani Bendix przypadkiem – przyniósł je do domu jej mąż (który nota bene również się zatruł, ale udało się go uratować), który z kolei dostał je od swojego znajomego z klubu, sir Eustace’a; ten zaś otrzymał je od samego producenta słodyczy jako próbkę reklamową. Tyle wiemy. Tyle wie też inspektor Moresby, prowadzący tę sprawę – chwilo bez powodzenia. Decyduje się on na dość niezwykły krok i zaprasza do współpracy elitarny klub detektywów-amatorów, którego prezesem i założycielem jest Roger Sheringham, pisarz kryminałów. W grupie jest jeszcze trzech innych pisarzy: Alicja Dammers, Mabel Fielder-Flemming, Percy Robinson, wzięty prawnik sir Charles Wildman oraz Ambrose Chitterwick (postać, powiedziałabym, z ducha dickensowska). Kółko detektywów z radością przystaje na plan Sheringhama i każdy z członków deklaruje, że przedstawi własne rozwiązanie tej zagadki. Inspektor Moresby postanawia obserwować czujnie ich poczynania i – mimo wszystko – żywi nieśmiałą nadzieję, że uda im się na coś natrafić i wspólnie wytypować mordercę. Rzecz w tym, że każdy z śledczych-amatorów podaje inne rozwiązanie…

Nazwałabym Zatrute czekoladki odwrotnością klasycznego kryminału – zamiast grona podejrzanych mamy grono detektywów i nie skupiamy się przede wszystkim na tym, kto okaże się mordercą, lecz na tym, kto będzie miał rację i zwycięży, poprawnie rozwiązując zagadkę. Poza tym w książce Berkeleya mamy też do czynienia z zupełnie inną kompozycją: o ile w „zwykłym” kryminale przemowa detektywa, wyjaśniającego kto, jak i dlaczego zabił, następuje na końcu, o tyle Zatrute czekoladki składają się z samych takich przemów. To właśnie z wypowiedzi poszczególnych członków kółka detektywistycznego dowiadujemy się o ich poczynaniach (niektórzy stawiają na metodę typu Nero Wolfe: siedzę i myślę, a inni podejmują praktyczne działania: przekupują pokojówki, prowadzą nieoficjalne przesłuchania). Taka konstrukcja sprawia, że książka jest dosyć statyczna, tym bardziej, że bohaterowie bardzo lubią mówić długo i szczegółowo, a narrator z przyjemnością rozwodzi się nad ich słabościami, śmiesznostkami i okropnym nudziarstwem. No i rzeczywiście, mnie również te przemowy mocno znużyły, chociaż muszę przyznać, że im bliżej końca, tym ten kryminał robi się ciekawszy, zaś wywód Percy’ego Robinsona jest tak świetnie poprowadzony, że udało mu się mnie całkowicie zaskoczyć i autentycznie rozbawić.

W miarę, jak przemawiają kolejne postaci, dowiadujemy się coraz więcej o śmierci pani Bendix, a także o samych detektywach. Nie wahają się oni wykorzystywać swoich prywatnych znajomości i kontaktów podczas śledztwa, a przez to okazuje się, że niektórzy z nich mają co nieco wspólnego zarówno z Bendixem, pogrążonym w żałobie wdowcem, jak i sir Eustace’em, który cudem uniknął śmierci. Morderca równie dobrze może znajdować się pośród grupy detektywów…

Zatrute czekoladki na pewno nie są kryminałem idealnym: postaci zostały zarysowane bardzo schematycznie i nie sposób do nikogo się tam przywiązać, ani nikogo znielubić, akcja praktycznie nie istnieje, fabuła została oparta na powtarzalnej sytuacji, w narracji zdarzają się okropne dłużyzny, a poczucie humoru autora wydaje mi się mocno zwietrzałe… Mimo wszystko myślę, że warto po tę książkę sięgnąć, bo kryminałów tego typu jest bardzo mało, a wszystkie wersje motywów i sposoby wykonania morderstwa zostały bardzo dobrze przemyślane i skonstruowane z godną podziwu żelazną logika. Mamy tu sześć bardzo prawdopodobnych, mocno opartych na dowodach hipotez, a poruszanie się między tymi pomysłami wymaga niezłej gimnastyki umysłu. Ja – przyznaję się bez bicia – nie domyśliłam się, kto jest mordercą; autorowi udało się mnie zmylić i oszołomić wielością możliwych rozwiązań.

Nie sądzę, abym w najbliższym czasie znów sięgnęła po jakąś książkę Berkeleya, ale to było ciekawe doświadczenie. Póki co, jeśli chodzi o autorów Złotego wieku, na pierwszym miejscu wciąż plasuje się Margery Allingham.      

Recenzja dołączona do wyzwania Czytamy kryminały edycja marzec/kwiecień (kryminał angielski)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

Ziarno prawdy
Zygmunt Miłoszewski
WAB 2013 / Zima z kryminałem, Polityka


Recenzja z okazji drugiego wydania Ziarna prawdy

Tegoroczna Zima z kryminałem to trzy wielkie em: Mankell, Marinina i – wreszcie – Miłoszewski. Wreszcie, bo to na ten tom niecierpliwie czekałam, jako że chciałam mieć wreszcie własny egzemplarz. Na początek kilka słów o tym kieszonkowo-kioskowym wydaniu – otóż dobre jest. Książka lekka, poręczna, ale przy tym starannie wydana, okładka jest w dotyku przyjemnie matowa, prawie aksamitna.   

Jeśli chodzi o zawartość, to o jej jakości może zaświadczać nagroda Wielkiego Kalibru, którą autor odebrał – jako jedyny w kryminalno-festiwalowej historii – po raz drugi. Jak to zwykle bywa z takimi wyróżnieniami, paradoksalnie im głośniej o jakimś pisarzu, tym bardziej trzeba przekonać się na własnej skórze, czy to naprawdę aż takie dobre. Moim zdaniem w tym przypadku: o, tak.

Na pewno powinni przeczytać Ziarno prawdy wszyscy, którzy interesują się współczesnym polskim kryminałem, a także ci, którym podobała się poprzednia książka o prokuratorze Szackim, czyli Uwikłanie. A także ci, którym Uwikłanie się nie podobało. Ziarno prawdy – chociaż to kontynuacja pierwszej części – jest pod pewnymi względami zupełnie inne. Narracyjnie o wiele bogatsze, bardziej przekonujące i po prostu ciekawsze. A jeśli chodzi o głównego bohatera…

Myślę, że nigdy nie będę fanką Teodora Szackiego, ale czytanie o jego perypetiach uczuciowych sprawiło mi tym razem o wiele więcej przyjemności. Takiej kobiecej, tryumfalnej, przyziemnej przyjemności: oto niegodziwy krętacz i zdrajca zostaje ukarany. Tak się strasznie męczył w małżeństwie i w warszawskiej pracy, tak potrzebował życiowej zmiany: no to proszę bardzo. Uwiedziony złudnym blaskiem wolności od zobowiązań i widokiem pięknej panoramy Sandomierza Szacki rzuca wszystko – i zostaje na lodzie. Sandomierz okazuje się miastem dość nudnym, pięknym, ale nudnym, mającym swoje dobre strony, ale nudnym, nudnym, zaś powrót do kawalerskiego życia kończy się dla Szackiego płaczem nad sierocą kanapką z baleronem i szczypaniem przy sikaniu. Taki to casanova i zdobywca świata. Ha! Przyznam, że gdyby Ziarno prawdy napisała kobieta, podejrzewałabym ją o dość małostkowe pastwienie się nad rodzajem męskim (takie mniej więcej na poziomie mojej przyziemnej satysfakcji z niedoli Szackiego) i próbę odreagowania jakichś krzywd wyrządzonych jej przez zdradzieckich samców. A że autorem książki jest Zygmunt Miłoszewski (który jest fajny), podziwiam ten ironiczny dystans i przekorną złośliwość, z jaką potraktował swojego bohatera. Oczywiście nie jest to wątek najważniejszy, ale no, daję słowo, jak to cieszy!

Tak więc Teodor Szacki ma – chwilowo – przechlapane i żadne uroki miasta ojca Mateusza nie są w stanie tego zmienić (kolejną wspaniałą warstwą narracji są odwołania do tego popularnego serialu – tu mały kuksaniec, tam uszczypnięcie…). Na szczęście pojawia się interesujący trup, a otoczka tego makabrycznego morderstwa sprawia, że Sandomierz jakby budzi się ze snu. Powstają z martwych stare koszmary i upiorne legendy… A potem robi się jeszcze bardziej ciekawie – wygląda na to, że morderca postanowił załatwić prokuratorowi rozrywkę najwyższej zbrodniczej klasy, w odpowiednich dekoracjach i – z uwagi na ciemne karty historii miasta – bardzo na temat.

Dopiero bardzo długo po lekturze Ziarna prawdy dotarło do mnie, że te wszystkie elementy mrocznej antysemickiej legendy same w sobie mają wielki potencjał dramatyczny, który zresztą autor umiejętnie wykorzystał. Makabryczne obrazy de Preveta z sandomierskiej katedry, opowieści o spuszczaniu krwi niewinnych dziatek – rzeczywiście ponure to wszystko, ale jakoś nie przemówiło do mojej wyobraźni (Baby Jagi też się nie boję). Zresztą, moja wyobraźnia była zbyt zajęta obrazami widowiskowych trupów, które zostawił policji do podziwiania morderca, a pod koniec książki dwiema wybitnie paskudnymi historiami, przy których Prevet może się schować. Miłoszewski zdecydowanie potrafi budować klimat grozy – i w którymś momencie razem z Szackim zaczęłam mamrotać: o nie, tylko nie to…

ALE Ziarno prawdy jest nie tylko mroczne i emocjonalnie wyczerpujące – jest też momentami bardzo zabawne i to w taki nieoczywisty, rozbrajający sposób. Bardzo rzadko mi się zdarza głośno się śmiać nad jakąś książką: przytłumiony chichot w tramwaju, szeroki uśmiech, ale czytając Ziarno prawdy, śmiałam się całkowicie niedyskretnie. Najbardziej chyba podobała mi się wysmakowana metafora więziennego gwałtu w Empiku i taniec z Hitlerem, ale było też kilka innych zabójczych momentów.

Mam nadzieję, że trzeci tom przygód prokuratora Szackiego też przyniesie pozytywne zaskoczenie – odbierając nagrodę we Wrocławiu, autor zapewniał, że będzie się starał jeszcze bardziej niż dotąd. Bardzo mi się podoba ta determinacja :-)                  

A tu pierwsze wydanie w Mrocznej Serii

środa, 2 stycznia 2013

Help the Poor Struggler - Martha Grimes (6. tom o R. Jurym)

Martha Grimes
Help the Poor Struggler
Headline Book Publishing
London 1989


Od wydania piątego tomu o Richardzie Jurym (Zajazd Jerozolima) minęło już trochę czasu i w końcu – nie doczekawszy się – postanowiłam przeczytać szóstą część w oryginale. Nie będę próbowała przekładać tytułu, bo pewnie, z braku w języku polskim odpowiedniego rzeczownika osobowego od „mozolić się”, wyszłoby mi coś w rodzaju „Pomóż nieszczęsnemu nieborakowi”, a na pewno można to zrobić jakoś ładniej (any ideas?).

Zawsze najbardziej lubię w książkach początki i przykładam dużą wagę do tego, czy są przemyślane i chwytliwe – a szczególnie ważne wydaje mi się to w kryminałach. Najlepiej oczywiście, żeby zaczęło się od interesujących zwłok lub sceny morderstwa. W Help the Poor Struggler mamy naprawdę mocne wejście i aż cztery trupy: kobiety i trójki dzieci. A obiecuje się i piątego („…czy zdążą rozwiązać zagadkę na czas, by ocalić kolejną niewinną ofiarę?” pyta natarczywie notka na tylnej okładce). Zdecydowanie największe wrażenie robi opis znalezienia ciała Rose Mulvanney – aż mnie ciarki przeszły, mniam!
To pierwszy duży plus Help the Poor Struggler. Drugim jest ciekawy chwyt wprowadzenia nowych (i bardzo ważnych) bohaterów w środku książki, kiedy wydaje się, że już wszystkie role są obsadzone. Bardzo lubię takie kompozycyjne zagrania – to tak jakby ktoś niespodziewanie wyjął z szuflady schowaną tam czekoladkę.

Jeśli już o bohaterach mowa, to i tym razem Martha Grimes wspaniale sobie poradziła z wykreowaniem starannie dobranego grona ciekawych postaci. Na pierwszy plan zdecydowanie wybija się despotyczny policjant Brian Macalvie. Na jego przykładzie po raz kolejny potwierdza się teza, że urokowi Richarda Jury’ego nikt się nie oprze – nawet twardogłowy (w poniekąd pozytywnym znaczeniu) glina o niezawodnym instynkcie i niewyparzonej gębie. Współpraca z Macalviem okazuje się zaskakująco udana – cała trójka (Macalvie, Jury i oczywiście Melrose Plant) dogaduje się doskonale. Wydawałoby się, że dzięki połączeniu ich atutów sprawa zostanie błyskawicznie rozwiązana, ale w pewnym momencie wszystko jakby staje w miejscu: nie pojawiają się nowe poszlaki, tropy, pomysły. Panowie siedzą w pubie Help the Poor Struggler i słuchają apatycznie starych przebojów Elvisa sączących się z szafy grającej. I nic. I nic. Ale to cisza przed burzą.
Drugą niezapomnianą bohaterką Help the Poor Struggler jest Lady Jessica, młoda dama fascynująca się motoryzacją. I mariażami – a dokładniej sposobami zapobiegania im. Jak Brian Macalvie wprowadza klimaty amerykańsko-presleyowskie, tudzież sentymentalne irlandzkie piosenki (zdumiewające, jak często ci twardzi faceci kryją w sercach jakąś romantyczną tajemnicę!), tak dzięki Jess do książki wkraczają mniej lub bardziej subtelne aluzje do Dziwnych losów Jane Eyre i Rebeki oraz upiornie drogie samochody. To dosyć nietypowa mieszanka, ale w Help the Poor Struggler sprawdza się znakomicie.

Jeśli miałabym wskazać minusy szóstego tomu, to przyczepiłabym się do rozwiązania zagadki, które wydawało mi się nieco naciągane. Fabuła obejmuje dwadzieścia lat, tymczasem wszystko rozstrzyga się w jedną noc, kiedy wszystkie postaci dramatu nie wiadomo czemu znajdują się nagle na właściwych miejscach we właściwym czasie. Co więcej, policjanci siedzący w barze doznają olśnienia dokładnie w momencie, kiedy pięć mil dalej morderca trzyma nóż na gardle kolejnej ofiary. Może trochę zbyt surowo to oceniam, ale brawurowy początek i pięknie splatające się wątki czterech różnych morderstw pozwalały liczyć na wspaniały finał… Z drugiej strony muszę przyznać, że niedociągnięcia logiczne wcale nie popsuły mi przyjemności z lektury. Niesamowity klimat, który Marcie Grimes udało się wyczarować (tym razem tłem były ponure krajobrazy Dartmoor. To tam, gdzie hasał pies Baskerville’ów!) i świetnie zarysowane postaci bohaterów sprawiają, że nie ma sensu czepiać się drobiazgów.    

P.S. Jeśli ktoś się pokusi o lekturę oryginału, radzę poszukać innego wydania - czytało się okropnie, jeszcze nigdy nie widziałam tak obrzydliwie rozmazanego druku :-/

piątek, 7 grudnia 2012

Agatha Raisin i martwa znachorka - M.C. Beaton


M.C. Beaton
Agatha Raisin i martwa znachorka (t. 9 serii)
tłum. Stanisław Jan
Edipresse
Warszawa 2012


Szczerze mówiąc, wcale nie planowałam sięgać po kolejne tomy serii o Agacie Raisin, uznałam, że Wredny weterynarz mi wystarczy – wiem już, czym to się je, było miło, dziękuję, ale zbyt blisko z tą straszną babą, jaką jest bohaterka książek M.C. Beaton, zaprzyjaźniać się nie chcę. Dlatego sama nie wiem, co skłoniło mnie do przeczytania Martwej znachorki – może czerwona okładka (na czerwone jestem łasa jak sroka na błyskotki). A może informacja z notki, że w tym tomie Agatha, zdradziecko oszpecona podczas poprzedniej przygody, musi uciec ze swojego ukochanego Carsley do jakiegoś beznadziejnego pensjonatu nad morzem i czekać, aż odrosną jej włosy? Dobrze ci tak, wiedźmo – pomyślałam sobie mściwie i… zaczęłam czytać.

Intryga spodobała mi się od razu: ginie znana w okolicy wróżka i uzdrowicielka Francie Juddle, a wśród podejrzanych znajduje się również Agatha. Na szczęście (lub nie…), zanim ktoś solidnie trzepnął Francie w głowę, wyprawiając ją na drugi świat, z którym – jak się wcześniej chwaliła – prowadziła ożywione kontakty, znachorka zdążyła sprzedać naszej bohaterce magiczny środek na porost włosów i eliksir miłości. A najzabawniejsze, że oba specyfiki najwyraźniej zadziałały: łyse placki na głowie Agathy pokryły się obiecującym meszkiem, a Jimmy Jessop, miejscowy policjant, zakochał się w niej na zabój. Wszystko się pięknie układa, a do tego Agatha Raisin może robić to, co najbardziej lubi, czyli prowadzić amatorskie śledztwo, pakując się ludziom z butami w życie, utrudniać pracę policji, wszędzie wtykać nos…

Nadmorskie krajobrazy Wyckhadden, zimny wiatr, spacery po molo, trup w wodzie – wszystko to przypadło mi do gustu i to dużo bardziej niż sceneria z tomu drugiego. Również bohaterowie wydali mi się o wiele bardziej interesujący: grupa zaprzyjaźnionych ze sobą od lat staruszków spędzających czas na grze w Scrabble podczas długiego pobytu w niepopularnym hotelu poza sezonem, męski, a przy tym kapryśny (ciekawe połączenie!) Jimmy Jessop, egzotyczna znachorka i jej córka… Co więcej, przekonałam się również do samej Agathy! Szczególnie ujęło mnie to, że w pewnych momentach decydowała się nie brnąć dalej w swoje intrygi i wyznawała policji całą prawdę jak na świętej spowiedzi (no… albo prawie całą – ostatecznie to Agatha Raisin). To były bardzo ciekawe momenty w śledztwie, prowadzące do konfrontacji z Jimmym i nowych odsłon relacji między bohaterami.

Jedyne, co mi się nie podobało, to rozwiązanie. W którymś momencie byłam pewna, że wiem i… jednak nie. Co gorsza, mam wrażenie, że scenariusz zbrodni, który ja ułożyłam z dostarczonych przez autorkę poszlak, był dużo ciekawszy niż ten przedstawiony na końcu (tak, wiem, jestem strasznie próżna;-)) Tak się pięknie to układało w interesujący wzór – a tymczasem M.C. Beaton zdecydowała się na zakończenie bardzo zaskakujące, ale dość słabo umotywowane i niewiarygodne. Pierwszy raz jestem gotowa przychylić się do tezy, że nie jest najważniejsze za wszelką cenę zwieść czytelnika, ale przedstawić rozwiązanie, które będzie godne zarysowanej intrygi (a śledztwo było tu prowadzone naprawdę świetnie).

Pomijając to, co ja uznaję za niedociągnięcie, a innym akurat może się spodobać, z przyjemnością stwierdzam, że świetnie mi się czytało Martwą znachorkę – kryminał lekki, dobrze skonstruowany i zabawny. 

niedziela, 18 listopada 2012

Pole krwi - Denise Mina



Denise Mina
Pole krwi
tłum. Hanna Pawlikowska-Gannon
WAB, Warszawa 2008
Mroczna Seria

Po książkę Denise Miny sięgnęłam właściwie tylko dlatego, że nigdy dotąd nie czytałam żadnego szkockiego kryminału i byłam ciekawa, „czym to się je”. To pierwsze spotkanie było więc właściwie przypadkowe, ale okazało się bardzo szczęśliwe.
Nie przepadam za kryminałami z bardzo rozbudowanym tłem społecznym lub społeczno-historycznym, bo zbyt często wykorzystują wątek kryminalny jako rodzaj gatunkowej pelerynki czy pretekstu, żeby sobie spokojnie porozprawiać o tych socjologicznych rarytasach na nutę konsekwentnie pesymistyczną – zwykle robiłam wyjątek tylko dla kilku autorów (np. Arnaldura Indriðasona), a teraz widzę, że muszę dołączyć do nich Denise Minę.

Glasgow, ponure lata 80-te. Osiemnastoletnia Paddy Meehan, pracująca jako goniec w redakcji „Scottish Daily News”, marzy o zrobieniu dziennikarskiej kariery (i – tak przy okazji – zrzuceniu kilku kilogramów). Niestety, wygląda na to, że jej szanse przedstawiają się dość marnie, bo nie cieszy się ani szczególną sympatią, ani nawet zainteresowaniem wśród pracowników, a ma sporą konkurencję w wyścigu do „wyróżnienia się”. Na przykład szczupłą, złotowłosą Heather Allen, która wzbudza w Paddy równie intensywny podziw, co i zawiść. Jedynymi atutami Paddy są bystrość, spryt, przedsiębiorczość i nieujarzmiona ambicja. No cóż, to właściwie wcale nie tak mało… Jednak aby wyplątać się z ponurej sprawy, w którą się wmieszała, licząc na wielki temat, będzie potrzebowała przede wszystkim dużo szczęścia.

Wszystko zaczyna się od porwania małego Briana Wilcoksa. Czytelnik już od pierwszych stron wie, co się stało z chłopcem i kto go zabił, ale odpowiedź na pytanie „dlaczego” pozna w tym samym momencie, co główna bohaterka, czyli na ostatnich stronach książki. Chociaż autorka dużo miejsca poświęca zarysowaniu tła obyczajowego i (tak, tak) socjologicznego swojej opowieści, m.in. dokładnie przedstawiając relacje panujące w bardzo katolickim domu Paddy, ani na chwilę nie tracimy z oczu kryminalnej intrygi. Tempo akcji nie zapiera może tchu w piersiach, ale Pole krwi cechuje się tak mocnym i sugestywnym stylem, że naprawdę trudno się od tej lektury oderwać. Wszystkie wątki – te bardziej i te mniej związane z morderstwem – są ze sobą ciasno splecione i książka, chociaż porusza wiele różnych zagadnień, nie jest przegadana ani nierówna. Szczególnie mocnym kontrapunktem dla historii Paddy i śledztwa w sprawie małego Wilcoksa jest opowieść o imienniku naszej bohaterki, Paddym Meehanie, oskarżonym i niesłusznie skazanym za zabójstwo wiele lat wcześniej.

Jak każdy prawdziwy kryminał Pole krwi opowiada o dochodzeniu do prawdy, ale śledztwo nie dotyczy tylko sprawy porwanego i zamordowanego chłopczyka. Paddy najpierw nieoczekiwanie poznaje prawdę o sobie. To odkrycie nie do końca przyjemne – okazuje się, że Paddy jest o wiele bardziej bezwzględna i samolubna, niż myślała, a także o wiele bardziej niedopasowana i obca względem środowiska, z jakiego się wywodzi, niż mogliby sądzić jej najbliżsi.

Rozbudowana struktura Pola krwi skojarzyła mi się z mechanizmem, w którym wszystkie połączone tryby pracują w pełnej synchronizacji, by wytworzyć satysfakcjonujące zakończenie – dostrzega się w tej książce inżynierską precyzję niemal poetycką, ale też jakąś budzącą niepokój beznamiętność i surowość (podobne wrażenie wywołała we mnie w swoim czasie lektura ponurych powieści Zoli). Nie jest to powieść lekka, ale na pewno warta uwagi, a nawet wyjątkowa – nie tylko dlatego, że akcja rozgrywa się w Szkocji…   

Kolejne tomy z cyklu z Paddy Meehan to Martwa godzina i Ostatnie tchnienie

Skrzydlata trumna - Marcin Wroński



Marcin Wroński
Skrzydlata trumna
Audiobook, Biblioteka Akustyczna
Czyta: Tomasz Sobczak
Wydanie książkowe: WAB, Warszawa 2012, Mroczna Seria

Na początku przyszłego roku ma się ukazać piąta część cyklu o komisarzu Maciejewskim, zatytułowana Pogrom w przyszły wtorek, i uznałam, że to dobry moment, by przypomnieć sobie poprzedni tom czyli Skrzydlatą trumnę. Tym razem sięgnęłam po audiobook Biblioteki Akustycznej i muszę przyznać, że interpretacja Tomasza Sobczaka bardzo przypadła mi do gustu – nie miałam żadnych problemów ze skupieniem (co jako wzrokowcowi przy słuchaniu mi się zdarza).

Akcja czwartego tomu, w którym Zyga usiłuje rozwikłać sprawę śmierci pracownika Lubelskiej Wytwórni Samolotów, obejmuje wydarzenia z roku 1936 (kiedy prowadzone jest śledztwo, a Maciejewski jest jeszcze podkomisarzem, próbującym się dochrapać trzeciej gwiazdki) oraz 1945 (gdy ambicje bohatera ograniczają się do tego, by umrzeć możliwie najmniej boleśnie). Można powiedzieć, że Skrzydlata trumna w pewnym sensie okrąża tom trzeci, czyli A na imię jej będzie Aniela, który opowiadał przede wszystkim o wydarzeniach z lat 1938–1944. Da się oczywiście czytać Skrzydlatą trumnę jako samodzielną całość, ale pamiętając treść Anieli, dostrzega się o wiele więcej różnych smaczków i wewnątrztekstowych aluzji. (I tak, czytając pomiędzy wierszami, dobrze rozumiemy na przykład pozornie tajemnicze zachowanie poczciwego Fałniewicza podczas pełnej emocji sceny po powrocie z „Europy” do mieszkania Krysi, heroiny z Bronowic.)

Te zabawy z chronologią to nie tylko rodzaj gry z czytelnikiem, ale także kolejny dowód twórczej biegłości autora, który zgrabnie i pewnie porusza się po stworzonym przez siebie świecie. Splatając i zestawiając ze sobą różne wątki, Marcin Wroński przedstawia rozbudowaną, a przy tym czytelną strukturę fabularną, co wpływa także na wzbogacenie portretu głównego bohatera. W Skrzydlatej trumnie widzimy Zygę w dwóch zupełnie różnych momentach życia i kariery, ale można wskazać tu wspólny mianownik. Obie te sytuacje: śledztwo w sprawie tajemniczo zmartwychwstałego Feliksa Suska i „pojedynek” z prowadzącym przesłuchanie na Zamku majorem Grabarzem, to próby, przez które przechodzi Zyga. Jednak, chociaż oczywiste jest, że kibicujemy Maciejewskiemu, trudno powiedzieć, jakiego zwycięstwa powinniśmy mu życzyć…

Słuchając Skrzydlatej trumny, wyraźnie uświadomiłam sobie jedną z najbardziej uwodzicielskich cech retrokryminałów. Polega ona na pewnym paradoksie: z jednej strony autor zabiera nas na wycieczkę w przeszłość i przybliża dawny Lublin tak, że jest prawie na wyciągnięcie ręki, a z drugiej po chwili przypomina, że tamten Lublin już nie istnieje i nie mamy do niego dostępu. Te zmieszane odczucia plastycznej bliskości i melancholijnego oddalenia koncentrują się wokół szczegółów – na przykład słuchając o niezwykłej przygodzie Rossowskiego z prototypem maszyny Lublin R.XIV, nagle poczułam, że przedwojenne samoloty (szczególnie te z Lublina) to fascynująca sprawa i chociaż jako żywo nigdy się tym nie interesowałam, teraz miałam ochotę od razu sięgnąć po fachowe opracowania tematu. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę samoloty wcale mnie nie interesują i po pierwszych stronach naukowego dzieła na ten temat zaczęłabym przysypiać – mnie interesuje tylko ten lotniczy retromiraż w Skrzydlatej trumnie

Kolejne spotkanie z ulubionymi bohaterami: Zygą, Zielnym, Fałniewiczem i Różą, a także świetnym stylem Wrońskiego, łączącym w sobie elegancki dystans, dobre wyczucie dramatyzmu i ujmujący humor, utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest na co czekać, a niecierpliwość w tym oczekiwaniu na następnym tom jest jak najbardziej zrozumiała. Wszystkie dotychczasowe części cyklu (z których najbardziej lubię wojenną Anielę) prezentowały bardzo wysoki poziom, więc nie chodzi tu o pytanie, czy i tym razem będzie dobrze, tylko z jaką sprawą będzie się musiał zmierzyć uparty, niepoprawny i cyniczny Zyga, którego – choćby się człowiek bardzo starał – nie sposób nie lubić. Niewątpliwie Marcin Wroński należy do autorów, których można darzyć całkowitym zaufaniem: biorąc do rąk kolejną jego książkę, po prostu ma się pewność, że za tą piękną formą (bo edytorsko są cudne – ach, te wytłoczone pieczątki na okładce!) stoi równie piękna, albo i piękniejsza, treść. Bardzo lubię mieć ten rodzaj czytelniczej pewności.   

Notka wydawcy:
Czwarty tom cyklu kryminalnego Marcina Wrońskiego! Lublin w odcieniach retro, przedwojenne i powojenne losy Zygi Maciejewskiego...
Jest 1936 rok, nocny stróż w Lubelskiej Wytwórni Samolotów Feliks Susek odbiera sobie życie na służbie. Jak donosi „Express Lubelski i Wołyński", powodem desperackiego kroku jest nieodwzajemniona miłość denata do ponętnej krawcowej. Kiedy sprawa ma zostać umorzona, komisarz Maciejewski odkrywa, że ciało w trumnie nie należy do samobójcy. Rozpoczyna się mozolne śledztwo, które łączy pozornie niepowiązane ze sobą zdarzenia i postaci, a temperatura rośnie z każdą minutą. Czy policjantowi uda się połączyć wątki i rozwikłać mrożącą krew w żyłach tajemnicę? Na niektóre odpowiedzi będzie musiał zaczekać kilka lat, kiedy w 1945 roku w celi lubelskiego więzienia spotka ducha z przeszłości.
Fałszywi świadkowie, handlarze narkotyków, kłopotliwe znajomości - Lublin Wrońskiego to istne Sin City na słowiańską nutę. Komisarz Zygmunt Maciejewski będzie zmuszony nie tylko wniknąć w mroczną tkankę miasta, ale także zmierzyć się z własnym nałogiem, bólem i pożądaniem. W tle akompaniuje mu słynna berlińska śpiewaczka, Mathi Lirhen i złowrogie odgłosy nocnych ulic.

Ofiara Polikseny - Marta Guzowska


Marta Guzowska
Ofiara Polikseny
Warszawa 2012
WAB, Mroczna Seria

Ofiarą Polikseny zainteresowałam się od razu, gdy książka się ukazała – przede wszystkim ze względu na cudowną okładkę, która skradła moje kryminalne serce – jednak sporo czasu upłynęło, zanim ją przeczytałam, a jeszcze więcej nim udało mi się sformułować myśli i napisać ten tekst. Przed lekturą przejrzałam kilka recenzji tego debiutu i zorientowałam się, że to książka kontrowersyjna, niektórzy bardzo ją chwalili, inni zgłaszali zastrzeżenia. Najczęściej krytykowano kreację głównego bohatera, Maria Ybla, którego opisywano jako postać przerysowaną i zbyt dziwaczną. Postanowiłam, że nie dam się uprzedzić do książki o tak interesującej okładce i obiecującej notce, i duchowo przygotowałam się na tego Ybla, próbując „rozsądnie” nie zawyżać swoich oczekiwań.

Okazało się, że wcale nie było to konieczne. Mario to bardzo ciekawa postać – nie powiem, żebym go polubiła (bo lubić go raczej trudno, na tym polega jego urok), ale mnie zainteresował i przekonał do siebie. Rzeczywiście sposób, w jaki autorka naszkicowała swojego bohatera, jest nietuzinkowy, a kreska mocna i wyrazista, ale według mnie należy to zaliczyć do zalet tej książki. Mario, chociaż kryje w sobie wiele paradoksów, jest postacią bardzo spójną, z charakterem (paskudnym co prawda…), co przejawia się zarówno w jego działaniach, jak i sposobie wypowiadania się. Rzeczywiście jest dziwakiem, ale przecież takich bohaterów literackich lubimy najbardziej, prawda? Jest też kontrowersyjny – zarówno w przestrzeni tekstu, jak i w odczuciu czytelników. A to bardzo dobrze, bo przecież to wtedy, gdy ujawniają się sprzeczne opinie, zaczyna się prawdziwa dyskusja.  

Dużo bardziej jednak niż Mario spodobała mi się Pola Mor, inteligentna archeolożka o bardzo ciętym języku. Ciągle panuje moda na ostre, wredne bohaterki, ale najczęściej ten schemat jest realizowany bardzo nieprzekonująco – więcej się mówi o tym, jaka to ona jest złośliwa i ironiczna, a mniej się to pokazuje (może wcale nie tak prosto wymyślić dla swojej bohaterki odpowiednio ciętą ripostę?). Autorce Ofiary Polikseny udało się natomiast stworzyć uroczo wiedźmowatą bohaterkę w najlepszym stylu – Pola Mor jest dla mnie tak wiarygodna, że chociaż bardzo ją polubiłam, chyba wolałabym jej nie spotkać w prawdziwym życiu. Bezkompromisowa, apodyktyczna, pełna autentycznej pasji dla swojej pracy, obdarzona dość zjadliwym poczuciem humoru – wydaje się idealną partnerką dla Ybla... Chociaż przy takiej wybuchowej mieszance można się spodziewać albo że na wieki połączy ich wielka miłość, albo że się pozabijają.

Również pozostali bohaterowie prezentują się bardzo ciekawie i chociaż niewątpliwie Pola i Mario są gwiazdami tego kryminału, nie jest to teatr dwóch aktorów. Postaci drugoplanowych jest sporo, ale wszyscy zostali tak ciekawie opisani, że nie sądzę, aby nawet niecierpliwemu czytelnikowi ktoś miał się z kimś mylić.  

Nie będę pisać o fabule, bo wystarczająco dużo informacji znajduje się w notce (zamieszczam poniżej), a nie chcę psuć zabawy tym, którzy Ofiary Polikseny jeszcze nie czytali. A że przeczytać warto, nie ma wątpliwości. Autorka bardzo interesująco przedstawia pracę archeologów, udowadniając, że jest… nieinteresująca. To dość trudne zadanie, ale Marcie Guzowskiej znakomicie udało się z jednej strony obalić mit archeologa w stylu Indiany Jonesa, który na każdym kroku potyka się o czaszki i wielkie rubiny, a z drugiej pokazać prawdziwe oblicze tej żmudnej, nudnej i wyczerpującej pracy w taki sposób, że czyta się o tym z dużym zainteresowaniem i przyjemnością.

Kolejną zaletą było dla mnie umiejscowienie akcji w Turcji. Wycieczki do tego kraju są obecnie popularne, ale to wcale nie znaczy, że Polacy ten kraj dobrze znają – to znaczy, prawdziwą Turcję. Ja miałam okazję zobaczyć ją (a co tam, pochwalę się) nie tylko jako turystka, z zewnątrz, ale też jako „swoja”, mieszkając w mieście pozbawionym atrakcyjnych plaż i innych wakacyjnych wabików. Dlatego, czytając Ofiarę Polikseny, odczuwałam wielką błogość, prawie jakbym znów tam była (chociaż akurat okolic starożytnej Troi nie zwiedzałam). Marta Guzowska opisała miejsce akcji dość oszczędnie, nie epatując egzotyką i nie wykorzystując motywów zbyt oczywistych, co dało znakomity efekt połówki pomarańczy, która – jak wiemy – jest znacznie lepsza niż dwie pomarańcze.
Podsumowując: byłam zachwycona Polikseną i chcę jeszcze (niedługo ma się ukazać druga książka autorki).    

Notka wydawcy:
Upalny sierpień, trwają prace na stanowisku wykopaliskowym w Troi. Grupa archeologów dokonuje niecodziennego odkrycia: na domniemanym cmentarzysku achajskim leży obsypany złotymi blaszkami kobiecy szkielet, który doktor Pola Mor, ambitna archeolożka, identyfikuje jako szczątki mitycznej Polikseny, branki Achillesa. Radość ze wspaniałego znaleziska nie trwa jednak długo. Niebawem Mario Ybl, współpracujący z Polą antropolog fizyczny, cynik i pijak - prywatnie jej były narzeczony - natyka się na zwłoki ...koleżanki z ekipy badawczej. Grozy całej sytuacji dodaje fakt, iż kobieta ma poderżnięte gardło, a jej ciało zostało starannie ułożone na starożytnym ołtarzu. Naukowcy zachodzą w głowę: czy to możliwe, że ktoś złożył człowieka w ofierze, naśladując dawny rytuał? Jak się niebawem okaże, nie będzie to ostatni tajemniczy trup znaleziony w Troi...

wtorek, 9 października 2012

Tajemnica Hog's Back - Freeman Wills Crofts



Freeman Wills Crofts
Tajemnica Hog’s Back
tłum. Jadwiga Olędzka
Iskry, seria Klub Srebrnego Klucza
Warszawa 1985

Bardzo wiele klasycznych powieści detektywistycznych zaczyna się od tego, że ktoś przypadkiem natyka się na trupa (najlepiej w jakimś malowniczym lub zaskakującym miejscu) i śledztwo staje się absolutnie konieczne, bo nie sposób przecież przejść obok nieboszczyka obojętnie. Tymczasem intryga w Tajemnicy Hog’s Back przez dłuższy czas opiera się na tym, że trupa nie ma. Nie wiadomo nawet, czy popełniono morderstwo. Doktor Earle zniknął, to prawda – w jednej chwili zażywny sześćdziesięciolatek siedział sobie w pantoflach i szlafroku, czytając gazetę, a w następnej jakby rozpłynął się w powietrzu. Wydaje się to bardzo tajemnicze, ale jeśli dodamy dwa do dwóch – czyli w tym wypadku nieudane małżeństwo doktora i to, że widziano go niedawno w towarzystwie niebrzydkiej kobiety w Londynie, podczas gdy on twierdził, że tego dnia wybrał się pograć w golfa – i oto mamy historię z lekka awanturniczą, ale właściwie dość banalną. Zajmujący się sprawą zniknięcia doktora inspektor French jest niemal pewny, że Earle postanowił rozpocząć życie na nowo, a kiedy okazuje się, że kobieta, z którą go widziano, również nagle zniknęła, to tylko utwierdza go w przekonaniu, że chodzi o aferę nie zbrodniczą, lecz miłosną. Lecz wkrótce z domu w Hog’s Back znika ktoś jeszcze…

Tajemnica Hog’s Back to kryminał tradycyjny, klasyka w starym stylu, ur-kryminał, kryminał wręcz neolityczny. Mamy tu przede wszystkim śledztwo, pięknie doprawdy przeprowadzone – hm, i tyle. Postaci zostały zarysowane ze spartańską wręcz prostotą, i dotyczy to zarówno domniemanych ofiar, podejrzanych, jak i samego policjanta-detektywa. Dostajemy w zasadzie tylko suche fakty i niestety żadnych smaczków. Czytając Hog’s Back, wyraźnie uświadomiłam sobie (lepiej późno niż wcale), że tak, owszem, w klasycznej powieści detektywistycznej intryga jest najważniejsza, ale jednak czytelnikowi przyjemniej prowadzi się śledztwo, jeśli może się opierać zarówno na faktach, jak i przesłankach psychologicznych. Tymczasem u Freemana Willsa Croftsa cała ta fascynująca warstwa rozważań na temat meandrów ludzkiej psychiki sprowadza się do stwierdzeń w rodzaju „raczej nie wyglądała na taką, co by to zrobiła”.

Nie odkrywam tutaj Ameryki – już współcześni Croftsa, również jego koledzy i koleżanki po piórze, napomykali, że jego książkom brakuje tej iskry, którą tak cenimy np. u Agathy Christie. Wszyscy podkreślali, jak to bardzo go szanują, ale byli w zasadzie zgodni, że niezły z niego nudziarz. Ja mam jednak do niego sentyment – kryminały Croftsa są surowe i pozbawione wszelkich stylowych fajerwerków, ale nie brak im pewnego naiwnego uroku. Coś czuję, że na razie kiepski ze mnie adwokat, ale spróbuję wyjaśnić, o co mi chodzi. Otóż Freeman Wills Crofts był z zawodu inżynierem. I, jak można przypuszczać, do konstruowania kryminalnej intrygi również pochodził po inżyniersku czyli przede wszystkim logicznie i praktycznie. W efekcie jego książki nie są może oszałamiająco barwne, ale za to naprawdę wspaniale przemyślane. Od Freemana Willsa Croftsa można się sporo nauczyć (szczególnie o zagadnieniu alibi) i warto z tego skorzystać, bo niewielu autorów tak pedantycznie i drobiazgowo opisuje przebieg śledztwa i tok myślowy detektywa. Wielu współczesnych kryminałopisarzy popada w skrajność przeciwną do tej, o którą można oskarżyć Croftsa – dają nam dużo smaczków i dodatków, ale jeśli poskrobać tę pozłotkę, okazuje się, że intryga mocno kuleje. Dlatego lektura Tajemnicy Hog’s Back jest naprawdę odświeżająca, a tym, którzy w kryminałach szukają przede wszystkim wyzwań intelektualnym, może się spodobać bardziej niż to, co proponują inni autorzy ze Złotego Wieku.            

sobota, 22 września 2012

Jak najwięcej grobów - Margery Allingham


Margery Allingham,
Jak najwięcej grobów
tłum. Irena Doleżał-Nowicka
Iskry (Klub Srebrnego Klucza) 1973


Jednym ze sposobów zainteresowania czytelnika śledztwem jest klasyczne otwarcie pt. „niechętny detektyw”, które Margery Allingham z powodzeniem zastosowała w Jak najwięcej grobów. Albert Campion potrzebuje aż trzech powodów (które on nazywa srokami, nawiązując do przysłowia), żeby podjąć się rozwikłania sprawy morderstwa (a jeśli dobrze pójdzie, to i dwóch) na londyńskiej Apron Street. Według mnie wystarczyłaby jedna sroka, w osobie bardzo ekscentrycznej panny Jessiki Palinode, która okazuje się jedną z najciekawszych postaci w książce, ale Campion jest wybredny i długo próbuje trzymać się z dala od całej tej awantury, która mocno pachnie skandalem. Sprawa dotyczy przede wszystkim rodziny Palinode’ów, podupadłych bogaczy, ale zamieszana jest w nią właściwie cała Apron Street, na pozór spokojna uliczka, jedna z tych, które wyglądają, jakby czas się tam zatrzymał: u aptekarza można kupić specyfik na kaszel, którym smarował się twój dziadek, a przedsiębiorca pogrzebowy z radością zareklamuje ci swój konny karawan, gdy tylko zauważy, żeś niezdrów. 

Wszyscy na Apron Street pamiętają czasy, gdy rodzina Palinode wyprawiała wielkie przyjęcia i królowała w okolicy. Teraz, zubożali i nieco przetrzebieni Palinode’owie, pomimo że są już tylko lokatorami w swoim dawnym domu, zachowują się, jakby nie zauważyli, że coś się zmieniło. Maniery mają pańskie, a ich pewność siebie mogłaby zbić z tropu lorda kanclerza. Do tego są tak arystokratycznie zdziwaczali, jak sobie tylko można zamarzyć. Kiedy zatem miejscowy doktor otrzymuje obelżywy anonim, oskarżający go, nie rozpoznał objawów otrucia i śmierć Ruth Palinode uznał za niewinny zgon z przyczyn naturalnych, wszyscy zaczynają się zastanawiać, czy Palinode’ów stać przynajmniej na jakichś wrogów czy też starszą panią wykończył ktoś z rodzinnego grona (jak to jest przyjęte w wyższych sferach).

Kiedy w końcu Campion decyduje się zająć tą sprawą, wsiąka w nią całkowicie, po prostu przeprowadzając się do dawnego domu Palinode’ów na Apron Street, należącego teraz do Renee Roper, dawnej aktorki, z którą Campion się przyjaźni. Udając siostrzeńca tej zacnej kobiety, usiłuje zrozumieć stosunki panujące wśród lokatorów i sąsiadów. Nie jest to proste, ponieważ nawet jego „cioteczka” ma swoje tajemnice.

Jak najwięcej grobów zaleca się przede wszystkim zestawem niezwykle barwnych bohaterów. W wypadku Palinode’ów ta barwność została wykorzystana niejako podwójnie: ci dziwacy są wdzięcznym tematem, a przy tym ich wybryki przydają im tajemniczości i czynią z nich pierwszorzędnych podejrzanych. Dość mocną konkurencją jest dla nich Jas Bowels, przedsiębiorca pogrzebowy z Apron Street, postać dostojna, bardzo teatralna i dickensowska z ducha. Jak sugeruje tytuł książki, będzie nieco makabrycznie. Dla kontrastu pojawia się także niewinne dziewczę, Klytia White, sierota, która przyszła na świat w dramatycznych okolicznościach i która z pewnych powodów przebiera się na dachu.
Również po drugiej stronie barykady, w szeregach stróżów prawa i ich pomocników, mamy ciekawe postaci – na pierwszy plan wybija się Charlie Luke, sympatyczny młody policjant o aparycji amerykańskiego gangstera i dużym talencie mimicznym. Interesującym bohaterem jest też Lugg, towarzysz Campiona. Sam Campion zaś… no właśnie. Jego największa zaleta to niepozorny wygląd i umiejętność wtapiania się w otoczenie, więc trudno mówić w jego przypadku o barwności. Na pewno jednak zyskuje zainteresowanie czytelnika; jest to jeden z tych „przeźroczystych” bohaterów, którzy prowadzą nas poprzez akcję, nie naprzykrzając się niepotrzebnie. (Wróciłam do Jak najwięcej grobów niedawno i po obejrzeniu Tinker, Tailor, Soldier, Spy Albert Campion – wysoki jasny blondyn w dużych okularach w rogowej oprawie – od razu skojarzył mi się ze Smileyem granym przez Oldmana). 

Drugą mocną stroną pisarstwa Margery Allingham jest według mnie umiejętność tworzenia oryginalnych porównań i metafor, które są tak zręcznie wplecione w tekst, że nie można jej posądzić o efekciarstwo. Sprzątaczka, pani Love wygląda „jak kot przebrany za lalkę”, pan Drudge gładzi swoje bujne wąsy, „jakby chciał je uspokoić”, a tłum na ulicy „skurczył się jak flanelowa łata na deszczu”. Do tego dochodzą również akcenty humorystyczne, w Jak najwięcej grobów związane przede wszystkim z osobą Jasa Bowelsa (nie masz to jak wesoły grabarz). Allingham łączy to wszystko z biegłością fachowca w spójną, jednorodną całość, która wypada naprawdę atrakcyjnie. Z przyjemnością wróciłam na Apron Street i zapraszam tam wszystkich, którzy lubią starą dobrą klasykę.       

niedziela, 26 sierpnia 2012

Agatha Raisin i wredny weterynarz - M.C. Beaton

M.C. Beaton,
Agatha Raisin i wredny weterynarz
tłum. S. Jan
Edipresse
Warszawa 2012

W Carsely w urokliwym angielskim Cotswolds zostaje otwarta nowa przychodnia weterynaryjna. W tak małej miejscowości już samo to dostarczyłoby plotek na cały tydzień, tymczasem – ku radości wszystkich okolicznych starych panien – okazuje się na dodatek, że świeżo przybyły weterynarz jest przystojnym, uwodzicielskim mężczyzną. Nie tracąc czasu, wszystkie damy z Carsely i okolic zakładają swoje najlepsze komplety bielizny wyszczuplającej, biorą Bogu ducha winnych pupili pod pachę i pędzą do poczekalni przychodni. Dosyć szybko robi się tam tłoczno. Wśród zamartwiających się tajemniczym i nagłym pogorszeniem się stanu zdrowia swojego zwierzaka jest również Agatha Raisin, zdecydowana wygrać ten wyścig. Skoro nie udało się z chłodnym Jamesem Laceyem… Paul Bladen, nowy weterynarz, wydaje się przynajmniej o wiele bardziej przystępny. Nawet zaprasza Agathę na kolację.
Tłumy w poczekalni zaczynają się jednak szybko przerzedzać. Wydaje się, że Bladen… nie lubi zwierząt. A niewiele jest rzeczy, które mogłyby tak skutecznie odstraszyć pełną nadziei starą pannę lub wdowę, jak brutalne traktowanie jej ukochanego zwierzątka. O ile jednak nowy weterynarz nie ma dobrej ręki do piesków i kotków, o tyle świetnie radzi sobie ze zwierzętami gospodarskimi. Właśnie dlatego to jego lord Pendlebury prosi o przeprowadzenie zabiegu na jednym ze swoich wyścigowych koni. Zabieg niestety zakończył się śmiercią. Weterynarza.
Agatha Raisin, która już wcześniej miała przeczucie, że od Paula Bladena lepiej trzymać się z daleka, teraz zaczyna podejrzewać, że weterynarz mógł mieć jakichś wrogów, a jego przedwczesne zejście nie było wynikiem wypadku. Wspólnie z Jamesem Laceyem, szukającym wymówki, żeby tylko nie zasiąść do pisania swojej książki, rozpoczyna amatorskie śledztwo, próbując ukrywać je przed Billem Wongiem, zaprzyjaźnionym policjantem.
Agatha Raisin i wredny weterynarz to druga część popularnego cyklu M.C. Beaton, który niedawno zaczął ukazywać się w Polsce. Kolejne tomy, przykuwające uwagę bardzo udanymi, kolorowymi okładkami, możemy kupić co dwa tygodnie w każdym kiosku. Trzeba przyznać, że kryminały M.C. Beaton to dobra propozycja na wakacyjną lekturę – poręczne tomiki można zabrać ze sobą do pociągu lub na plażę i na kilka godzin przenieść się na spokojną angielską prowincję.
Bohaterka cyklu, Agatha Raisin, porównywana jest do panny Marple, co mnie wydaje się niejakim nadużyciem, działającym na niekorzyść samej Raisin. Dla mnie urocza stara panna, stworzona przez Agathę Christie, to przede wszystkim uosobienie dobrych manier, taktu, subtelnego poczucia humoru życzliwego zrozumienia dla ludzkich słabości i – oczywiście – ponadprzeciętnej inteligencji. Tymczasem Agatha Raisin bynajmniej nie grzeszy dobrym wychowaniem, wyrozumiałością czy wrodzoną elegancją angielskiej damy. Trudno też powiedzieć, że na co dzień jest szczególnie bystra (o pewnych brakach w tej kwestii świadczą niezliczone gafy, jakie popełnia). Co zatem sprawia, że Agatha Raisin jest dobrym materiałem na detektywa i – postać literacką? Otóż Agatha jest niebywale, zdumiewająco, kosmicznie wręcz wścibska i uparta. Kiedy raz wpadnie na trop zbrodni, nic nie zdoła jej powstrzymać. Jest jak rasowy pies myśliwski, który może na pierwszy rzut oka nie wydaje się ósmym cudem świata, ale gdy nadchodzi czas polowania, zostawia wszystkich daleko w tyle. Zaś to, że bywa małostkowa, próżna i infantylna, dodaje jej wiarygodności i jest rzecz jasna źródłem komizmu (niekiedy dość rubasznego). Podsumowując, Agathę Raisin trudno polubić od pierwszego wejrzenia, ale bardzo dobrze się o niej czyta.
M.C. Beaton pisze lekko – jak dla mnie momentami być może zbyt lekko. W świat jej książek nie da się głęboko zanurkować, tak jak w przypadku Marthy Grimes czy P.D. James. Trudno jednak tak naprawdę uczynić z tego zarzut – po pierwsze cykl o Agacie Raisin to trochę inna gałąź kryminalnego drzewa, o wiele bardziej nastawiona na lekturę dla czystej rozrywki, a do drugie – czy można mieć pretensje, że coś czyta się zbyt łatwo?     

wtorek, 21 sierpnia 2012

Konkurs z "Alfredem"!


Uwaga, uwaga!
Teraz w konkursie organizowanym przez ZwB i Oficynkę można wygrać egzemplarz "Morderstwa na mokradłach" i zapoznać się bliżej z przygodami Alfreda Bendelina!
Więcej szczegółów TUTAJ
Macie czas do 2 września :-) Powodzenia!

niedziela, 8 lipca 2012

Miedziana Wenus - Lindsey Davis


Miedziana Wenus
Lindsey Davis
tłum. Konrad Majchrzak
Rebis, Poznań 2009


W trzecim tomie przygód Marka Dydiusza Falkona, pechowego zawadiaki i bystrego detektywa, spotykamy naszego bohatera w miejscu dość niefortunnym – w więzieniu Lautumie, w towarzystwie ciekawskiego (i prawdopodobnie głodnego) szczura. Marek trafił tam dzięki uprzejmości nienawidzącego go szpiega pałacowego, Anakrytesa, i nie zapowiada się, żeby miał zbyt prędko opuścić to mało przytulne miejsce odosobnienia. Na szczęście na ratunek pośpieszy mu ukochana kobieta… czyli jego niezawodna matka. Druga niezawodna kobieta jego życia, Helena, nie wyprzedziła matki Marka tylko dlatego, że była zajęta opłacaniem jego czynszu… Trzeba powiedzieć, że Falko ma szczęście do kobiet – widać to było już w dwóch poprzednich tomach, w tym jednak pojawia się jeszcze więcej kobiet. I dobrze! Im więcej, tym lepiej!



Seweryna Zotyka, najbardziej intrygująca bohaterka Miedzianej Wenus, nikomu nie przynosi szczęścia.  Można powiedzieć, że to osoba niezwykle pechowa, z tym, że przynosi nieszczęście głównie mężczyznom, którzy dali się oczarować jej rudym lokom i uroczej piegowatej buzi. Krótko mówiąc – Seweryna jest zawodową panną młodą. Ledwie wyjdzie za mąż, a już nieszczęsny oblubieniec pada na atak serca, dławi się pigułką, tudzież kończy w żołądku czarnej pantery. No cóż – trzeba przyznać, że wyobraźni tej kobiecie nie brakuje. A teraz właśnie upatrzyła sobie nową zdobycz – bogatego wyzwoleńca Hortensjusza Nowusa. Na szczęście kochający domownicy Nowusa postanowili chronić swojego przyjaciela i wynajęli prywatnego detektywa, by uroczyście skompromitował lub skutecznie przekupił Sewerynę. Tak, to właśnie Marek Dydiusz Falko ma stanąć na drodze raźno biegnącej do ołtarza Zotyce. Sprawa wydaje się dość prosta, klienci są więcej niż wypłacalni, a Marek ma przecież wprawę w wykonywaniu podobnych zleceń. Problem w tym, że Seweryna to doświadczony, przebiegły gracz, który dodatkowo dysponuje potężną bronią: urokiem osobistym. A przecież wiemy, że Marek – chociaż dotąd bezwzględnie wierny Helenie – nie jest obojętny na wdzięki sprytnych kusicielek.  

Motyw czarnej wdowy jest stosunkowo mało oklepany w kryminałach i bardzo mnie ucieszyło, że autorka postanowiła zająć się tym tematem. Staram się być obiektywna i bezstronna, jeśli chodzi o „płeć” kryminału, ale tym razem muszę przyznać, że bardzo się cieszę, że Lindsey Davis jest kobietą i że to właśnie ona stworzyła Marka Dydiusza. Zdecydowanie ma dobrą rękę do postaci kobiecych – wszystkie portrety bohaterek są zawsze wspaniale dopracowane, z jednej strony dość głębokie psychologicznie, a z drugiej na szczęście wolne od babrania się w emocjach dla samej przyjemności niewczesnego psychologizowania. Mimo że akcja w kryminałach Davis toczy się naprawdę wartko i czytelnik ani przez chwilę się nie nudzi, to jednak jest czas na smakowite opisy strojów i biżuterii – szczególnie ładnie wypadło to w przypadku ametystowej szaty Hortensji Atylii, starannie dobranych kolorystycznie ubrań Seweryny, a także (oczywiście!) Heleny Justyny i jej szpilek do włosów w kości słoniowej…  

Miedziana Wenus to kolejny doskonały kryminał, który utwierdził mnie w moich ciepłych uczuciach dla Falkona – i niechęci do papug (również tych feministycznie nastawionych). Następna w kolejce jest Żelazna ręka Marsa i już nie mogę się doczekać, kiedy ją dorwę, bo podobno tam wreszcie boski Tytus rusza smalić cholewki do Heleny Justyny. Nie mam wątpliwość, że ukochana Falkona umiałaby chłodno odrzucić awanse nawet samego cesarza, ale z drugiej strony… fajny ten Tytus;-)    

niedziela, 3 czerwca 2012

Uwikłanie - Zygmunt Miłoszewski

Uwikłanie
Zygmunt Miłoszewski
WAB 
Warszawa 2007



O Zygmuncie Miłoszewskim zrobiło się ostatnio tak głośno, że musiałam nadrobić zaległości w lekturze i wreszcie przeczytać Uwikłanie. Nie będę oryginalna – podobało mi się. Dlaczego jednak aż tak długo zajęło mi przekonywanie się do tej książki, skoro nazwisko autora od lat nie jest mi obce? Zastanowiłam się nad tym uczciwie i doszłam do nieco niepokojących wniosków. Ale po kolei – najpierw kilka słów o książce.

Pomysł, aby na klasyczny schemat zamkniętego pokoju nałożyć – niczym dodatkową warstwę akwareli – sytuację sesji psychologicznej, od początku wydawał mi się dość ryzykowny, ale przez to bardzo interesujący. Z takiego przeplecenia motywów, emocji i wątków po prostu musiało wyniknąć coś ciekawego i nieoczekiwanego. Spodziewałam się niespodzianki, ale i tak spotkało mnie zaskoczenie – a kryminały wszak powinny być zaskakujące. Czy można kogoś zamordować w afekcie, nie mając tak naprawdę żadnego motywu? Do czego mogą doprowadzić eksperymenty z ludzką psychiką i czy bezpiecznie jest ufać terapeutom? Prokuratorowi Teodorowi Szackiemu, prowadzącemu śledztwo w sprawie zabójstwa jednego z uczestników nietypowej sesji psychologicznej, niełatwo przyjdzie znalezienie pierwszego punktu zaczepienia w tej zagadce. Trzy osoby, które poza nieboszczykiem Telakiem brały udział w sesji, były dla ofiary zupełnie obce i nie miały żadnego motywu, podobnie jak nie miał go opiekujący się nimi terapeuta, Cezary Rudzki. Poza tym Henryk Telak najwyraźniej nie miał wrogów i prowadził dość nudne życie – ot, kolejny szary obywatel przytłoczony spadającymi na niego nieszczęściami. W końcu, kiedy Szackiemu pozostaje albo uwierzyć w tajemnicze działanie pola psychicznego i dość szarlatańską teorię ustawień Hellingera, albo odłożyć akta sprawy do przegródki „niewyjaśnione”, wreszcie pojawia się trop…

Za największy atut Uwikłania uznałabym prowokacyjną wręcz nieefekciarskość – tam, gdzie inni osunęliby się w sztampę i dramatyzowanie, Miłoszewski woli wygasić światła, ironicznie zmilczeć i niespodziewanie przesunąć akcenty. Ten zabieg ładnie się komponuje z rozpoczynaniem każdego rozdziału od krótkiego podsumowania „wiadomości dnia”. Na co dzień możemy obserwować  niezamierzony komizm wynikający z zestawienia różnych informacji w „aktualnościach”, ale w Uwikłaniu zostało to przedstawione naprawdę wybornie.

Jeśli chodzi o bohaterów, to powiem od razu, że Szackiego nie polubiłam (w prawdziwym życiu nie znoszę takich dwulicowych mężów, którzy „oczywiście, że kochają swoją żonę” i „oczywiście, że ją zdradzają”, więc niby czemu miałabym ich lubić w literaturze?), ale nie przeszkodziło mi to docenić precyzyjnej  konstrukcji tej postaci. Jest to człowiek na tyle skomplikowany, żeby wzbudzić zainteresowanie czytelnika, a jednocześnie na tyle przejrzysty w swoich motywacjach, by dało się go zrozumieć. Szacki jest bardzo ludzki (choć mi się to jego po ludzku nieuczciwe oblicze nie podobało) i nie pozuje przed czytelnikiem na superbohatera (pomimo mlecznej czupryny, która od razu skojarzyła mi się z Wiedźminem, snh snh;-)) genialnego detektywa, który od pierwszego zerknięcia na miejsce zbrodni wie wszystko. Zdecydowanie najbardziej, jeśli o niego chodzi, podobało mi się to przełożenie głodu sprawiedliwości na „prawdziwe życie”. Miłoszewskiemu – mimo że nie bawi się w moralizowanie – udało się przemycić refleksję, że tak to jest, że raz dorastamy do naszych idealnych wyobrażeń o sobie, a raz nie. Że apetyt na życie, na adrenalinę, na piękno, sprawiedliwość i prawdziwą miłość może nas przywieść zarówno do działań bardzo dramatycznych i ryzykownych, jak i – paradoksalnie – zupełnie nieefektownych i mało brawurowych. Nie lubię Szackiego, ale go cenię.

No dobrze, skoro wszystko tak pięknie i ciekawie, i przekonująco – to czemu nie mogłam się zebrać do lektury tej książki? Chyba chodzi o polskie kryminały w ogóle. I pewnie nie tylko ja tak mam. Fajnie słyszeć, że Miłoszewski wielkim pisarzem jest, że Krajewski, że Grzegorzewska, że Czubaj… ale żeby tak naprawdę wziąć do ręki i przeczytać, to niee… Dlaczego? No cóż – chyba, żeby się nie rozczarować. Chętnie wierzę, że mamy dobrych pisarzy kryminałów, ale ciągle pozostaje taki cień wątpliwości, że jednak nie jesteśmy w stanie dorównać zachodnim autorom. Że skoro to polskie, to pewnie jednak nie aż takie dobre. Wolę słuchać o naszych cenionych i docenionych pisarzach, niż się osobiście przekonać, czy rzeczywiście są tacy fajni. Bo nie chcę się zawieść.  Bo jednak gdzieś w głębi duszy wydaje mi się, że jak kryminał, to tylko skandynawski, brytyjski, amerykański, no a my to możemy sobie oczywiście tak na boczku próbować, ale tak naprawdę to…

Oczywiście taka patriotyczna „skromność” jest absolutnie idiotyczna. Wszystkie stereotypy – również te dotyczące nas samych, naszych pisarzy – zaczynają się w naszych głowach. Na szczęście prawda obiektywna jest bardziej pocieszająca niż to, co się w nich kotłuje. Mamy świetnych pisarzy. Nie musimy ich intensywnie szukać, bo jest o nich głośno już nie tylko w Polsce. Wystarczy sięgnąć po ich książki. Oczywiście nie wszystkie każdemu się spodobają, ale myślę, że przynajmniej wśród tych najbardziej znanych autorów nawet wybredny czytelnik znajdzie chociaż jednego, który skutecznie go przekona, że jest dobrze. Mnie Uwikłanie przekonało – i zachęciło, by o wiele częściej sięgać po świetne polskie kryminały.               

piątek, 11 maja 2012

Smuga krwi - Johan Theorin


Johan Theorin
Smuga krwi
tłum. B. Matusiak
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2012


Od jakiegoś czasu przy czytaniu kryminałów zwracam uwagę na to, w jaki sposób autor wplątuje głównego bohatera w daną zbrodniczą historię. Prywatni detektywi i policjanci to jedna sprawa, ale skąd się biorą detektywi-amatorzy? Niektórzy tak jak np. panna Marple są po prostu naturalnie wścibscy i kolejne morderstwa im się „przydarzają”. Niektórzy szukają guza i go znajdują. Niektórzy mają pecha. Niektórzy zostają oskarżeni o popełnienie zbrodni i muszą znaleźć prawdziwego mordercę, by dowieść swojej niewinności.
A dlaczego Per Mörner, rozwiedziony ojciec dwójki dzieci, na co dzień parający się mało spektakularnym zajęciem telemarketera, facet na wskroś zwyczajny, był zmuszony poprowadzić prywatne śledztwo? Dlaczego nie mógł po prostu odpocząć w odziedziczonym po krewnym domku na Olandii? To było coś więcej niż pech. Być może wmieszały się w to wszystko jakieś mroczne siły. W końcu właśnie zbliża się noc Walpurgii. Na wyspie zapłoną ogniska. Brzmi to romantycznie i malowniczo, prawda? Nie dajcie się zwieść.

Spokojny (chociaż na pewno nie beztroski) pobyt głównego bohatera na Olandii przerywa telefon od jego zniedołężniałego ojca, Jerry’ego. Mężczyzn nie łączą szczególnie bliskie więzi, a odpowiedzialny jest za to jedynie Jerry, ponieważ Perowi jako synowi nie można nic zarzucić. Wydaje się wręcz, że wykazuje aż za dużo dobrej woli. Tknięty złym przeczuciem Per niechętnie wyrusza do studia filmowego Jerry’ego, żeby zaopiekować się ojcem i odwieźć go do domu. Na miejscu okazuje się, że ktoś podłożył w budynku ogień, a Jerry został napadnięty. Per ma tylko chwilę na to, by wyprowadzić ojca ze studia. Później wraca do płonącego budynku, gdzie odkrywa czyjeś zwęglone ciało i słyszy kobiecy krzyk. Niestety płomienie odcinają Perowi drogę i musi ratować się ucieczką przez okno. Gdy przybywa zaalarmowana straż pożarna, jest za późno – nie udaje się uratować ani studia, ani uwięzionej w nim kobiety.
Per podejrzewa, że ktoś celowo podpalił budynek. Ale kto? Niestety od ojca wiele się nie dowie, gdyż Jerry cierpi na częściową afazję i nie jest w stanie złożyć sensownego zdania, nawet gdyby chciał. A prawdopodobnie nie chce. Wszystko wskazuje na to, że ktoś chce zemścić się na Jerrym, a on przywykł zachowywać swoje sprawy dla siebie. Teraz Per musi jak najszybciej poznać prawdę, by ocalić ojca – a najpewniej i siebie – przed tajemniczym mordercą, który lubi się bawić zapałkami…

Smuga krwi należy do tych kryminałów, które dla przykucia uwagi czytelnika używają bardziej wyrafinowanych środków niż tylko nieustannego podkręcania napięcia. Nie powiedziałabym, że to mrożący krew w żyłach thriller, ale trudno się oderwać od tej lektury i „przeczytanie jeszcze tylko paru stron przed snem” skończyło się w moim przypadku zarwaniem nocy.
Intryga w Smudze krwi rozwija się niespiesznie, nieoczekiwanie i oryginalnie. Dramatyzm przedstawionych wydarzeń został zestawiony z melancholijnym pejzażem surowej olandzkiej przyrody, a realizm współczesnej akcji zmieszany z przesądami i magią, którą niektóre postaci książki biorą zaskakująco serio. W miarę jak pojawiają się kolejne postaci zastanawiamy się, jaką rolę przyjdzie im odegrać w tej historii. Czy powinniśmy szukać mordercy wśród sąsiadów Pera? Czy któreś z nich jest kimś innym, niż się wydaje? W jaki sposób mogli się wcześniej zetknąć z Jerrym? Odpowiedzi na te pytania okażą się naprawdę zaskakujące.

Johan Theorin nie marnuje czasu na obiecywanie czytelnikowi tajemnic i niespodzianek – a im spokojniej prowadzi swoją opowieść, tym bardziej nieoczekiwane okazują się przygotowane przez niego rozwiązania.          

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję serwisowi Zbrodnia w Bibliotece
Zbrodnia w Bibliotece

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Zakryjcie jej twarz - P.D. James


P.D. James
Zakryjcie jej twarz
tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska
Buchmann, Warszawa 2012




Dobroduszny wiejski doktor, stara panna opiekująca się domem dla samotnych matek, młoda atrakcyjna wdowa, dziedzic wielkiego majątku i obiecujący człowiek sukcesu, prawdziwa angielska dama w starym stylu, roztargniony pastor, wierna służąca… Kto z nich mógł życzyć śmierci młodej, pięknej Sally Jupp, zatrudnionej w rezydencji Martingale jako służąca? Kto tak długo zaciskał palce na jej szyi, aż uszło z niej życie? No cóż, trzeba przyznać, że wszyscy wyglądają dość obiecująco jako kandydaci na morderców. Jeśli mamy do czynienia ze zbrodnią w cichej angielskiej wiosce, a przy tym podczas jarmarku, najbardziej niewinnie prezentujące się osoby automatycznie dostają dodatkowe punkty. Tak to już jest.
Zatrudnienie Sally w Martingale było bardzo ryzykownym krokiem ze strony pani Maxie –  dziewczyna była inteligentna, chętna do pracy i zręczna, ale jej trudna sytuacja (młoda matka z dzieckiem, uparcie odmawiająca podania imienia „winowajcy”) oczywiście komplikowała sprawę.  Chociaż wszyscy pochwalali wspaniałomyślność właścicielki Martingale, która zgodziła się dać biednej dziewczynie szansę, ciągnący się za Sally intrygujący powiew skandalu owionął cały dom. Krótko mówiąc, należało się spodziewać kłopotów – jednak nadciągnęły one z zupełnie nieprzewidzianej strony. Okazało się, że to nie wady Sally napytają biedy wszystkim dookoła, ale jej zalety – szybko stanie się jasne, że rudowłosej piękności i otaczającej jej aurze dramatyzmu nie zdoła się oprzeć syn pani Maxie, młody Stephen. Nikt by się pewnie nie zdziwił, gdyby atrakcyjną służącą o wątpliwej reputacji i przystojnego dziedzica majątku połączył przelotny romans, ale Stephen przyprawił wszystkich o wstrząs, proponując Sally ni mniej ni więcej tylko małżeństwo. Granda i skandal! To nie do pomyślenia! Podczas gdy inni biadolili, ktoś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i jeszcze tej samej nocy wyprawił powabnego rudzielca na tamten świat. Szybko i skutecznie.
Gdy na miejscu zbrodni pojawia się nadinspektor Adam Dalgliesh, wszyscy zdają sobie sprawę, że śledztwo zostanie przeprowadzone bardzo dokładnie i profesjonalnie. Oczywiście wcale im się to nie uśmiecha, bo każdy z mieszkańców Martingale, ba, niemal każdy z wioski, ma coś do ukrycia. A wiele z tych sekretów łączy się z tajemniczą, nieprzewidywalną i nieodwołalnie skreśloną z listy żywych Sally Jupp…
Phyllis Dorothy James (znaną jako P.D. James) zwykle określa się mianem „drugiej Agathy Christie”, co oczywiście jest w pewnym sensie krzywdzące dla tej cenionej autorki, która udowodniła już, że jej nazwisko wystarczy jako gwarancja dobrej literatury kryminalnej. Jeśli jednak ktoś dotąd nie słyszał o P.D. James, ta etykietka rzeczywiście może się na początku przydać, żeby umiejscowić jakoś tę autorkę na kryminalnej mapie. Według mnie o wiele więcej różni James i Christie, niż łączy, ale rzecz jasna jest to sprawa dyskusyjna. Obie posługują się dość prostym i klarownym stylem, ale o ile Królowej Kryminału udaje się dzięki tej prostocie nawiązać błyskawiczny kontakt z czytelnikiem i pociągnąć do za sobą w głąb swojego świata, o tyle u P.D. James ta jasność stylu łączy się z powściągliwością, która tworzy wyraźny dystans. Bohaterowie Agathy Christie do nas przemawiają, po kilku stronach wydaje się nam się, że świetnie ich znamy (oczywiście często bywa to bardzo zwodnicze!), zaś do postaci z książek P.D. James trzeba się nieustannie „przebijać”; są nieuchwytni i zagadkowi. Najbardziej tajemniczą osobą w Zakryjcie jej twarz jest Sally Jupp - nie tylko dla czytelników, ale też dla pozostałych postaci. Uczciwa młoda kobieta, która miała pecha? Sprytna intrygantka? Niewdzięczna i złośliwa kokietka, która lubi się bawić cudzym kosztem i lubuje się w skandalach? Niewinna ofiara? Jaka była naprawdę Sally? Nad tym przede wszystkim zastanawia się Dalgliesh (postać sama w sobie dość przeźroczysta i nieuchwytna). Jeśli to charakter Sally jest kluczem do rozwikłania zagadki jej śmierci, nadinspektor będzie musiał ją „poznać”, a Sally istnieje już tylko we wspomnieniach innych. Czy z tych odprysków luster uda się złożyć prawdziwy obraz młodej, pełnej życia dziewczyny, którą była?
Niejednoznaczne, precyzyjnie skonstruowane portrety bohaterów są na pewno jedną z największych zalet pisarstwa P.D. James. Co ciekawe, sam detektyw zostaje zepchnięty na drugi plan, a na scenie królują podejrzani. Zdecydowanie wybija się spośród nich nieładna, zakompleksiona Catherine, pewna siebie i twarda Deborah oraz inteligentny, dowcipny Felix. Co chwila są ukazywani z innej strony, tak że trudno wyrobić sobie o nich zdanie albo ich polubić. Dzięki temu zabiegowi lekturze towarzyszy napięcie inne niż tylko to związane z pytaniem, kto zabił. Czytelnik ma świadomość, że aby w kulminacyjnym momencie zrozumieć, dlaczego ktoś postanowił zabić Sally Jupp, będzie musiał bardzo pilnie śledzić przez cały czas akcji drgnienia emocji poszczególnych osób, odczytywać ich motywacje w danym momencie i analizować stosunek do pozostałych bohaterów. To może się wydawać oczywiste – w końcu w każdym kryminale trzeba przyjrzeć się uważnie każdemu podejrzanemu – ale w przypadku P.D. James to zadanie zostało celowo utrudnione. Bo tak się składa, że ktoś tu bardzo pięknie kłamie. I to kłamie, że tak powiem, na wielką skalę.
Zakryjcie jej twarz to lektura bardzo satysfakcjonująca, którą można polecić nie tylko fanom Agathy Christie. Ten klasyczny kryminał może stanowić ciekawe wyzwanie dla tych, którzy od klasyki już się odzwyczaili – warto sobie przypomnieć, co tak lubimy w tradycyjnych powieściach kryminalnych i na ile sposobów mogą one nas zaskoczyć.