Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał klasyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2013

Całun dla pielęgniarki - P.D. James


P.D. James
Całun dla pielęgniarki
tłum. Blanka Kuczborska
Baobab
Warszawa 2004


Każdy, kto choć raz miał wątpliwą przyjemność leżeć w szpitalu, dobrze wie, jak wiele zależy tam od pielęgniarek; wiadomo też, że jest to dość szczególne powołanie. Można sobie wyobrazić, że zamknięta społeczność szkoły dla pielęgniarek to niezłe miejsce na popełnienie zbrodni: z jednej strony uporządkowane i dobrze zorganizowane, a z drugiej – jak każda tego rodzaju placówka – buzujące od plotek i wewnętrznych napięć. 

P.D. James zna medyczny światek od podszewki i pisząc Całun dla pielęgniarki, z powodzeniem wykorzystała swoje życiowe doświadczenia. Przyznaję jednak – z niejakim zakłopotaniem – że dla mnie to nie ta fachowość i wiarygodność w podawaniu interesujących szczegółów były największymi atutami tego kryminału, tylko postaci i mroczny, intrygujący klimat, jaki udało się stworzyć autorce.
Osobą, która wprowadza nas do Nightingale House, jest panna Muriel Beale, starszy inspektor do spraw szkolnictwa Naczelnej Rady Pielęgniarskiej, która w pewien styczniowy poranek wyrusza z Londynu do Heatheringfield, aby przeprowadzić oficjalną wizytację w szpitalu im. Johna Carpendara. Całe otwarcie należy do tej energicznej, kompetentnej postaci i poprzez nią P.D. James porządkuje świat swojej opowieści, wyjaśniając, kto jest kim. A więc mamy zielonooką Mary Taylor, siostrę przełożoną; nieprzystępną Hildę Rolfe, dyrektorkę szkoły; doktora Courtney-Briggsa i instruktorkę kliniczną Mavis Gearing. 

Później poznajemy studentki, które będą uczestniczyć w pokazowej lekcji i tu już robi się nieco trudniej, bo dziewczątek jest siedem i naprawdę trudno byłoby je wszystkie spamiętać (często mam ten problem na początku lektury jakiegoś kryminału, gdzie wprowadza się naraz dużo postaci – chociaż po przeczytaniu całej serii o sędzim Di nabrałam ogromnej wprawy…), gdyby nie pomoc niezastąpionej siostry Beale, która wymyśla prosty system skojarzeń, żeby zapamiętać nazwiska dziewczyn. Pierwszy raz spotkałam się z taką podpowiedzią dla czytelnika i bardzo mi się ten zabieg spodobał. A zatem w sali są obecne bliźniaczki Maureen i Shirley Burt (“b” jak bliźniaczki i Burt; zastanawiam się od razu, jak było w angielskim oryginale;-)), Julia Pardoe (ładne imię dla ładnej dziewczyny), Madeleine Goodale (solidne nazwisko – dobra dziewczyna), Christine Dakers, Diana Harper i Heather Pearce. Podczas lekcji pokazowej jedna z nich ginie i to w sposób mocno nieprzyjemny. Jeśli ktoś nie przepada za szpitalem, ten rodzaj śmierci zapewne zrobi na nim wrażenie – na mnie zrobił. Później, na szczęście już w innych okolicznościach, umiera druga studentka, która z powodu choroby nie uczestniczyła w lekcji – Josephine Fallon, moim zdaniem najciekawsza postać w całej książce (tym bardziej intrygująca, że już nieobecna). Pierwsza śmierć mogłaby zostać uznana za wypadek, a druga za samobójstwo, ale wszyscy od razu wiedzą, że w grę wchodzi co najmniej jedno morderstwo. 

Na miejsce zbrodni przyjeżdża komisarz Adam Dalgliesh oraz sierżant Masterson – i od razu muszą się zmierzyć z silnymi osobowościami osób zarządzających szpitalem. Te interesujące starcia dały autorce okazję, żeby po raz kolejny zaprezentować klasę, inteligencję i wrażliwość Dalgliesha; jednak najkorzystniej komisarz wypadł na tle swojego współpracownika, Mastersona, pod koniec książki. I właśnie dzięki tej scenie wreszcie udało mi się go szczerze polubić – a Dalgliesh to typ dość niedostępny i niełatwo zjednuje sobie ludzi. Na pewno jednak od razu wzbudza szacunek jako świetny fachowiec – sprawa morderstw w Nightingale House zostaje rozwiązana względnie szybko i bezwzględnie brawurowo.

Całun dla pielęgniarki został w 1971 roku wyróżniony Silver Dagger Award i nie bez powodu uznawany jest za jeden z najlepszych kryminałów P.D. James. Dla mnie jego największymi atutami są (jak już wspominałam) bohaterowie: zarówno postaci wiodące, jak i epizodyczne (świetna Morag Smith, tragikomiczna pani Dettinger, ekscentryczny Arnold Dowson), mroczny klimat owianego ponurą legendą gmachu Nightingale House, a także charakterystyczna dla James dbałość o pogłębienie portretów psychologicznych bohaterów, dopełniona szczyptą ironii. Ja byłam bardzo zadowolona z tej lektury, jednak – żeby nie było za słodko – moja przyjaciółka, która czytała książkę tuż po mnie, stwierdziła, że ciekawe, ale nic specjalnego. No cóż, pewnie rzeczywiście nie każdemu się spodoba – tym niemniej subiektywnie szczerze polecam :-)

Na koniec jeszcze kilka słów o wydaniu – książka ukazała się w 2004 roku nakładem Baobabu. Rzadko trafiam na książki tego wydawnictwa, więc uważnie ją sobie obejrzałam. Jeśli chodzi o okładkę i projekt ilustracji, to jest spójny i w pewnym sensie oddaje staroświecki klimat książki, ale zdecydowanie nie trafił w mój gust. Spodobał mi się natomiast skład – pomimo oszczędnych marginesów bardzo czytelny. Na szczególną pochwałę zasługuje tłumaczenie (P.D. James chyba ogólnie ma szczęście do tłumaczy, jeśli chodzi o polskie wydania, nie przypominam sobie, żeby coś mnie kiedykolwiek nieprzyjemnie uderzyło). Trafiły się nieliczne błędy, ale ogólnie czytało się naprawdę przyjemnie.          

Przeczytane w ramach wyzwania Czytamy kryminały - edycja marzec/kwiecień (kryminał angielski)

Sędzia Di - Robert van Gulik, czyli hurtem o świetnej serii


Już kilka razy zabierałam się za zrecenzowanie kolejnej, po tomie Sędzia Di i chiński gwóźdź, książki z serii Zagadki Sędziego Di, ale nigdy nie udało mi się zdecydować, o której powinnam napisać, bo jest ich całkiem sporo, a lubię praktycznie wszystkie. Dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli zrecenzuję zbiorczo całą serię, przedstawiając wybrane tomy. Nie powiedziałabym, że to właśnie moje ulubione części cyklu (bo bardzo podobały mi się też Sędzia Di i czerwony pawilon, Sędzia Di i tajemnica jeziora i… jeszcze kilka;-)) ale musiałam się na coś zdecydować.

Z przekonaniem polecam całą serię – nie wiem dlaczego, ale czytanie o Sędzim Di bardzo poprawia mi nastrój (i nie tylko mnie, wypróbowałam to na innych!). Nigdy aż tak nie fascynowała mnie historia Chin, ale pełne dynamicznych zwrotów akcji, okraszone odpowiednią ilością kulturowych smaczków książki Roberta van Gulika czytam z wielkim zainteresowaniem. Być może ta sympatia rodzi się – paradoksalnie – z czasowej odległości: nawet najbardziej bestialskie zbrodnie (a u van Gulika bywa mrocznie, toczą się odcięte głowy, murszeją zapomniane zwłoki i topi się piękne dziewczęta) nie przytłaczają aż tak, skoro wydarzyły się tak daleko i dawno temu, że to prawie bajka ;-) Z drugiej strony bardzo przyjemnie obserwować, jak dzięki niezawodnemu sędziemu Di sprawiedliwość tryumfuje – i to najczęściej w brawurowym, oryginalnym stylu. A z trzeciej strony to upodobanie do książek van Gulika wywoływane jest podziwem dla zręczności autora, który potrafił w tak spójny i atrakcyjny sposób ożywić dawne legendy i opowieści o autentycznym Sędzim Di Ren Jie, który zmarł w roku 700.   

Jak wspominałam przy recenzowaniu tomu Sędzia Di i chiński gwóźdź, minusem tych świetnym kryminałów jest to, że trzeba pogimnastykować pamięć i za każdym razem nauczyć się kilku długich i dla laika irytująco podobnych do siebie chińskich nazwisk i imion. W każdym tomie (poza Zagadkami Sędziego Di, zbiorem opowiadań) zamieszczono na początku spis postaci, który nieco ułatwia to trudne zdanie (ale tylko trochę;-))  



Sędzia Di i złote morderstwa
tłum. Maryna Ochab
PIW 2006
Jest to chronologicznie pierwsza z opowieści o sędzim Di, którego poznajemy jako młodego urzędnika rwącego się do akcji w terenie. Jego przyjaciele ze stolicy pokpiwają sobie z jego gorliwości, ale Di, uważając, że sam najlepiej wie, czego chce, wyrusza ze swoim wiernym sierżantem Hoongiem do odległego okręgu Peng-lai… i od razu zostaje zaatakowany przez parę „braci z zielonego lasu”, czyli rozbójników. To Ma Joong i Chiao Tai, którzy nie wiedzą jeszcze, że oto stoi przed nimi ich przyszły pracodawca… Bardzo lubię historię o tym, jak Sędzia Di poznał swoich przybocznych i zdobył ich zagubione i poczciwe dusze. Jednak większość wydarzeń w tym tomie nie ma aż tak krzepiącej wymowy: jest mrocznie, niebezpiecznie i – jak zwykle – bardzo dynamicznie. Trup ściele się gęsto i na pomysłowe sposoby, poznajemy także dwie bardzo ciekawe postaci: Po Kaia i nieszczęsną panią Koo.



Sędzia Di w labiryncie
tłum. Ewa Westwalewicz-Mogilska
PIW 2007
Ten tom ukazuje Sędziego Di jako genialnego stratega – po przybyciu do przygranicznego okręgu Lan-fang musi stawić czoło terroryzującemu miasto złoczyńcy. Kiedy już Sędziemu i jego przybocznym uda się z tym uporać, okazuje się, że przez długi czas bezprawia w mieście zdążyło się uzbierać wiele intrygujących spraw do rozwiązania… Jak zwykle sędzia prowadzi kilka spraw naraz: mamy tu tajemniczą śmierć emerytowanego generała (zagadka zamkniętego pokoju), niewyjaśnione zniknięcie pięknej panny oraz zadawnioną sprawę testamentu byłego gubernatora prowincji, która zmusi sędziego do zagłębienia się w najeżony niebezpieczeństwami labirynt. Całą historię poprzedza – tak jak m.in. w tomach Sędzia Di i chiński gwóźdź, Sędzia Di i tajemnica jeziora  – krótkie opowiadanie będące streszczeniem wydarzeń przedstawionych w książce, dodające do kryminalnej opowieści odrobinę „nadprzyrodzonego” smaczku.



Sędzia Di i wielki dzwon
tłum. Ewa Westwalewicz-Mogilska
PIW 2007
To jeden z tomów bardziej „politycznych” – Sędzia Di, zwolennik poglądów Konfucjusza, musi rozprawić się z niecnymi praktykami buddyjskich mnichów w Świątyni Bezgranicznego Miłosierdzia – sprawa jest tym bardziej delikatna, że obecnie buddyzm jest w cesarstwie „modny” i nierozsądnie byłoby zadrzeć z wysoko postawionymi urzędnikami sprzyjającymi mnichom. Sposób, w jaki sędzia Di rozwiązał ten problem, wydawał mi się mało wiarygodny, ale jednocześnie niesłychanie atrakcyjny fabularnie, więc się nie czepiam ;-) Tytuł tomu odnosi się zaś do bardzo oryginalnego sposobu, w jaki przeciwnicy naszego bohatera chcieli go (i jego współpracowników) wyprawić na tamten świat.
Jest to jeden z bardziej obszernych tomów, a jako że występuje w nim bardzo wielu bohaterów z bardzo długimi imionami, a sędzia prowadzi naraz bardzo dużo spraw i łatwo się w tym wszystkim pogubić – nie polecam, aby zaczynać przygodę z serią o przygodach sędziego Di właśnie od tej książki.       



Sędzia Di, naszyjnik i tykwa
tłum. Teresa Lechowska
PIW 2007
Ten tom zrobił na mnie wrażenie najbardziej „błogiego” – trupów jest jakby mniej, a Sędzia Di zajmuje się przede wszystkim poszukiwaniem skradzionego naszyjnika ukochanej córki cesarza, Trzeciej Księżniczki. Poza tym sporo tam biegania po lesie, pływania nocą w rzece – no prawdziwe wakacje, tym bardziej, że sędzia wyjątkowo podróżuje sam, bez przybocznych, i występuje incognito. Aby dopełnić tego obrazu błogości, ciągle usiłuje go podrywać bardzo piękna i przedsiębiorcza dziewczyna, Paproć.
W odróżnieniu od opisanego powyżej tomu, Sędzia Di, naszyjnik i tykwa to jedna z krótszych i mniej zapętlonych opowieści w serii – dobra na początek, podobnie jak Sędzia Di, małpa i tygrys (na książkę składają się dwa długie opowiadania), Sędzia Di i perła cesarza, Sędzia Di i poeci.



Sędzia Di i chiński wzór
tłum. Ewa Westwalewicz-Mogilska
PIW 2009
Moim zdaniem jedna z dwóch najbardziej klimatycznych książek w serii – Sędzia Di, mianowany gubernatorem nadzwyczajnym w wyludnionym, nękanym zarazą mieście, bada sprawę tajemniczej śmierci ostatniego członka wpływowego arystokratycznego rodu. Jest to chronologicznie przedostatni tom, w którym jednemu z przybocznych sędziego udaje się wreszcie ustatkować i założyć całkiem sporą rodzinę – poślubia hurtem bliźniaczki.



Sędzia Di i morderstwo w Kantonie
tłum. Katarzyna Komorowska
PIW 2007
Ta druga najbardziej klimatyczna część ;-) chronologicznie ostatnia. Mocno się wyróżnia na tle pozostałych tomów, jest chyba najsmutniejsza, a jednocześnie – najładniejsza (o ile kryminały mogą być „ładne”). Akcja rozgrywa się w portowym mieście, z którym stykają się kultury dwóch najsilniejszych w siódmym wieku mocarstw: chińskiego cesarstwa Tang i królestwa arabskich kalifów. Sędzia Di musi wyjaśnić zagadkowe zniknięcie cesarskiego cenzora oraz dwie inne sprawy. Jak zwykle bardzo dużo się dzieje: mamy tu polityczne intrygi, arabskie tancerki, napady, porwania, kolejną parę atrakcyjnych bliźniaczek, tajemniczą niewidomą dziewczynę sprzedającą świerszcze… a jednocześnie ten tom jest w jakiś sposób spokojniejszy od pozostałych i ładnie zamyka całą serię.   



Zagadki Sędziego Di
tłum. Ewa Westwalewicz-Mogilska
PIW 2012
W tym tomie zebrano osiem opowiadań o Sędzim Di. Większość z nich prezentuje bardzo wysoki poziom i potwierdza pochlebne opinie o świetnym warsztacie Roberta van Gulika (wiadomo, że trudno napisać dobre opowiadanie kryminalne). Najlepsze wydały mi się pierwsza i druga historia: Pięć Pomyślnych Obłoków i Zbrodnia i biurokracja, zaś najsłabsze (bo ckliwe i przewidywalne) Morderstwo w przededniu Nowego Roku.
Na końcu książki znajduje się bardzo praktyczny dodatek: chronologiczny spis wszystkich tomów serii (oraz opowiadań), z krótkimi opisami uwzględniającymi czas i miejsce akcji, aktualnie sprawowane przez Di stanowisko, najważniejszych bohaterów i prowadzone w poszczególnych częściach sprawy.  

niedziela, 24 marca 2013

Zatrute czekoladki - Anthony Berkeley

Anthony Berkeley
Zatrute czekoladki
tłum. Zofia Uhrynowska
Iskry, Warszawa 1965
seria Klub Srebrnego Klucza


Na mojej szafie spełniającej funkcję podręcznej biblioteczki jest stos książek autorów ze Złotego Wieku angielskiej powieści detektywistycznej i oto kolejna (po Klubie Bellona, Jak najwięcej grobów i Tajemnicy Hog's Back) recenzja – tym razem przed państwem Anthony Berkeley i jego Zatrute czekoladki.
Na początku zaznaczę, że jest to dosyć specyficzny kryminał – praktycznie pozbawiony akcji i składający się w głównej mierze z dywagacji; w notce na okładce wydania z serii Klub srebrnego Klucza jest określony jako „szarada kryminalna”. Nigdy dotąd nie spotkałam się z tym rodzajem powieści detektywistycznej i nie powiem, żeby to było właśnie to, co tygryski lubią najbardziej, ale bardzo się cieszę, że przeczytałam Zatrute czekoladki, bo zdecydowanie lubię nowe doświadczenia czytelnicze.

Fabuła zarysowana jest w książce dosyć skrótowo: londyńska policja biedzi się z trudną sprawą morderstwa, którego ofiarą padła Joan Bendix, zjadając zatrute nitrobenzenem czekoladki. Wszystko wskazuje na to, że morderca zamierzał jednak uśmiercić inną osobę, a czekoladki trafiły do pani Bendix przypadkiem – przyniósł je do domu jej mąż (który nota bene również się zatruł, ale udało się go uratować), który z kolei dostał je od swojego znajomego z klubu, sir Eustace’a; ten zaś otrzymał je od samego producenta słodyczy jako próbkę reklamową. Tyle wiemy. Tyle wie też inspektor Moresby, prowadzący tę sprawę – chwilo bez powodzenia. Decyduje się on na dość niezwykły krok i zaprasza do współpracy elitarny klub detektywów-amatorów, którego prezesem i założycielem jest Roger Sheringham, pisarz kryminałów. W grupie jest jeszcze trzech innych pisarzy: Alicja Dammers, Mabel Fielder-Flemming, Percy Robinson, wzięty prawnik sir Charles Wildman oraz Ambrose Chitterwick (postać, powiedziałabym, z ducha dickensowska). Kółko detektywów z radością przystaje na plan Sheringhama i każdy z członków deklaruje, że przedstawi własne rozwiązanie tej zagadki. Inspektor Moresby postanawia obserwować czujnie ich poczynania i – mimo wszystko – żywi nieśmiałą nadzieję, że uda im się na coś natrafić i wspólnie wytypować mordercę. Rzecz w tym, że każdy z śledczych-amatorów podaje inne rozwiązanie…

Nazwałabym Zatrute czekoladki odwrotnością klasycznego kryminału – zamiast grona podejrzanych mamy grono detektywów i nie skupiamy się przede wszystkim na tym, kto okaże się mordercą, lecz na tym, kto będzie miał rację i zwycięży, poprawnie rozwiązując zagadkę. Poza tym w książce Berkeleya mamy też do czynienia z zupełnie inną kompozycją: o ile w „zwykłym” kryminale przemowa detektywa, wyjaśniającego kto, jak i dlaczego zabił, następuje na końcu, o tyle Zatrute czekoladki składają się z samych takich przemów. To właśnie z wypowiedzi poszczególnych członków kółka detektywistycznego dowiadujemy się o ich poczynaniach (niektórzy stawiają na metodę typu Nero Wolfe: siedzę i myślę, a inni podejmują praktyczne działania: przekupują pokojówki, prowadzą nieoficjalne przesłuchania). Taka konstrukcja sprawia, że książka jest dosyć statyczna, tym bardziej, że bohaterowie bardzo lubią mówić długo i szczegółowo, a narrator z przyjemnością rozwodzi się nad ich słabościami, śmiesznostkami i okropnym nudziarstwem. No i rzeczywiście, mnie również te przemowy mocno znużyły, chociaż muszę przyznać, że im bliżej końca, tym ten kryminał robi się ciekawszy, zaś wywód Percy’ego Robinsona jest tak świetnie poprowadzony, że udało mu się mnie całkowicie zaskoczyć i autentycznie rozbawić.

W miarę, jak przemawiają kolejne postaci, dowiadujemy się coraz więcej o śmierci pani Bendix, a także o samych detektywach. Nie wahają się oni wykorzystywać swoich prywatnych znajomości i kontaktów podczas śledztwa, a przez to okazuje się, że niektórzy z nich mają co nieco wspólnego zarówno z Bendixem, pogrążonym w żałobie wdowcem, jak i sir Eustace’em, który cudem uniknął śmierci. Morderca równie dobrze może znajdować się pośród grupy detektywów…

Zatrute czekoladki na pewno nie są kryminałem idealnym: postaci zostały zarysowane bardzo schematycznie i nie sposób do nikogo się tam przywiązać, ani nikogo znielubić, akcja praktycznie nie istnieje, fabuła została oparta na powtarzalnej sytuacji, w narracji zdarzają się okropne dłużyzny, a poczucie humoru autora wydaje mi się mocno zwietrzałe… Mimo wszystko myślę, że warto po tę książkę sięgnąć, bo kryminałów tego typu jest bardzo mało, a wszystkie wersje motywów i sposoby wykonania morderstwa zostały bardzo dobrze przemyślane i skonstruowane z godną podziwu żelazną logika. Mamy tu sześć bardzo prawdopodobnych, mocno opartych na dowodach hipotez, a poruszanie się między tymi pomysłami wymaga niezłej gimnastyki umysłu. Ja – przyznaję się bez bicia – nie domyśliłam się, kto jest mordercą; autorowi udało się mnie zmylić i oszołomić wielością możliwych rozwiązań.

Nie sądzę, abym w najbliższym czasie znów sięgnęła po jakąś książkę Berkeleya, ale to było ciekawe doświadczenie. Póki co, jeśli chodzi o autorów Złotego wieku, na pierwszym miejscu wciąż plasuje się Margery Allingham.      

Recenzja dołączona do wyzwania Czytamy kryminały edycja marzec/kwiecień (kryminał angielski)

wtorek, 9 października 2012

Tajemnica Hog's Back - Freeman Wills Crofts



Freeman Wills Crofts
Tajemnica Hog’s Back
tłum. Jadwiga Olędzka
Iskry, seria Klub Srebrnego Klucza
Warszawa 1985

Bardzo wiele klasycznych powieści detektywistycznych zaczyna się od tego, że ktoś przypadkiem natyka się na trupa (najlepiej w jakimś malowniczym lub zaskakującym miejscu) i śledztwo staje się absolutnie konieczne, bo nie sposób przecież przejść obok nieboszczyka obojętnie. Tymczasem intryga w Tajemnicy Hog’s Back przez dłuższy czas opiera się na tym, że trupa nie ma. Nie wiadomo nawet, czy popełniono morderstwo. Doktor Earle zniknął, to prawda – w jednej chwili zażywny sześćdziesięciolatek siedział sobie w pantoflach i szlafroku, czytając gazetę, a w następnej jakby rozpłynął się w powietrzu. Wydaje się to bardzo tajemnicze, ale jeśli dodamy dwa do dwóch – czyli w tym wypadku nieudane małżeństwo doktora i to, że widziano go niedawno w towarzystwie niebrzydkiej kobiety w Londynie, podczas gdy on twierdził, że tego dnia wybrał się pograć w golfa – i oto mamy historię z lekka awanturniczą, ale właściwie dość banalną. Zajmujący się sprawą zniknięcia doktora inspektor French jest niemal pewny, że Earle postanowił rozpocząć życie na nowo, a kiedy okazuje się, że kobieta, z którą go widziano, również nagle zniknęła, to tylko utwierdza go w przekonaniu, że chodzi o aferę nie zbrodniczą, lecz miłosną. Lecz wkrótce z domu w Hog’s Back znika ktoś jeszcze…

Tajemnica Hog’s Back to kryminał tradycyjny, klasyka w starym stylu, ur-kryminał, kryminał wręcz neolityczny. Mamy tu przede wszystkim śledztwo, pięknie doprawdy przeprowadzone – hm, i tyle. Postaci zostały zarysowane ze spartańską wręcz prostotą, i dotyczy to zarówno domniemanych ofiar, podejrzanych, jak i samego policjanta-detektywa. Dostajemy w zasadzie tylko suche fakty i niestety żadnych smaczków. Czytając Hog’s Back, wyraźnie uświadomiłam sobie (lepiej późno niż wcale), że tak, owszem, w klasycznej powieści detektywistycznej intryga jest najważniejsza, ale jednak czytelnikowi przyjemniej prowadzi się śledztwo, jeśli może się opierać zarówno na faktach, jak i przesłankach psychologicznych. Tymczasem u Freemana Willsa Croftsa cała ta fascynująca warstwa rozważań na temat meandrów ludzkiej psychiki sprowadza się do stwierdzeń w rodzaju „raczej nie wyglądała na taką, co by to zrobiła”.

Nie odkrywam tutaj Ameryki – już współcześni Croftsa, również jego koledzy i koleżanki po piórze, napomykali, że jego książkom brakuje tej iskry, którą tak cenimy np. u Agathy Christie. Wszyscy podkreślali, jak to bardzo go szanują, ale byli w zasadzie zgodni, że niezły z niego nudziarz. Ja mam jednak do niego sentyment – kryminały Croftsa są surowe i pozbawione wszelkich stylowych fajerwerków, ale nie brak im pewnego naiwnego uroku. Coś czuję, że na razie kiepski ze mnie adwokat, ale spróbuję wyjaśnić, o co mi chodzi. Otóż Freeman Wills Crofts był z zawodu inżynierem. I, jak można przypuszczać, do konstruowania kryminalnej intrygi również pochodził po inżyniersku czyli przede wszystkim logicznie i praktycznie. W efekcie jego książki nie są może oszałamiająco barwne, ale za to naprawdę wspaniale przemyślane. Od Freemana Willsa Croftsa można się sporo nauczyć (szczególnie o zagadnieniu alibi) i warto z tego skorzystać, bo niewielu autorów tak pedantycznie i drobiazgowo opisuje przebieg śledztwa i tok myślowy detektywa. Wielu współczesnych kryminałopisarzy popada w skrajność przeciwną do tej, o którą można oskarżyć Croftsa – dają nam dużo smaczków i dodatków, ale jeśli poskrobać tę pozłotkę, okazuje się, że intryga mocno kuleje. Dlatego lektura Tajemnicy Hog’s Back jest naprawdę odświeżająca, a tym, którzy w kryminałach szukają przede wszystkim wyzwań intelektualnym, może się spodobać bardziej niż to, co proponują inni autorzy ze Złotego Wieku.            

sobota, 22 września 2012

Jak najwięcej grobów - Margery Allingham


Margery Allingham,
Jak najwięcej grobów
tłum. Irena Doleżał-Nowicka
Iskry (Klub Srebrnego Klucza) 1973


Jednym ze sposobów zainteresowania czytelnika śledztwem jest klasyczne otwarcie pt. „niechętny detektyw”, które Margery Allingham z powodzeniem zastosowała w Jak najwięcej grobów. Albert Campion potrzebuje aż trzech powodów (które on nazywa srokami, nawiązując do przysłowia), żeby podjąć się rozwikłania sprawy morderstwa (a jeśli dobrze pójdzie, to i dwóch) na londyńskiej Apron Street. Według mnie wystarczyłaby jedna sroka, w osobie bardzo ekscentrycznej panny Jessiki Palinode, która okazuje się jedną z najciekawszych postaci w książce, ale Campion jest wybredny i długo próbuje trzymać się z dala od całej tej awantury, która mocno pachnie skandalem. Sprawa dotyczy przede wszystkim rodziny Palinode’ów, podupadłych bogaczy, ale zamieszana jest w nią właściwie cała Apron Street, na pozór spokojna uliczka, jedna z tych, które wyglądają, jakby czas się tam zatrzymał: u aptekarza można kupić specyfik na kaszel, którym smarował się twój dziadek, a przedsiębiorca pogrzebowy z radością zareklamuje ci swój konny karawan, gdy tylko zauważy, żeś niezdrów. 

Wszyscy na Apron Street pamiętają czasy, gdy rodzina Palinode wyprawiała wielkie przyjęcia i królowała w okolicy. Teraz, zubożali i nieco przetrzebieni Palinode’owie, pomimo że są już tylko lokatorami w swoim dawnym domu, zachowują się, jakby nie zauważyli, że coś się zmieniło. Maniery mają pańskie, a ich pewność siebie mogłaby zbić z tropu lorda kanclerza. Do tego są tak arystokratycznie zdziwaczali, jak sobie tylko można zamarzyć. Kiedy zatem miejscowy doktor otrzymuje obelżywy anonim, oskarżający go, nie rozpoznał objawów otrucia i śmierć Ruth Palinode uznał za niewinny zgon z przyczyn naturalnych, wszyscy zaczynają się zastanawiać, czy Palinode’ów stać przynajmniej na jakichś wrogów czy też starszą panią wykończył ktoś z rodzinnego grona (jak to jest przyjęte w wyższych sferach).

Kiedy w końcu Campion decyduje się zająć tą sprawą, wsiąka w nią całkowicie, po prostu przeprowadzając się do dawnego domu Palinode’ów na Apron Street, należącego teraz do Renee Roper, dawnej aktorki, z którą Campion się przyjaźni. Udając siostrzeńca tej zacnej kobiety, usiłuje zrozumieć stosunki panujące wśród lokatorów i sąsiadów. Nie jest to proste, ponieważ nawet jego „cioteczka” ma swoje tajemnice.

Jak najwięcej grobów zaleca się przede wszystkim zestawem niezwykle barwnych bohaterów. W wypadku Palinode’ów ta barwność została wykorzystana niejako podwójnie: ci dziwacy są wdzięcznym tematem, a przy tym ich wybryki przydają im tajemniczości i czynią z nich pierwszorzędnych podejrzanych. Dość mocną konkurencją jest dla nich Jas Bowels, przedsiębiorca pogrzebowy z Apron Street, postać dostojna, bardzo teatralna i dickensowska z ducha. Jak sugeruje tytuł książki, będzie nieco makabrycznie. Dla kontrastu pojawia się także niewinne dziewczę, Klytia White, sierota, która przyszła na świat w dramatycznych okolicznościach i która z pewnych powodów przebiera się na dachu.
Również po drugiej stronie barykady, w szeregach stróżów prawa i ich pomocników, mamy ciekawe postaci – na pierwszy plan wybija się Charlie Luke, sympatyczny młody policjant o aparycji amerykańskiego gangstera i dużym talencie mimicznym. Interesującym bohaterem jest też Lugg, towarzysz Campiona. Sam Campion zaś… no właśnie. Jego największa zaleta to niepozorny wygląd i umiejętność wtapiania się w otoczenie, więc trudno mówić w jego przypadku o barwności. Na pewno jednak zyskuje zainteresowanie czytelnika; jest to jeden z tych „przeźroczystych” bohaterów, którzy prowadzą nas poprzez akcję, nie naprzykrzając się niepotrzebnie. (Wróciłam do Jak najwięcej grobów niedawno i po obejrzeniu Tinker, Tailor, Soldier, Spy Albert Campion – wysoki jasny blondyn w dużych okularach w rogowej oprawie – od razu skojarzył mi się ze Smileyem granym przez Oldmana). 

Drugą mocną stroną pisarstwa Margery Allingham jest według mnie umiejętność tworzenia oryginalnych porównań i metafor, które są tak zręcznie wplecione w tekst, że nie można jej posądzić o efekciarstwo. Sprzątaczka, pani Love wygląda „jak kot przebrany za lalkę”, pan Drudge gładzi swoje bujne wąsy, „jakby chciał je uspokoić”, a tłum na ulicy „skurczył się jak flanelowa łata na deszczu”. Do tego dochodzą również akcenty humorystyczne, w Jak najwięcej grobów związane przede wszystkim z osobą Jasa Bowelsa (nie masz to jak wesoły grabarz). Allingham łączy to wszystko z biegłością fachowca w spójną, jednorodną całość, która wypada naprawdę atrakcyjnie. Z przyjemnością wróciłam na Apron Street i zapraszam tam wszystkich, którzy lubią starą dobrą klasykę.       

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Zakryjcie jej twarz - P.D. James


P.D. James
Zakryjcie jej twarz
tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska
Buchmann, Warszawa 2012




Dobroduszny wiejski doktor, stara panna opiekująca się domem dla samotnych matek, młoda atrakcyjna wdowa, dziedzic wielkiego majątku i obiecujący człowiek sukcesu, prawdziwa angielska dama w starym stylu, roztargniony pastor, wierna służąca… Kto z nich mógł życzyć śmierci młodej, pięknej Sally Jupp, zatrudnionej w rezydencji Martingale jako służąca? Kto tak długo zaciskał palce na jej szyi, aż uszło z niej życie? No cóż, trzeba przyznać, że wszyscy wyglądają dość obiecująco jako kandydaci na morderców. Jeśli mamy do czynienia ze zbrodnią w cichej angielskiej wiosce, a przy tym podczas jarmarku, najbardziej niewinnie prezentujące się osoby automatycznie dostają dodatkowe punkty. Tak to już jest.
Zatrudnienie Sally w Martingale było bardzo ryzykownym krokiem ze strony pani Maxie –  dziewczyna była inteligentna, chętna do pracy i zręczna, ale jej trudna sytuacja (młoda matka z dzieckiem, uparcie odmawiająca podania imienia „winowajcy”) oczywiście komplikowała sprawę.  Chociaż wszyscy pochwalali wspaniałomyślność właścicielki Martingale, która zgodziła się dać biednej dziewczynie szansę, ciągnący się za Sally intrygujący powiew skandalu owionął cały dom. Krótko mówiąc, należało się spodziewać kłopotów – jednak nadciągnęły one z zupełnie nieprzewidzianej strony. Okazało się, że to nie wady Sally napytają biedy wszystkim dookoła, ale jej zalety – szybko stanie się jasne, że rudowłosej piękności i otaczającej jej aurze dramatyzmu nie zdoła się oprzeć syn pani Maxie, młody Stephen. Nikt by się pewnie nie zdziwił, gdyby atrakcyjną służącą o wątpliwej reputacji i przystojnego dziedzica majątku połączył przelotny romans, ale Stephen przyprawił wszystkich o wstrząs, proponując Sally ni mniej ni więcej tylko małżeństwo. Granda i skandal! To nie do pomyślenia! Podczas gdy inni biadolili, ktoś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i jeszcze tej samej nocy wyprawił powabnego rudzielca na tamten świat. Szybko i skutecznie.
Gdy na miejscu zbrodni pojawia się nadinspektor Adam Dalgliesh, wszyscy zdają sobie sprawę, że śledztwo zostanie przeprowadzone bardzo dokładnie i profesjonalnie. Oczywiście wcale im się to nie uśmiecha, bo każdy z mieszkańców Martingale, ba, niemal każdy z wioski, ma coś do ukrycia. A wiele z tych sekretów łączy się z tajemniczą, nieprzewidywalną i nieodwołalnie skreśloną z listy żywych Sally Jupp…
Phyllis Dorothy James (znaną jako P.D. James) zwykle określa się mianem „drugiej Agathy Christie”, co oczywiście jest w pewnym sensie krzywdzące dla tej cenionej autorki, która udowodniła już, że jej nazwisko wystarczy jako gwarancja dobrej literatury kryminalnej. Jeśli jednak ktoś dotąd nie słyszał o P.D. James, ta etykietka rzeczywiście może się na początku przydać, żeby umiejscowić jakoś tę autorkę na kryminalnej mapie. Według mnie o wiele więcej różni James i Christie, niż łączy, ale rzecz jasna jest to sprawa dyskusyjna. Obie posługują się dość prostym i klarownym stylem, ale o ile Królowej Kryminału udaje się dzięki tej prostocie nawiązać błyskawiczny kontakt z czytelnikiem i pociągnąć do za sobą w głąb swojego świata, o tyle u P.D. James ta jasność stylu łączy się z powściągliwością, która tworzy wyraźny dystans. Bohaterowie Agathy Christie do nas przemawiają, po kilku stronach wydaje się nam się, że świetnie ich znamy (oczywiście często bywa to bardzo zwodnicze!), zaś do postaci z książek P.D. James trzeba się nieustannie „przebijać”; są nieuchwytni i zagadkowi. Najbardziej tajemniczą osobą w Zakryjcie jej twarz jest Sally Jupp - nie tylko dla czytelników, ale też dla pozostałych postaci. Uczciwa młoda kobieta, która miała pecha? Sprytna intrygantka? Niewdzięczna i złośliwa kokietka, która lubi się bawić cudzym kosztem i lubuje się w skandalach? Niewinna ofiara? Jaka była naprawdę Sally? Nad tym przede wszystkim zastanawia się Dalgliesh (postać sama w sobie dość przeźroczysta i nieuchwytna). Jeśli to charakter Sally jest kluczem do rozwikłania zagadki jej śmierci, nadinspektor będzie musiał ją „poznać”, a Sally istnieje już tylko we wspomnieniach innych. Czy z tych odprysków luster uda się złożyć prawdziwy obraz młodej, pełnej życia dziewczyny, którą była?
Niejednoznaczne, precyzyjnie skonstruowane portrety bohaterów są na pewno jedną z największych zalet pisarstwa P.D. James. Co ciekawe, sam detektyw zostaje zepchnięty na drugi plan, a na scenie królują podejrzani. Zdecydowanie wybija się spośród nich nieładna, zakompleksiona Catherine, pewna siebie i twarda Deborah oraz inteligentny, dowcipny Felix. Co chwila są ukazywani z innej strony, tak że trudno wyrobić sobie o nich zdanie albo ich polubić. Dzięki temu zabiegowi lekturze towarzyszy napięcie inne niż tylko to związane z pytaniem, kto zabił. Czytelnik ma świadomość, że aby w kulminacyjnym momencie zrozumieć, dlaczego ktoś postanowił zabić Sally Jupp, będzie musiał bardzo pilnie śledzić przez cały czas akcji drgnienia emocji poszczególnych osób, odczytywać ich motywacje w danym momencie i analizować stosunek do pozostałych bohaterów. To może się wydawać oczywiste – w końcu w każdym kryminale trzeba przyjrzeć się uważnie każdemu podejrzanemu – ale w przypadku P.D. James to zadanie zostało celowo utrudnione. Bo tak się składa, że ktoś tu bardzo pięknie kłamie. I to kłamie, że tak powiem, na wielką skalę.
Zakryjcie jej twarz to lektura bardzo satysfakcjonująca, którą można polecić nie tylko fanom Agathy Christie. Ten klasyczny kryminał może stanowić ciekawe wyzwanie dla tych, którzy od klasyki już się odzwyczaili – warto sobie przypomnieć, co tak lubimy w tradycyjnych powieściach kryminalnych i na ile sposobów mogą one nas zaskoczyć.         

czwartek, 26 stycznia 2012

Sędzia Di i chiński gwóźdź - Robert van Gulik

Robert van Gulik
Sędzia Di i chiński gwóźdź 
PIW
Warszawa 2006
tłum. Ewa Westwalewicz-Mogilska


Czy znacie jakiegoś słynnego chińskiego detektywa? Jeśli nie, warto zawrzeć znajomość z okręgowym sędzią pokoju Di Ren Jie. Podczas pobytu w Bei Zhou, miasta położonego na północy, które niegdyś widziało wiele krwawych starć z Tatarami, musi on rozwiązać zagadkę tajemniczych zbrodni – zamordowano żonę antykwariusza, odcinając jej głowę, oraz  powszechnie szanowanego mistrza szlachetnej sztuki walki na pięści. Ten ostatni zginął w niezwykle interesujący sposób – do jego herbaty ktoś wrzucił zatruty kwiat jaśminu… W jaki sposób te morderstwa łączą się ze sobą? Co usiłował przekazać umierający pięściarz, zostawiając niedokończoną układankę tangram? Czy te zbrodnie mają coś wspólnego z tajemniczym zaginięciem panny Liao, którą ostatnio widziano jak przyglądała się na targu Tatarowi tańczącemu z tresowanym niedźwiedziem? I czym właściwie jest ów słynny chiński gwóźdź?
Sędzia Di natrafia na ślady kolejnych zbrodni popełnionych w przeszłości – ich rozwiązanie może mu pomóc w udowodnieniu winy mordercy (lub mordercom) żony antykwariusza i słynnego pięściarza. Jednakże aby dokonać niezbędnej do tego ekshumacji zwłok, będzie musiał położyć na szali swoje własne życie – sędzia pokoju podlegał starej chińskiej zasadzie fan-tso („odwrócona kara”), zgodnie z którą w razie popełnienia błędu, zostałby poddany karze, jakiej sam żądał dla oskarżonego. I Sędzia Di popełnia błąd – na oczach całego Bei Zhou. Kiedy wydaje się, że jego losy są przesądzone, z pomocą przychodzi mu nieoczekiwany sojusznik…
Sędzia Di Ren Jie, znany z powodu swojej popularności po prostu jako Sędzia Di, żył w Chinach w VII wieku n.e., za czasów panowania dynastii Tang. Osiągnięcia tego starożytnego detektywa postanowił przybliżyć współczesnym miłośnikom kryminałów wybitny holenderski sinolog Robert van Gulik, który stworzył serię książek o Sędzim Di. Autor bazował na tradycyjnych przekazach o słynnym urzędniku, ale sam wymyślił większość opisywanych przez siebie przypadków. Co z tego wynikło? Czy zagadki, które rozwiązywał Sędzia Di mogą być rzeczywiście interesujące dla kogoś, kto nie posiada rozległej wiedzy o starożytnych Chinach? Tak! Zdecydowanie tak!
Po książkę Sędzia Di i chiński gwóźdź sięgnęłam z zaciekawieniem i bez żadnych uprzedzeń – dopiero potem przyszło mi do głowy, że chyba powinnam była oczekiwać rozwlekłych poetyckich opisów, które miałyby budować „chińską atmosferę”, albo pełnych patosu przemów zamiast normalnych dialogów. Otóż niczego takiego w książkach Roberta van Gulika nie ma. Byłam naprawdę zdumiona szybkim tempem akcji i stopniem skomplikowania spraw, którymi zajmował się Sędzia Di. Gdyby dołożyć do tego bardzo barwny, stylizowany przesadnie język, całość zapewne okazałaby się niestrawna. Na szczęście autor postawił na szlachetną prostotę. Chociaż co krok natykamy się na grzecznościowe, tradycyjne formułki rozpoczynające każdą bardziej oficjalną wypowiedź, a podczas posiedzeń sądu postaci przemawiają w sposób podniosły, jest to ze wszech miar uzasadnione w danym kontekście. Ciekawostki pozwalające czytelnikowi lepiej poznać Chiny czasów dynastii Tang zostały bardzo umiejętnie rozsiane w tekście tak, że nie przesłaniają właściwego charakteru tej książki, która jest po prostu wciągającym, dobrym kryminałem. Robert van Gulik wykonał wspaniałą pracę – naprawdę aż trudno uwierzyć, że naukowiec zdołał się oprzeć pokusie zarzucenia czytelnika wiadomościami o starożytnych Chinach.
Wydarzenia w książce van Gulika następują po sobie tak szybko, że jeśli chcemy rozwiązywać zagadki razem z Sędzią Di, musimy od razu wziąć się do roboty. Istotne wskazówki znajdują się niemal na każdej stronie i wszystkie zostaną prędzej czy później wykorzystane przez naszego detektywa niczym elementy wielkiej układanki.
W Posłowiu autora wyczytałam, że tom Sędzia Di i chiński gwóźdź jest nietypową częścią serii, ponieważ zostaje tu ukazane bardziej ludzkie oblicze wielkiego detektywa – widzimy go w trudnych, wyczerpujących emocjonalnie sytuacjach, niepewnego, a nawet bliskiego rozpaczy. Podobno w dwóch wcześniejszych tomach, których jeszcze nie czytałam (Sędzia Di i nawiedzony klasztor, Sędzia Di i parawan z laki), widzimy Sędziego przede wszystkim jako zwycięskiego i nieomylnego detektywa-wirtuoza. Poza tym w tomie trzecim autor – na życzenie czytelników – postarał się, aby w treści książki oraz w życiu głównego bohatera większą rolę odgrywały przedstawicielki płci pięknej. Wydaje mi się to słuszne i chwalebne;-) Bardzo spodobała mi się postać pani Kuo, żony aptekarza. Muszę jednak przyznać, że nie potrafiłam do końca zachować powagi i oddać honorów czcigodnym chińskim tradycjom i kiedy przeczytałam, że Sędzia Di na początku wzbraniał się przed poślubieniem swojej trzeciej żony, ale uległ w końcu namowom drugiej żony, uznając, że będzie miło, kiedy we czwórkę wieczorami będą mogli zagrać w domino, po prostu ryknęłam śmiechem. Na szczęście van Gulik przedstawił kilka modelów chińskich rodzin (jeden z bohaterów miał osiem żon!) i nie wszystkie z nich okazały się tak idyllicznie doskonałe.
Jedyne, co mi przeszkadzało na początku w lekturze książki, to wielość chińskich nazwisk do zapamiętania – który to był Ma Joong, Chiao Tai, Lan Tao-kuei, a który Chu Ta-yuan (na początku jest lista osób, ale to niewiele pomaga, tak czy inaczej trzeba się ich nauczyć). Oczywiście jest to niezłe ćwiczenie dla pamięci, ale wymaga nieco skupienia. Poza tym Sędziego Di i chiński gwóźdź czytało mi się naprawdę świetnie. 
I jeszcze – ciekawostka na koniec: czytelnikowi pozostawiono rozwiązanie ostatniej zagadki, której należy szukać na początku. Nic więcej nie powiem;-))      

Okiem edytora: bardzo podoba mi się to wydanie i konsekwentnie zachowana szata graficzna wszystkich tomów.  
Okiem redaktora: na końcu książki znajdują się obszerne objaśnienia autora oraz kilka słów od wydawcy - dla tych, którzy po tym, jak emocje już opadną, chcą się dowiedzieć więcej. To bardzo miłe :-) 
Tekst został przygotowany bardzo starannie.

niedziela, 27 listopada 2011

Klub Bellona - Dorothy L. Sayers

Dorothy L. Sayers
Klub Bellona
tłum. Małgorzata Jodczyk Dudanowicz
Wydawnictwo Petra
Warszawa 1993

Postanowiłam wreszcie nadrobić zaległości w lekturze i zapoznać się bliżej z książkami Dorothy L. Sayers. Oczekiwałam czegoś naprawdę wyjątkowego po tak znanej i cenionej autorce – i zapewne właśnie dlatego na początku byłam nieco rozczarowana. Styl wydał mi się dość niejaki, bohaterowie – w tym również lord Peter Whimsey – nieciekawi, tło ledwo zarysowane… Jednak po pewnym czasie odkryłam, że ta książka jakoś dziwnie lepi mi się do rąk i trudno ją odłożyć. Mimo wszystko – byłam zaciekawiona. Trzeba przyznać, że Dorothy L. Sayers potrafi interesująco prowadzić akcję, a tworzone przez nią zagadki odznaczają się prawdziwie klasyczną strukturą. Wydaje mi się, że autorka skupia się właśnie przede wszystkim na akcji i logicznym rozplanowaniu fabuły i stąd inne elementy bywają traktowane nieco po macoszemu. Wielbiciele pisarstwa Marthy Grimes czy Alana Bradleya (ja na przykład;-)) mogą uznać taki styl za dość spartański – żadnych słodkich bułeczek, żadnych opisów sennych angielskich wiosek, żadnych sympatycznych dziwaków i żadnych rowerów. Od czasu do czasu wspomniane są zalety rozmaitych trunków, ale nie pobudziły szczególnie mojej wyobraźni. Oczywiście to wszystko nie musi być koniecznie uznane za wady – ci, dla których w kryminale najważniejsza jest zagadka, a „dodatki” traktują jako opcjonalne i często zbędne, na pewno będą się dobrze bawić przy tej lekturze. Zresztą, ja sama nie narzekam:-) Bardzo możliwe też, że moje początkowe odczucia i obiekcje wynikały z jakości tekstu – o ile tłumaczenie samo w sobie nie jest złe, o tyle po drodze musiało mu się przydarzyć coś strasznego… Znaki interpunkcyjne zachowują się, jakby same były po kilku głębszych, a większość pytajników najwyraźniej dyskretnie opuściła przyjęcie; pojawiło się za to sporo nieproszonych literówek i błędów ortograficznych. Oczywiście nikt nie jest doskonały, ale niestety w którymś momencie te usterki zaczynają rozpraszać uwagę czytelnika…
Tak czy inaczej – być może będę mogła oddać sprawiedliwość autorce po lekturze kolejnej jej książki w oryginale. Tak będzie bezpieczniej.
Klub Bellona to kryminał z jednej strony bardzo klasyczny, a z drugiej nietypowy, bo przez dość długi czas wydaje się, że wcale nie mamy do czynienia z morderstwem. Co prawda jest dwóch nieboszczyków, ale nie ma ofiary. Początkowo lord Peter zostaje poproszony o ustalenie jedynie godziny śmierci generała Fentimana, nobliwego weterana i stałego bywalca tytułowego klubu Bellona. W rocznicę zawieszenia broni zostaje on znaleziony martwy w swym klubowym fotelu; dość kłopotliwą okolicznością zdarzenia jest fakt, że klub był pełen ludzi i przez dłuższy czas nikt nie zauważył, że drzemka generała ma charakter… hm, ostateczny. W wyniku zawiłości prawnych ustalenie dokładnego czasu śmierci Fentimana jest niezwykle ważne, gdyż fakt ten zadecyduje o sposobie podzielenia ogromnego spadku. Oczywiście wszyscy spadkobiercy są zainteresowani tą sprawą, ale każdy życzyłby sobie innej odpowiedzi na pytanie, o której dokładnie godzinie staruszek wyzionął ducha. Czy któreś z nich będzie gotowe posunąć się do oszustwa lub przestępstwa, by „dopomóc” nieco śledztwu Whimseya? Czy dziewięćdziesięcioletni generał naprawdę umarł z przyczyn naturalnych? Czy zginie ktoś jeszcze? Tak, nie i tak;-)     

wtorek, 6 września 2011

Śmiercionośny rękopis - Rex Stout


Rex Stout
Śmiercionośny rękopis
tłum. Anna Dwilewicz
Wydawnictwo Dolnośląskie

Moja znajomość z Rexem Stoutem zaczęła się dość dynamicznie. Zerknęłam na skrzydełko okładki najnowszego wydania i tchu mi zbrakło.
„W 2000 roku na Bouchercon, największej konwencji skupiającej autorów i pisarzy literatury kryminalnej, ale także ich agentów, księgarzy i wydawców, powieści Rexa Stouta uznane zostały za Najlepszą Serię Kryminalną Stulecia, a on sam za Najlepszego Pisarza Kryminałów XX wieku”.
Hola, hola, zły człowieku! Królowa jest tylko jedna!;-))
Żeby udowodnić panu Stoutowi jego bezwarunkową samczą niższość, porwałam książkę z półki i pobiegłam do kasy.
Pierwsze strony utwierdziły mnie w ponurej, pełnej satysfakcji wrogości. Otóż główny bohater, powołany do życia przez Stouta, to żarłok i leń o paskudnym charakterze, który podejmuje się rozwiązywania zagadek nie z miłości do prawdy i sprawiedliwości, nie dla dreszczyku intelektualnej przyjemności – ale dla czeków na niebagatelne sumy, które gorliwie wypisują jego klienci. Taki właśnie jest Nero Wolfe.
Już kilka stronic później, kiedy z oburzeniem czytałam o tym, jak bezduszny Wolfe wyciąga od zrozpaczonego ojca zamordowanej dziewczyny ciężkie pieniądze po to, by móc się objadać naleśnikami z miodem tymiankowym… zrozumiałam, że dałam się nabrać. Skreślić Stouta to trochę tak, jakby stwierdzić, że Greg House to złośliwy gbur, więc trzeciego sezonu oglądać nie będę.
Słowem, lody zostały przełamane i spojrzałam na Stouta i Wolfe’a nieco przychylniej. A potem całkiem straciłam głowę – dla Archiego Goodwina. No, ale nie ja jedna.

W Śmiercionośnym rękopisie (oryg. The Murder by the Book, poprzednio przetłumaczono jako Detektywi i storczyki) detektyw Nero Wolfe, odludek, miłośnik i hodowca rzadkich orchidei oraz – tak, tak – żarłok i leń, wraz ze swoją prawą ręką, czyli ujmującym Archiem Goodwinem o ciętym dowcipie, zajmują się zagadką dwóch morderstw, tajemniczo, acz niewątpliwie ze sobą powiązanych. Najpierw ginie Leonard Dykes, pracownik kancelarii adwokackiej, a potem Joan Wellman – i to właśnie do wyjaśnienia jej śmierci Wolfe zostaje zaangażowany przez papę Wellmana (osobistość nietuzinkową). Mnie też od początku bardziej zainteresowała śmierć Joan niż Leonarda, ponieważ Joan pracowała w wydawnictwie i zginęła po odrzuceniu nadesłanej pocztą literacką powieści. Jako że znam kwestię poczty literackiej z obu stron, postanowiłam na wszelki wypadek przyjrzeć się sprawie bliżej…;-))
Nie mogę powiedzieć, że wyniosłam z lektury Śmiercionośnego rękopisu cenne wskazówki, ale zdecydowanie sprawa podwójnego (no, dobrze – potrójnego) morderstwa była bardzo interesująca. Szczegółów intrygi oczywiście nie zdradzę.

Chociaż dalej uważam, że palmę pierwszeństwa w dziedzinie kryminałów dzierży przedstawicielka płci pięknej, muszę przyznać, że jestem zachwycona Stoutem. Skontrastowanie ponurego, małomównego Wolfe’a z wygadanym, wesołym i pełnym uwodzicielskiej galanterii Goodwinem to naprawdę świetny pomysł. Podobało mi się też sprawne prowadzenie narracji, w której statyczne dochodzenie, dynamiczna akcja i komiczne scenki rodzajowe zostały w idealnych proporcjach połączone. Starcie Archiego z porucznikiem Rowcliffem doprowadziło mnie do niepowstrzymanych wybuchów chichotu (o zgrozo!), a kto zabił – przyznaję: nie domyśliłam się. Stout ma też dar wprowadzania dużej liczby bohaterów w tak naturalny sposób, że czytelnikowi się nie myli, czy Sue to była ta ładna, czy ta, która dobrze tańczy. Tak, kobiet jest tam sporo i niestety wiąże się to z koniecznością „wysłuchania” komentarzy Archiego na ich temat (ale i tak go lubię!).
Podsumowując, Wolfe’a i Goodwina należy mieć na oku. Nigdy nie wiadomo, co tacy  wymyślą (Nero jest znany ze swoich dość bezwzględnych metod). Żeby móc spać spokojnie, kupiłam dwa kolejne tomy.    


Okiem redaktora: bez zastrzeżeń, bardzo dobre tłumaczenie.
Okiem edytora: nie podobają mi się okładki w tej serii, ale to rzecz gustu... Marginesy dość skąpe, format poręczny, wygodne skrzydełka.