Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martha Grimes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martha Grimes. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 stycznia 2013

Help the Poor Struggler - Martha Grimes (6. tom o R. Jurym)

Martha Grimes
Help the Poor Struggler
Headline Book Publishing
London 1989


Od wydania piątego tomu o Richardzie Jurym (Zajazd Jerozolima) minęło już trochę czasu i w końcu – nie doczekawszy się – postanowiłam przeczytać szóstą część w oryginale. Nie będę próbowała przekładać tytułu, bo pewnie, z braku w języku polskim odpowiedniego rzeczownika osobowego od „mozolić się”, wyszłoby mi coś w rodzaju „Pomóż nieszczęsnemu nieborakowi”, a na pewno można to zrobić jakoś ładniej (any ideas?).

Zawsze najbardziej lubię w książkach początki i przykładam dużą wagę do tego, czy są przemyślane i chwytliwe – a szczególnie ważne wydaje mi się to w kryminałach. Najlepiej oczywiście, żeby zaczęło się od interesujących zwłok lub sceny morderstwa. W Help the Poor Struggler mamy naprawdę mocne wejście i aż cztery trupy: kobiety i trójki dzieci. A obiecuje się i piątego („…czy zdążą rozwiązać zagadkę na czas, by ocalić kolejną niewinną ofiarę?” pyta natarczywie notka na tylnej okładce). Zdecydowanie największe wrażenie robi opis znalezienia ciała Rose Mulvanney – aż mnie ciarki przeszły, mniam!
To pierwszy duży plus Help the Poor Struggler. Drugim jest ciekawy chwyt wprowadzenia nowych (i bardzo ważnych) bohaterów w środku książki, kiedy wydaje się, że już wszystkie role są obsadzone. Bardzo lubię takie kompozycyjne zagrania – to tak jakby ktoś niespodziewanie wyjął z szuflady schowaną tam czekoladkę.

Jeśli już o bohaterach mowa, to i tym razem Martha Grimes wspaniale sobie poradziła z wykreowaniem starannie dobranego grona ciekawych postaci. Na pierwszy plan zdecydowanie wybija się despotyczny policjant Brian Macalvie. Na jego przykładzie po raz kolejny potwierdza się teza, że urokowi Richarda Jury’ego nikt się nie oprze – nawet twardogłowy (w poniekąd pozytywnym znaczeniu) glina o niezawodnym instynkcie i niewyparzonej gębie. Współpraca z Macalviem okazuje się zaskakująco udana – cała trójka (Macalvie, Jury i oczywiście Melrose Plant) dogaduje się doskonale. Wydawałoby się, że dzięki połączeniu ich atutów sprawa zostanie błyskawicznie rozwiązana, ale w pewnym momencie wszystko jakby staje w miejscu: nie pojawiają się nowe poszlaki, tropy, pomysły. Panowie siedzą w pubie Help the Poor Struggler i słuchają apatycznie starych przebojów Elvisa sączących się z szafy grającej. I nic. I nic. Ale to cisza przed burzą.
Drugą niezapomnianą bohaterką Help the Poor Struggler jest Lady Jessica, młoda dama fascynująca się motoryzacją. I mariażami – a dokładniej sposobami zapobiegania im. Jak Brian Macalvie wprowadza klimaty amerykańsko-presleyowskie, tudzież sentymentalne irlandzkie piosenki (zdumiewające, jak często ci twardzi faceci kryją w sercach jakąś romantyczną tajemnicę!), tak dzięki Jess do książki wkraczają mniej lub bardziej subtelne aluzje do Dziwnych losów Jane Eyre i Rebeki oraz upiornie drogie samochody. To dosyć nietypowa mieszanka, ale w Help the Poor Struggler sprawdza się znakomicie.

Jeśli miałabym wskazać minusy szóstego tomu, to przyczepiłabym się do rozwiązania zagadki, które wydawało mi się nieco naciągane. Fabuła obejmuje dwadzieścia lat, tymczasem wszystko rozstrzyga się w jedną noc, kiedy wszystkie postaci dramatu nie wiadomo czemu znajdują się nagle na właściwych miejscach we właściwym czasie. Co więcej, policjanci siedzący w barze doznają olśnienia dokładnie w momencie, kiedy pięć mil dalej morderca trzyma nóż na gardle kolejnej ofiary. Może trochę zbyt surowo to oceniam, ale brawurowy początek i pięknie splatające się wątki czterech różnych morderstw pozwalały liczyć na wspaniały finał… Z drugiej strony muszę przyznać, że niedociągnięcia logiczne wcale nie popsuły mi przyjemności z lektury. Niesamowity klimat, który Marcie Grimes udało się wyczarować (tym razem tłem były ponure krajobrazy Dartmoor. To tam, gdzie hasał pies Baskerville’ów!) i świetnie zarysowane postaci bohaterów sprawiają, że nie ma sensu czepiać się drobiazgów.    

P.S. Jeśli ktoś się pokusi o lekturę oryginału, radzę poszukać innego wydania - czytało się okropnie, jeszcze nigdy nie widziałam tak obrzydliwie rozmazanego druku :-/

niedziela, 29 stycznia 2012

Zajazd Jerozolima - Martha Grimes





Martha Grimes
Zajazd Jerozolima
WAB, Mroczna Seria
Warszawa 2011
tłum. Grzegorz Sowula


Zdarza się, że spotykając kogoś przypadkowo, mamy dziwne wrażenie, że znamy tę osobę od dawna. Wystarczy tylko uśmiech i kilka słów, żeby poczuć silną więź – mogłoby się wydawać, że oboje tylko udajemy, że się nie znamy, jakby to była jakaś gra. W taki sposób – od nagłego impulsu, nieoczekiwanego przypływu sympatii – zaczyna się wiele przyjaźni.
Coś takiego przydarzyło się również nadinspektorowi Jury’emu, kiedy spacerował na cmentarzu w Washington (hrabstwo Tyne and Wear) i właśnie użalał się nad sobą. Że sam, a Święta idą. Że pada śnieg zmieszany z deszczem. Że wróble się dziobią do krwi. Szło mu coraz lepiej, ale właśnie wtedy zobaczył stojącą nieruchomo przy jakimś nagrobku kobietę, która go zaintrygowała. Otaczała ją odpowiednio gęsta aura smutku, żeby Jury uznał, że jemu samemu nieoczekiwanie poprawia się humor. Zamieniają kilka słów i nieznajomej kobiecie nagle robi się słabo – jakby na zawołanie. Jury ma okazję wykazać się rycerskimi zaletami i już niedługo zasiada w wynajmowanym przez nią (czyli Helen Minton) domu przy szklaneczce whisky. Bez wątpienia coś między nimi iskrzy i nasz bohater z radosnym zdumieniem zdaje sobie sprawę, że w towarzystwie Helen nie plącze mu się język i swobodna rozmowa przychodzi mu bez trudu (nie to co z kapryśną Vivian Rivington, czy emocjonalnie nieuchwytną Jenny). Helen jest piękna, miła, w odpowiednim wieku i najwyraźniej nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przystojny przedstawiciel Scotland Yardu spróbował odpędzić dręczące ją czarne myśli. Umawiają się na następny dzień.
To naprawdę straszny pech, że Helen ginie już w rozdziale drugim.
Na początku nic nie wskazuje na to, że z jej śmiercią było coś nie tak. Tylko Jury uznał, że to jest mocno nie w porządku – bo poczuł się, jakby ukradziono mu obiecany prezent gwiazdkowy. Rozpoczyna dyskretne śledztwo, dowiadując się coraz więcej o Helen. Okazuje się, że ona również bawiła się w detektywa i starała się coś odkryć, wypytując cierpliwie nieszkodliwe starsze panie, miejscowego księdza i ludzi w pubach. A komuś się to bardzo nie spodobało.
Przedstawiciele miejscowej policji, czyli sierżant Cullen i posterunkowy Trimm, patrzą na udział Jury’ego w tej sprawie równie nieprzychylnie co starszy nadinspektor Racer, jego wredny szef. Kiedy jednak wyniki sekcji zwłok wykazują, że Helen została otruta, nikt nie może zaprzeczyć, że w tej sprawie pomoc Jury’ego się przyda.
Mawia się, że policjanci nie miewają wakacji. Najwyraźniej spokojne Święta również zdarzają się im nieczęsto.
Jeśli ktoś szuka w Zajeździe Jerozolima radosnego świątecznego klimatu i podnoszących na duchu opisów ciepła domowego ogniska, oplecionego kolorowymi lampkami, zawiedzie się równie srodze, co cioteczka Agatha, domagająca się, żeby ktoś upiekł jej bożonarodzeniową gęś. Jeżeli natomiast ktoś ma ochotę na świetny kryminał, przyprawiony goryczką i ciemnym ale, dobrze trafił.
Oczywiście w toku opowieści pojawi się Melrose Plant, któremu na dodatek nie uda się tym razem przechytrzyć Agathy, a więc i nią będziemy mogli się nacieszyć. Okaże się między innymi, że obserwowanie ciotki Planta przy grze w karty jest jeszcze bardziej poruszające niż widok Agathy zajadającej się babeczkami. Naprawdę. Poza tym wróci do nas Vivian, tym razem w nieco bardziej zadziornej wersji – niczym jenot, który usiłuje sobie wyrobić pozwolenie na posiadanie broni palnej. Moim ulubionym bohaterem stała się jednak nowa postać: sierżant Roy Cullen, gorący wielbiciel żucia kilku listków gumy jednocześnie i  przeciwnik panów i magnatów. Jak można się domyślić, będzie miał niezły orzech do zgryzienia, kiedy napotka Melrose’a Planta.
W jednym z wywiadów Martha Grimes zdradziła, że często sama długo nie wie, kto zabił. Pisząc, oddaje głos swoim postaciom, i w końcu, jak mówi, coś zaczyna się z tego tworzyć, intryga sama wynika z ich rozmów, gestów, zachowań. Jest to dosyć niezwykła taktyka, która zapewne sprawia, że sama autorka świetnie się bawi przy pracy i może bardziej swobodnie rozwijać poszczególne wątki, zwodząc i siebie, i czytelnika. Jeśli jednak spojrzeć na to z drugiej strony, czytelnikowi również rozwiązanie powinno w którymś momencie zacząć się samo nasuwać. A tego przecież nie chcemy;-) Przyznam, że tym razem udało mi się domyślić, kto zabił – i jestem z siebie strasznie dumna. Nie wiedziałam dlaczego i jak, ale byłam pewna kto od połowy książki. Co wcale nie odebrało mi przyjemności lektury, ponieważ pytanie dlaczego jest oczywiście o wiele bardziej frapujące – ostatnie rozdziały przynoszą wiele nieoczekiwanych rewelacji.
Gdybym miała oceniać Zajazd Jerozolima na tle wcześniejszych czterech tomów, to podobał mi się o wiele bardziej niż Pod Zawianym Kaczorem, ale jednak mniej niż Pod Anodynowym Naszyjnikiem, który pozostaje moim numerem jeden i perełką wśród perełek. W tomie piątym Martha Grimes niezaprzeczalnie trzyma poziom: Melrose jest cudownie ironiczny, Jury niezmiennie czarujący, cioteczka Agatha niepoprawna – a intryga przyjemnie zagmatwana. Brakowało mi trochę silnych postaci na drugim planie: Beatrice Sleight, lady St. Leger czy państwo Seaingham jakoś do mnie nie przemawiali, natomiast plan trzeci prezentował się naprawdę wybornie: mój ulubiony sierżant Cullen (szczególnie ujęła mnie scena z odbieraniem płaszczy), stara panna Dunsany o błękitnych oczach, rudowłosa Nell Pond – już dla samych opisów tych postaci warto sięgnąć po tę książkę. Martha Grimes ma niezwykły dar celnego portretowania swoich bohaterów: jednym zdaniem potrafi wzbudzić w czytelniku gorącą sympatię lub wywołać pobłażliwie ironiczny uśmieszek. Jej zamiłowanie do detali i ulotnych wrażeń jest na pewno jednym z wyznaczników tej mocnej, wyrazistej i smakowitej prozy.
Zdecydowanie nie zawiodłam się na Zajeździe Jerozolima i niecierpliwie czekam na tom szósty – Help the Poor Struggler.               

Okiem edytora: bardzo spodobał mi się świąteczny akcent – subtelne srebro na okładce. Naprawdę patrzę z wielką przyjemnością na tomy tej serii stojące na mojej półce.
Okiem redaktora: wszystko pięknie, ale chyba pod koniec rozdziału dwudziestego szóstego komuś przydarzyła się mała drzemka. Bardzo podobały mi się przypisy i próba oddania akcentu z Północy.

środa, 25 stycznia 2012

Pod Huncwotem - Martha Grimes

Martha Grimes
Pod Huncwotem
Warszawa 2008
WAB, Mroczna Seria
tłum. Agnieszka Andrzejewska

Moja gospodyni, jak pani się miewa?
Co z czystą Cicely, gdzie Prue się podziewa?
Gdzież jest ta wdowa, co mieszkała na dole?
Gdzie chłopiec stajenny, co śpiewał w stodole?

Ach, sir, niech ja umrę lub niech pójdę siedzieć,
Jeśli wiem, na które z pytań najpierw odpowiedzieć.
Od kiedyś wyjechał, wszystko się zmieniło:
Prue dobrym ludziom dziecię podrzuciła,
Stajenny dawno wisi, za mąż wyszła wdowa,
Cicely z sakwą gościa uciekła bez słowa.

Zwykle czytamy motto przydane książce przez autora dość nieuważnie i zapominamy o nim już na następnej stronie, kiedy zaczynamy czytać właściwą treść. Mnie się tym razem ten chwalebny wyczyn nie udał i te dwie zwrotki autorstwa Matthew Priora (bardzo ciekawa postać, swoją drogą) ciągle chodziły mi po głowie podczas lektury pierwszego tomu z serii o Richardzie Jurym, tak jakby ktoś wygrywał ten rytm na cymbałkach. Na pewno wśród rozmaitych rozgałęzień nauk o literaturze znajdzie się jakaś mottologia;-) (albo może wśród kłączy językoznawstwa – w końcu problemem pseudonimów przybieranych przez pisarzy zajmuje się onomastyka) i według mnie motto Pod Huncwotem należałoby skrupulatnie przebadać pod kątem idealnej przystawalności do treści książki.
Naprawdę trudno uwierzyć, że pierwszy tom serii o Jurym jest debiutem Marthy Grimes – postaci, klimat i intryga są tu już dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. To tutaj po raz pierwszy spotykamy Melrose’a Planta i jego nieznośną cioteczkę Agathę, wiecznie pociągającego nosem Wigginsa, Vivian Rivington – i oczywiście Richarda Jury’ego. Dowiemy się też sporo o angielskich pubach i ich specyficznym nazewnictwie – co w kontekście tytułów kolejnych tomów z tej serii jest dosyć ważne, a przede wszystkim naprawdę ciekawe.
Bardzo podoba mi się, że Martha Grimes od samego początku nie żałuje sobie trupów i spektakularnych morderstw: najpierw tajemniczy morderca zostawia ciało pierwszej ofiary z głową w beczce piwa w piwnicy pubu „Pod Huncwotem”, potem zawiesza drugiego trupa na belce przy szyldzie pubu „Pod Jackiem i Młotem”, a następnie udaje się do pubu „Pod Łabędziem”…  A to jeszcze nie wszystko – możemy się spodziewać prawdziwego wysypu interesujących trupów. Zwykle nie jestem aż tak krwiożercza, ale tym razem ten urodzaj wydawał mi się uzasadniony. 
Jak to w książkach Marthy Grimes bywa, kolejne postaci są wprowadzane na rozmaite sposoby – o niektórych możemy sobie dość szybko wyrobić zdanie (co nie znaczy, że będziemy mieć rację, oczywiście), zaś inni przez dłuższy czas pozostają jakby niedookreśleni i na koniec możemy spodziewać się niespodzianek. Najbardziej tajemnicza jest na pewno Vivian Rivington – jej motywacje, wybory i cele wydają się nie do końca znane nawet jej samej. Oczywiście solidarnie z Jurym od razu poczułam do niej sympatię, nie zważając na konsekwencje takich słabości do danej postaci.
Już w pierwszym tomie serii pojawia się stale występujący motyw dzieci – tym razem mamy ich aż dwójkę, w tym jedno pozostaje do końca bezimienne. Bardzo mi się podoba ten znak firmowy Marthy Grimes, a to, że Jury lubi dzieci i umie się z nimi dogadać, jeszcze bardziej mnie utwierdza w życzliwości dla niego.
Jedynym mankamentem Huncwota (tak na marginesie, strasznie mi się podoba przekład tytułu oryginalnego: The Man with a Load of Mischief!) jest to, że można się domyślić, kto zabił. Nie mówię, że domyśli się każdy czytelnik i to już po pierwszych kliku rozdziałach, ale ogólnie da się to zrobić. Na pewno warto spróbować! :-)    

Pod Anodynowym Naszyjnikiem - Martha Grimes





Martha Grimes
Pod Anodynowym Naszyjnikiem
Warszawa 2009
WAB, Mroczna Seria
tłum. Anna Bartkowicz



Solennie obiecywałam sobie, że w każdym kryminale z serii o Richardzie Jurym znajdę jedną rzecz, która mi się nie podoba. Tym razem się nie udało.

Inspektor Jury w brutalny sposób zostaje pozbawiony przyjemności odwiedzenia Melrose’a Planta w Ardry End i oddelegowany do sprawy morderstwa w Littlebourne, Hertfordshire. Jego niezniszczalny, niezawodny, nieznośny zwierzchnik, nadinspektor Racer, zaszczyca go telefonem kwadrans po siódmej w sobotę rano i żąda, żeby Jury natychmiast znalazł mu w owej mieścinie trupa i mordercę. Otóż niejaka panna Craigie przed sklepem w Littlebourne zauważyła, że jakiś piesek niesie w pysku ludzki palec… Czy to pewno morderstwo? – pyta bardzo rozsądnie Jury. No właśnie. My wiemy już od czasów van Dine’a, że morderstwo nam się należy, a im bardziej trup zwłokowaty, tym lepiej  (zasada nr 7: There simply must be a corpse in a detective novel, and the deader the corpse the better. No lesser crime than murder will suffice. Three hundred pages is far too much pother for a crime other than murder. After all, the reader's trouble and expenditure of energy must be rewarded), ale przecież Racer nie zdaje sobie sprawy, że jest bohaterem powieści detektywistycznej (chociaż… kto wie?;-)) Wszak dużo łatwiej o odcięte palce (zwłaszcza na terenach wiejskich) niż całe trupy, choćby i rozczłonkowane. Dlaczego niby miałoby to być morderstwo? „Posłuchajcie mnie uważnie, to wam powiem. […] Życie policjanta jest ciężkie” mówi Racer. Czyli: weź nie marudź, Jury, tylko jazda mi po tego trupa. Co najbardziej irytujące – Racer ma rację.
Jury udaje się chcąc, niechcąc do Littlebourne i już wkrótce poznaje dość ekscentrycznych mieszkańców tego miasteczka, między innymi roztrzepaną pisarkę kryminałów Polly Praed, nieznośną rodzinkę Bodenheimów (miejscowych snobów), dziesięcioletnią Emily Louise Park, dziewczynkę, która dobrze wie, czego chce od życia, Ernestine i Augustę Craigie, dwie stare panny (powiedzmy, szczególna wersja sióstr rozważnej i romantycznej;-)) i piękną Ramonę Wey. Pojawia się też wreszcie trup, czy raczej reszta trupa: w pobliskim lesie zostaje odnalezione ciało niejakiej Cory Binns. A na koniec przyjeżdża Melrose Plant.
Richard Jury rozpoczyna śledztwo i dość szybko zdaje sobie sprawę, że znalezienie mordercy nie będzie łatwe. Czy zabójstwo Cory Binns ma coś wspólnego z atakiem na Katie O’Brien, którą ktoś napadł na stacji londyńskiego metra, lub z tajemnicznymi anonimami, jakie otrzymali niektórzy mieszkańcy Littlebourne? A może kluczem do rozwiązania tej sprawy jest zaginiony klejnot lady Kennington? Richard Jury i tym razem nie zawiedzie! 
Co stanowi o tym, że kryminał jest naprawdę dobry? To pytanie zadawałam sobie przez cały czas, gdy czytałam Pod Anodynowym Naszyjnikiem. Jeśli wyznacznikami są przede wszystkim świetnie naszkicowani bohaterowie, sprytna intryga o zaskakującym rozwiązaniu, oryginalny styl, odpowiednio odmierzone proporcje ironii, melancholii i dramatyzmu, to trzeci tom serii o Richardzie Jurym jest kryminałem idealnym.
Jestem teraz po lekturze czterech części serii i wydaje mi się, że właśnie w Anodynowym Naszyjniku autorce udało się stworzyć najciekawszą galerię postaci. Sama już nie wiem, czy bardziej podoba mi się złośliwy opis rodziny Bodenheimów czy przewrotne przedstawienie sympatycznej Polly Praed. Chyba jednak opowiem się po stronie tego ostatniego, bo naprawdę ubawiły mnie moje własne reakcje. Na początku wyobraziłam sobie, że Polly jako lekko zbzikowana autorka kryminałów jest kimś w rodzaju Adriany Oliver znanej z książek Agathy Christie (która zawsze mnie lekko przerażała, niczym nielubiana ciotka pojawiająca się niepodziewanie w drzwiach mieszkania)  – i dopiero w momencie, gdy Melrose poczuł się nią oczarowany, zrozumiałam, ile ta niepozorna okularnica ma w sobie uroku i bezpretensjonalnego wdzięku. Bardzo spodobało mi się również małżeństwo Ashleya i Białej Ellie – po zawarciu tej znajomości już nigdy nie spojrzycie na smażone ziemniaczki tak jak kiedyś;-)
Przyznaję, że do końca nie domyślałam się, kto jest mordercą – a naprawdę próbowałam. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, więc postanowiłam, że przynajmniej odgadnę płeć mordercy. No i wiecie co? Martha Grimes znowu wpuściła mnie w maliny aż miło!
Bywa tak, że kryminał posiada wszelkie niezbędne składniki świetnej książki, ale gdy je dodać do siebie, efekt mimo wszystko nie zwala z nóg. A Pod Anodynowym Naszyjnikiem ma w sobie to COŚ. Trudno to coś zdefiniować, bo chodzi po prostu o talent Marthy Grimes i jej niepowtarzalny styl, ale na pewno składa się na nie osobowość głównego bohatera (tym razem wczytałam się uważniej w opisy i dowiedziałam się, że Richard Jury jest „bardzo przystojny”, a Melrose Plant „niemal przystojny” – czyżby to był najważniejszy powód, dla którego moja sympatia zawsze będzie po stronie tego pierwszego? No nie może być!;-))  oraz charakterystyczna nierytmiczność prozy Grimes. Akcja jej książek toczy się w angielskich wioskach, angielskich miastach i miasteczkach, angielskich pubach, angielskich kawiarniach i angielskich posiadłościach – autorka wkracza świadomie w mityczną przestrzeń typowo angielskiego kryminału z tzw. złotego okresu, ale nigdy nie popada w banalne naśladownictwo klasyków powieści detektywistycznej ani nie nadużywa ostrza parodii i autoironii. Martha Grimes gra ze stereotypami „angielskości” w sposób bardzo subtelny, nigdy nie przekraczając granicy dobrego smaku. Myślę, że przychodzi jej to łatwiej dlatego, że sama nie pochodzi z Anglii, a z odpowiedniego oddalenia pewne rzeczy można lepiej uchwycić i zręczniej przedstawić. To trochę tak, jakby autorka brzdąkała jakąś popularną melodię, której słuchamy z lekkim pobłażaniem, ale i prawdziwą przyjemnością (tak, tak, te straszne zbrodnie w cichych angielskich wioskach). A potem – kiedy już wiemy, jaki powinien być następny akord – nagle zmienia rytm i z kpiącym uśmieszkiem przedstawia swoją własną, oryginalną opowieść. A my możemy się tylko zaśmiać i podążyć za nią z nowym zainteresowaniem, wyczekując kolejnych atrakcji.
Z tą potraktowaną z odpowiednim dystansem, nierytmiczną „angielskością” współgra nastrój melancholii, którym podszyte są zabawne i dość lekkie książki Marthy Grimes. Autorka nie stara się za wszelką cenę zrobić z inspektora Jury smutasa, rozważającego w nieskończoność udręki samotności czy tragedie egzystencji – i całe szczęście. Jego refleksje bywają niewesołe, ale na pewno nie są przytłaczająco ponure. Przed popadaniem w nadmierne tragizowanie ratuje te książki subtelność przedstawienia atmosfery nostalgii otaczającej Jury’ego. Jego relacje z innymi – te ważne i szczególne – pełne są niedopowiedzeń, milczenia i nieokreślonego oczekiwania. Dlaczego tak niespodziewanie i mocno przywiązał się do Jenny Kennington? Nie wiadomo. Ale ja – tak jak i Jury – wiążę z tym pewne nadzieje :-)
Podsumowując, Pod Anodynowym Naszyjnikiem to perełka wśród perełek, i dokładnie to, co tygryski lubią najbardziej. Jeśli ktoś dotąd nie przekonał się do książek Marthy Grimes, powinien sięgnąć właśnie po ten tom - i zakochać się bez reszty :-)

wtorek, 6 września 2011

Pod Zawianym Kaczorem - Martha Grimes

Martha Grimes
Pod Zawianym Kaczorem
tłum. Anna Jarzębowska
W.A.B.
Warszawa 2010

Dzięki ostremu zapaleniu gardła kolejny tom Marthy Grimes został przeze mnie uroczyście pochłonięty.
Pod Zawianym Kaczorem to czwarta część cyklu o Richardzie Jurym – po przeczytaniu jej zdałam sobie sprawę, że nie ma co „skakać” po tomach: trzeba zacząć po Bożemu, od Huncwota, i potulnie posuwać się do przodu. Oczywiście każda część funkcjonuje osobno jako samodzielna zagadka, ale czytając byle jak, traci się spójność wątków innego rzędu, mianowicie historii Jury’ego i Planta. Na przykład w Kaczorze pojawiają się dwie młode damy, które nie są obojętne żadnemu z tych panów, ale co ich łączy i jak to się zaczęło? – o tym najwyraźniej można się dowiedzieć z tomu Pod Anodynowym Naszyjnikiem. Najwyraźniej będę Zmuszona go przeczytać. Oh oh;-))

Pod Zawianym Kaczorem to tom Szekspirowski – czy raczej: elżbietański. Richard Jury – niechętnie, bo niechętnie, ale jednak – podejmie się rozwiązania sprawy dość brutalnych morderstw dokonanych na amerykańskich turystkach napadniętych w Stratfordzie. Sprawca, osobnik o wyraźnie chirurgicznym zacięciu (brr! krwawo jest…), zostawia na ciałach swych ofiar kartki z wersetami wiersza. I – jak zauważa ponuro Jury – nie wiadomo, jak długi jest ten wiersz… Wydaje się, że pomiędzy zamordowanymi kobietami nie można znaleźć żadnego związku poza tym, że były uczestniczkami tej samej wycieczki. Zupełnie też nie pasuje do sprawy morderstw zaginięcie małego chłopca – również zwiedzającego rodzinne miasto Szekspira z amerykańską wycieczką. Śledztwo idzie bardzo opornie i Jury wydaje się pozbawiony entuzjazmu (zwłaszcza, że jego „ulubiony szef” krzywo patrzy na jego udział w dochodzeniu), ale jednak nie rezygnuje. Jak zwykle pomaga mu Melrose Plant, ale to nie jego wsparcie sprawia, że Jury się nie poddaje. No tak – oczywiście chodzi o jakąś spódniczkę. Ma na imię Penny – i czternaście lat.

Martha Grimes zapewniła Penny świetne wejście, umieszczając ją na tle dwóch pretensjonalnych i dość wulgarnych bab oraz przedstawiając bardzo ujmujący opis owej dziewczynki. Ja też, tak jak Jury, od razu polubiłam Penny – a jak wiemy, w kryminałach to dość niebezpieczne, bo może się okazać, że nasz ulubiony bohater będzie następną ofiarą albo okrutnym mordercą (nie wiadomo, co gorsze!). Tak czy inaczej – Richard Jury postanowił odszukać zaginionego brata Penny, a do tego konieczne było rozplątanie wszystkich wątków tej zagmatwanej sprawy…

Po lekturze Kaczora utwierdziłam się w mojej sympatii dla Marthy Grimes i słabości dla Jury’ego. Oczywiście, Plant też jest niczego sobie i to właściwie on jest typem idealnego detektywa-dziwaka, ale… No właśnie. Ładnie ujął to recenzent z New York Times Book Review: „Although Plant is man enough to face the implications of this sad story, it’s good to have Jury around at the end” (z recenzji tomu The Larmona Wink). Ha! Powiedziałabym, że Zawsze dobrze jest mieć przy sobie Jury’ego! Jego (zupełnie nie kobieca) wrażliwość oraz spowijająca go aura pełnego ciepłej rezygnacji smutku sprawia, że czytelniczki… ekhem, czytelnicy z ufnością obserwują wszystkie jego poczynania, pewni, że kto jak kto, ale Jury rozwiąże tę sprawę. A Melrose? Cóż, ma o wiele więcej wdzięku i być może jest nawet bardziej błyskotliwy, ale… Różnica jest taka, jak między rorokowym fotelem na giętych nóżkach a solidnym dębowym krzesłem. Za dużo złoceń. Jeśli mam wybierać, wolę bezpretensjonalny, budzący zaufanie ciemny dąb. Jedną z przyjemności, jaką daje lektura książek Marthy Grimes, jest to, że można sobie snuć takie niewinne rozważania i z ciężkim sercem, ale zdecydowanie odrzucać awanse Planta na korzyść Jury’ego. Niechaj nie zapomina, że jest tylko pomocnikiem. To cykl o Richardzie Jurym, jasne?;-))

Zanosi się na to, że przy każdej pochwalnej recenzji książki Grimes będę się czepiać jednej, wybranej rzeczy. Ostatnio były natrętne porównania. Tym razem nie spodobało mi się wtłaczanie do książki na siłę motywów Szekspirowskich. Długie przemowy Harvey’a Schoenberga szczerze mnie znudziły i chyba tylko wyjątkowo zaciekły pasjonat biografii Szekspira znalazłby w nich upodobanie. Ja wiem, że Stratford, że Królewski Teatr Szekspirowski itd., ale chyba można takie smaczki wprowadzać nieco bardziej subtelnie?

Tak więc następny w kolejce jest tom Pod Huncwotem. Jestem pewna, że znajdę tam jedną rzecz, która mnie zirytuje. Ale może będę się musiała postarać…

czwartek, 25 sierpnia 2011

Pod Przechytrzonym Lisem - Martha Grimes






Martha Grimes
Pod Przechytrzonym Lisem
tłum. Anna Bartkowicz
W.A.B.
Warszawa 2008


Gdzie detektywów trzech...


W dość ponurym miasteczku Rackmoor dochodzi do tajemniczej zbrodni. Pewnej styczniowej nocy strażnik znajduje zadźganą młodą kobietę, która wracała z balu przebierańców. Nie wiadomo, czym zadano jej śmiertelne rany – a przede wszystkim nie wiadomo, kim tak naprawdę była ofiara. Podawała się (oczywiście za życia;-)) za Gemmę Temple, ale jednocześnie twierdziła, że tak naprawdę jest zaginioną Dillys March, wychowanicą cieszącego się w okolicy ogromnym poważaniem sir Titusa Craela. Ażeby jeszcze bardziej pogmatwać sytuację, jedna z mieszkanek Rackmoor twierdzi, że to na nią, a nie na Gemmę czyhał morderca…

Do rozwiązania sprawy zabiera się dziarsko aż trzech detektywów: Ian Harkins, miejscowy policjant o dość trudnym charakterze, Melrose Plant, ekscentryczny gentleman, który „zrzekł się swojego tytułu, ale ciągle mu go zwracają” i oczywiście inspektor Richard Jury, nasz główny bohater. Nie koniec na tym – do grona detektywów chce koniecznie dołączyć także Agatha, wścibska i żarłoczna ciotka Planta, ale na szczęście tym razem udaje się ją unieszkodliwić.

Wydawałoby się, że skoro sprawą zajmują się trzy tęgie umysły, morderca powinien szybko znaleźć się za kratkami. Niekoniecznie dzięki zgodnej współpracy detektywów – właściwie nawet bardziej prawdopodobne, by każdy z nich chciał rozwikłać zagadkę morderstwa niejako na złość pozostałym… Tymczasem tajemnica śmierci Gemmy Temple (lub Dillys March) pozostaje nierozwiązana – nawet Jury’ego zawodzi intuicja: nie tyle nie może się zdecydować, kto jest najbardziej podejrzany, ile wydaje mu się, że żaden z kandydatów nie przedstawia się specjalnie obiecująco. Inspektor jest jednak pewny, że klucz do zagadki leży w tragicznej przeszłości domowników rodu Craelów…

Chociaż pochwalne peany na cześć Marthy Grimes wydawały mi się nieco przesadzone („Grimes nie jest drugą Dorothy Sayers. Nie jest drugą Agathą Christie. Jest lepsza od nich obu”…hmm), sięgając po Pod Przechytrzonym Lisem (czyli drugi tom o Richardzie Jury’m), byłam nastawiona przychylnie zarówno autorki, jak i głównego bohatera. I nie zawiodłam się. Rzeczywiście jest do świetny kryminał w stylu literatury kominkowej, takie świeże spojrzenie na klasyczną intrygę. Uwielbiam śledztwa prowadzone w zimowej aurze, zamarznięte wrzosowiska, klify i zimne morskie fale, polowania, mgły, stare arystokratyczne rody pełne czarnych owiec, rodzinne tajemnice… Od razu też zaprzyjaźniłam się z głównym bohaterem, być może dlatego, że nie stara się na siłę być wyjątkowy. Ale taki właśnie jest. Wszak przystojnych, inteligentnych, wysokich i nieżonatych mężczyzn po czterdziestce to ze świecą szukać!;-) Do tego intryga prowadzona jest tak umiejętnie, że czytelnik nie błądzi po manowcach, ale idzie krok w krok z Jury’m. To lubię, powiadam, to lubię!

Jedyne, co mi się w tym kryminale nie podobało, to styl. Martha Grimes pisze świetnie, muszę to przyznać, ale niektóre porównania wydawały mi się strasznie wydumane. Irytowała mnie zwłaszcza predylekcja do nieuzasadnionych (jak mi się zdaje) skojarzeń ze sferą seksualną, utratą dziewictwa itd. „Objęła się ramionami, zakrywając piersi tym bezwiednym gestem, którym kobiety bronią się przed gwałtem” – ni stąd ni zowąd nagle pojawia się taki opis, który nijak się nie odnosi do żadnego wymiaru prowadzonej właśnie rozmowy. Nie wiem, czy to jakiś świadomy zabieg, który miał dodać nieco „męskości” stylowi autorki – czy też po prostu się czepiam;-) Styl jest oczywiście sprawą gustu i chociaż ja mam tu swoje drobne zastrzeżenia, nie sprawiło to, że zniechęciłam się do książek Marthy Grimes. Wręcz przeciwnie, nie mogę się doczekać, kiedy zacznę czytać następny tom, żeby móc się nad nim należycie zirytować… A jakby tak przeczytać od razu dwa następne, jeden po drugim! Mmm :-)