Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2013

Morze Niegościnne - Jakub Szamałek, czyli znowu jest świetnie!


Morze Niegościnne
Jakub Szamałek
Muza
Warszawa 2013

Zwykle kiedy jakaś książka bardzo mi się spodoba, po następną z serii sięgam z lekkim niepokojem i chociaż naprawdę nie mogę się jej doczekać, po zakupie odstawiam ją na chwilę na półkę – bo martwię się, że okaże się słabsza niż pierwsza. W przypadku Morza Niegościnnego nie miałam takich problemów – byłam wręcz pewna, że Jakub Szamałek, zdobywca Nagrody Wielkiego Kalibru Czytelników 2012, nie tylko utrzyma poziom swojego debiutu Gdy Atena odwraca wzrok, ale też zaskoczy i oczaruje czytelników na nowo. I co? I miałam rację!

Gdy Atena odwraca wzrok (na której cześć piałam w recenzji dla ZwB) ma świetne, dramatyczne zakończenie. Jest tak dobre, że właściwie myślałam, że to już naprawdę koniec i następna książka tego autora będzie o czymś zupełnie innym i Leochares już nie powróci. Nie żebym źle życzyła Lamii, wręcz przeciwnie, bardzo ją polubiłam, ale… Tymczasem sprytny i zaskakujący zwrot akcji otworzył zupełnie nowy rozdział w historii Leocharesa i jego bystrej małżonki. Witajcie… w Pantikapajonie! Z samego serca cywilizowanego świata przenosimy się do krainy dzikich Scytów i Taurów  dobre to miejsce dla tych, którym nie poszczęściło się w wielkim mieście... choć i tutaj zdarzają się nieszczęśliwe wypadki. A to barbarzyńcy sprowadzą statek na skały, a to komuś głowę urżną.  

Kilka lat po dramatycznych wydarzeniach w Atenach Leo, Lamia i ich synek Teodoros wiodą spokojne życie w odległej greckiej osadzie. A raczej wiedliby, gdyby nie męska duma byłego detektywa i Satyros. Jaki jest Leo, wiemy – sam prosi się o kłopoty i nie umie trzymać głowy nisko. Takiego go lubię :-) Natomiast Satyros… Obserwując poczynania archonta, zdałam sobie sprawę, jak trudno jest zbudować naprawdę przekonujący, szczerze wredny czarny charakter. Autorowi Morza Niegościnnego się to bez wątpienia udało: Satyros jest tak przebiegły, że nie sposób go nie podziwiać, a jednocześnie tak podły i okrutny, że nie może budzić niczyjej sympatii. A przy tym autor nie dopuścił, aby ta świetna kreacja „ukradła” książkę, tak jak Jocker oszwabił ostatniego Batmana, sprawiając, że na jego tle stał się średnio charyzmatycznym mężczyzną ze śmieszną peleryną. Satyros ma solidną przeciwwagę w postaci takich mocnych charakterów jak Kalligenes, Nana, Stratonike oraz – oczywiście – Leochares i Lamia. Bardzo spodobał mi się też książę Hekatajos, który co prawda pojawia się na krótko, ale robi odpowiednie wrażenie.

Autorowi szczególnie zależało na tym, żeby odbrązowić i „odmarmurzyć” starożytnych Greków, przedstawić ich jako zwykłych ludzi, którymi rządzą raczej namiętności i ambicje niż umiłowanie Homera. W Morzu Niegościnnym wypadło to bardzo przekonująco (zresztą w Atenie również) – postaci mówią przystępnym, współczesnym językiem, dialogi toczą się bardzo żywo, nie brak też komizmu. Jednak ja tym razem bardziej skupiłam się podczas lektury na podziwianiu kompozycji: Szamałek bardzo wprawnie łączy ze sobą sceny sensacyjne i dramatyczne, z tymi ukazującymi codzienne życie nad Morzem Czarnym w V wieku p.n.e. I trzeba zaznaczyć, że te ostatnie wcale nie stanowią tylko tła dla opisanych wydarzeń: przeżycia Lamii czy losy Nany są tak samo fascynujące, jak zagadka zabójstwa posła z Teodozji.

Morze Niegościnne ma 300 stron: można to przeczytać w jeden wieczór (bo wciąga), ale myślę, że warto powściągnąć ciekawość i ponapawać się kulturowymi smaczkami (ja na przykład niby wiedziałam, że kobiety w starożytnej Grecji nie miały lekko, ale dopiero obserwując Lamię, naprawdę to sobie uświadomiłam…), dowcipnymi dialogami, literackimi zabawami z mitologią i płynnym, wyrazistym stylem. Jedyne, co mi trochę przeszkadzało, to nadmiar przypisów; wiem, że to był zabieg celowy – autor na spotkaniu w krakowskim Café Szafé wyjaśnił, że wolał dodać więcej wyjaśnień, żeby czytelnik w razie czego nie musiał zaglądać do Wikipedii – ale mnie to nieco rozpraszało (bo nawet jak wiem, to i tak mi oko leci na dół strony;-)).

Zakończenie i tym razem jest wystrzałowe, chociaż ma zupełnie inny wydźwięk niż ostatnia scena Kiedy Atena odwraca wzrok. Wiadomo też, że będzie się można spodziewać opowieści o dalszych przygodach Leocharesa, który teraz wyruszy do…


A nie będę psuć Wam niespodzianki ;-)

Zbrodnia w błękicie - Katarzyna Kwiatkowska


Zbrodnia w błękicie
Katarzyna Kwiatkowska
Zysk i S-ka
Poznań 2011

Bardzo lubię debiuty – między innymi dlatego, że można w nich wyczuć specyficzną świeżość i śmiałość, które nie zawsze muszą być okupione niezbornością stylistyczną czy fabularnymi usterkami. Zbrodnia w błękicie należy do takich udanych, „stabilnych” debiutów; dobitnie świadczy o tym wyróżnienie w postaci nominacji tej książki do Nagrody Wielkiego Kalibru 2012 oraz przyznanie jej nagrody specjalnej przez panią Janinę Paradowską.

Po raz pierwszy usłyszałam o Zbrodni w błękicie właśnie na gali rozdania nagród na MFK we Wrocławiu; nie zdążyłam przed wyjazdem poznać wszystkich nominowanych tytułów, więc najpierw zobaczyłam autorkę na żywo, a dopiero potem przeczytałam jej kryminał (zazwyczaj jest na odwrót: jeśli bardzo mi się spodoba jakaś książka, staram się pójść na spotkanie autorskie). Katarzyna Kwiatkowska świetnie wypadła na gali – widać było, że jest przejęta i nie ma wiele „doświadczenia scenicznego” (wielu „kryminalistów” to świetni mówcy i showmani), ale dzięki temu jej krótkie wystąpienie było naturalne, bezpretensjonalne i czarujące. Myślę, że nie tylko ja pomyślałam wtedy, że trzeba tę pisarkę bacznie obserwować.

Zbrodnia w błękicie to kryminał retro, ale właściwie chętniej nazwałabym go staroświeckim (bardzo lubię to słowo), ponieważ ta „dawność” przejawia się nie tylko w wyborze końca XIX wieku na czas akcji, ale także w wykorzystaniu klasycznych schematów powieści detektywistycznej (dla porównania: przygody komisarza Maciejewskiego z kryminałów Marcina Wrońskiego rozgrywają się w przeszłości, ale kompozycja tych książek i samo podejście do gatunku jest na wskroś nowoczesne). 
Zbrodnia w błękicie jest dla mnie przede wszystkim kryminałem z wyraźnie zarysowaną intrygą, niejednoznacznymi bohaterami i konsekwentnie zbudowaną postacią detektywa z zewnątrz. Chociaż oczywiście w książce nie brakuje przystawek w postaci wątków historycznych czy obyczajowych, daniem głównym pozostaje zbrodnia i śledztwo – może właśnie stąd porównania do kryminałów Agathy Christie. Jako wielbicielka klasycznych whodunnit oczywiście przepadam za takimi książkami i „odkrycie” Katarzyny Kwiatkowskiej bardzo mnie ucieszyło.

Wrażenie staroświeckości buduje już sam format Zbrodni w błękicie, jak na kryminał dość nietypowy, bo one zwykle kojarzą się w wydaniami kieszonkowymi lub przynajmniej poręcznymi. Błękitny (rzecz jasna!) tom do podróży pociągiem nadaje się średnio, ale za to otwieranie takiej książki daje dużo zwykłej, czytelniczej frajdy.

Kilka słów o fabule: do dworku w Wielkopolsce przyjeżdża przyjaciel domu, podróżnik Jan Morawski ze swoim kamerdynerem (i wiernym towarzyszem) Mateuszem. Na zewnątrz panuje śnieżna zadymka, zaś w domu państwa Tarnowskich – prawdziwa emocjonalna burza. Jan od razu wyczuwa wśród zgromadzonych gości animozje i napięcia, których ci nawet nie próbują ukrywać; uroczysta kolacja zamienia się w sabat czarownic (tu w rolach głównych zimna żmija, hrabina Kareńska, i rozwydrzona Paulina Bonikowska), padają wzajemne oskarżenia i złośliwe uwagi, idą w ruch sole trzeźwiące  a rano mamy trupa.

Bardzo mi się spodobało, że autorka zdecydowała się nie polegać tylko na klasycznym schemacie odciętego od świata domu – w końcu drogi stały się przejezdne, dzięki czemu akcja rozszerzyła się na pobliskie miasteczko, pojawiły się nowe postaci, a do dusznej atmosfery Tarnowic wtargnął świeży, wręcz alpejski powiew. Spodobał mi się także dobór imion, nie tylko dobrze pasujących do wybranej epoki, ale też oddających charakter postaci: to jasne, że Mateusz będzie mężczyzną budzącym zaufanie, solidnym i niepozbawionym poczucia humoru, Jan nieodgadnionym ekscentrykiem, Julia tajemniczą damą, a młoda, złotowłosa panienka edukowana przez siostry zakonne będzie miała na imię Zosia. Kolejny nieoczywisty plus: pojawia się tu sporo książek, można wręcz powiedzieć, że każdy bohater ma swoją, opisującą go w jakiś sposób książkę. Szczególnie wyeksponowany jest Sienkiewicz – co oczywiście podkreśla atmosferę tamtej epoki, a z książek tego autora: Bez dogmatu, pozycja mniej znana, ale w dorobku Sienkiewicza bardzo interesująca (dawno nie myślałam o tej powieści, ale w swoim czasie zrobiła na mnie wrażenie, wywołując mieszane uczucia).

Jeśli koniecznie miałabym szukać minusów Zbrodni w błękicie (a nie zależy mi na tym jakoś szczególnie, bo czytało się świetnie), to potrafię chyba podać tylko jeden (a i ten jest dyskusyjny). Otóż Jan Morawski jest zbyt sympatyczny. Serio ;-) Mówi się sporo o jego dwuznacznej reputacji i można się domyślać, że kiedyś było z niego niezłe ziółko, ale podczas całej akcji prezentuje się absolutnie przyzwoicie i nienagannie (inna sprawa, że nie miał komu tam zawracać w głowie – przed Pauliną musiał wręcz uciekać, a Julia hm, hm – to Julia;-)) Obrazu odważnego podróżnika o otwartym umyśle i szerokich horyzontach dopełnia scena w karczmie, kiedy wielki pan całuje w rękę żonę oberżysty Maciejową – i wtedy właśnie moja przekorna czytelnicza natura kazała mi się zastanowić, czy nie byłoby ciekawiej gdyby raz dla odmiany główny bohater książki historycznej nie prezentował postępowych poglądów daleko wykraczających poza umysłowość tamtych czasów.

Podsumowując: Zbrodnia w błękicie to rasowy, dobrze napisany kryminał o porządnie zapętlonej intrydze (przyznaję, że nie zgadłam, kto zabił i dlaczego, a do końca byłam absolutnie pewna, że mi się udało…), w którym jest to wszystko, co tygryski lubią najbardziej: rodzinne tajemnice, zerwane zaręczyny, tragiczne nieporozumienia, trucizna, skradziony pamiętnik, brawurowe kłamstwa – i dużo ciastek! :-)


Niedawno ukazał się drugi kryminał o Janie Morawskim – Kain i Abel. Muszę to koniecznie przeczytać i przekonać się, czy główny bohater zrobi coś skandalicznego (wiem, wiem, takie zapędy są niezdrowe ;-))     


czwartek, 30 maja 2013

Z nienaturalnych przyczyn - P.D. James

P.D. James
Z nienaturalnych przyczyn
tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska
Wydawnictwo Buchmann
Warszawa 2012


Moje kolejne spotkanie z P.D. James okazało się bardzo udane i coraz bardziej doceniam jej wyrafinowanie prosty, niekiedy wręcz surowy styl, który łagodnieje, gdy narrację zabarwia poetycka wyobraźnia głównego bohatera. Z nienaturalnych przyczyn należy do krótszych książek z cyklu o Adamie Dalglieshu i potwierdza moją roboczą tezę, że w przypadku James te mniej obszerne tomy charakteryzują się lepszą kompozycją.

Tak jak w Zakryjcie jej twarz, nadinspektor Scotland Yardu wyjeżdża do małej wioski, jednak tym razem nie sprowadza go tam prowadzone śledztwo – udaje się do Monksmere w Suffolk, aby odwiedzić swoją ulubioną ciotkę Jane. Dalgliesh i ciepłe rodzinne uczucia? Brzmi trochę nieprawdopodobnie, prawda? Owa zażyłość między policjantem i starą panną pasjonującą się ornitologią ma źródło w podobieństwie ich charakterów – Jane Dalgliesh w niczym nie przypomina uroczej staruszki w typie panny Marple. Postać ciotki Adama wzbudziła moją sympatię i była moją najmocniejszą kandydatką na morderczynię (nie, nie zdradzę, czy miałam rację!) – i przez to zdałam sobie sprawę, że często, gdy podejrzewam któregoś z bohaterów, robię to z czystej sympatii i uznania dla jego inteligencji ;-)

Tak więc Dalgliesh wyjeżdża do pięknej nadmorskiej miejscowości, aby odpocząć po rozwiązaniu trudnej sprawy i zastanowić się nad swoim życiem: a konkretnie, czy warto je zmieniać, by ożenić się z ekscentryczną Deborah Riscoe. Oczywiście nic z tych planów nie wyjdzie – w Suffolk na Dalgliesha już czeka trup. Należy dodać, że to dość nietypowy nieboszczyk, który po śmierci spędza czas bardzo aktywnie: wybiera się na wycieczkę łódką. Muszę powiedzieć, że pierwsza scena książki, w której opisano właśnie żeglującego beztrosko trupa zrobiła na mnie takie wrażenie, że długo nie mogłam się zdecydować, aby czytać dalej – zmotywowało mnie dopiero wyzwanie Czytamy kryminały, bo akcja Z nienaturalnych przyczyn rozgrywa się właśnie w małej miejscowości.

Monksmere to bardzo ciekawa osada z rodzaju snobistycznych: mieszka tam kilku pisarzy i krytyk teatralny – ogółem bardzo barwne grono. Nigdy nie byłam w Suffolk, więc trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście jest to najpiękniejszy zakątek Anglii (w kilku innych znanych kryminałach wychwala się wszak plaże Devonu), ale opisy w książce James przekonująco oddawały jego dziki, nieco niebezpieczny urok – a raczej oddawałyby, gdyby były nieco bardziej urozmaicone. Niestety powtarzały się bez przerwy mało odkrywcze wzmianki o kontraście między spokojem solidnie zbudowanego, ciepłego domu a szaleństwem burzy i wichru na zewnątrz – tak natrętnie, że w końcu mnie to zirytowało. Być może jest to niedopatrzenie redakcyjne: te fragmenty są do siebie tak podobne, że całość tekstu na pewno skorzystałaby na wycięciu ich, tak żeby pozostał tylko jeden, który wtedy na pewno silniej działałby na wyobraźnię.

Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń do Z nienaturalnych przyczyn: James jak zwykle sprawnie buduje intrygę, wprowadza ciekawe, oryginalne postaci, starannie kreśli ich portrety psychologiczne i fachowo, bezlitośnie podpuszcza i zwodzi czytelnika. Największe wrażenie zrobiły na mnie obserwacje dotyczące kalekiej Sylvii Kedge oraz sposób, w jaki Dalgliesh dochodzi do rozwiązania zagadki morderstwa. Tak mi się podoba ten ostatni fragment, że zamieszczam go poniżej, zachęcając jednocześnie do sięgnięcia po kryminały P.D. James – bo naprawdę warto.

Dziesięć minut później Dalgliesh zaparkował w cieniu przydrożnego żywopłotu i ułożył się w samochodzie tak wygodnie, jak to tylko było możliwe dla kogoś o jego wzroście. […] Obudził go grzechot żwiru o maskę i wysokie zawodzenie wiatru. Zegarek wskazywał piętnaście po trzeciej. Zaczynała się wichura i nawet pod osłoną żywopłotu samochód lekko się kołysał. […] opierając się o drewniane ogrodzenie, stanął twarzą do wiatru, którego siła zaparła mu dech w piersiach, i spojrzał przed siebie na mroczne, płaskie pola. Czuł się jak wówczas, gdy jako mały chłopiec jeździł na samotne rowerowe wycieczki i wychodził z namiotu na nocne spacery. To była jedna z jego największych przyjemności, owo poczucie całkowitego osamotnienia, polegające nie tylko na tym, że nie miał towarzysza, ale i na tym, że nikt na całym świecie nie wiedział dokładnie, gdzie się znajduje – samotność nie tylko ciała, ale i ducha. Zamknąwszy oczy, czując w nozdrzach głęboki aromat mokrej trawy i ziemi, potrafił prawie wyobrazić sobie, że znów jest dzieckiem; zapach i noc, i radość były te same.
Pół godziny później znów ułożył się do snu. Ale zanim zapadł w pierwszą strefę nieświadomości, coś się stało. Rozmyślając sennie i bez napięcia o morderstwie Setona, nagle, niewytłumaczalnie, wpadł na pomysł, jak można było tego dokonać.
(str. 210–211) 


Nota wydawcy:
Długie spacery brzegiem morza, odpoczynek przy kominku z kubkiem gorącej herbaty – tak miał wyglądać zasłużony urlop Adama Dalliesha, błyskotliwego nadinspektora Scotland Yardu, który już od dawna cieszył się na myśl o wizycie u ciotki mieszkającej w spokojnej miejscowości w hrabstwie Suffolk. Dziwnym trafem dzień wcześniej miejscowa policja znajduje zwłoki autora kryminałów, pływające w łódce przy brzegu. Mają obcięte w przegubach dłonie. Wszyscy mieszkańcy są podejrzani...

Przeczytane w ramach wyzwania Czytamy kryminały etap maj/czerwiec

sobota, 6 kwietnia 2013

Całun dla pielęgniarki - P.D. James


P.D. James
Całun dla pielęgniarki
tłum. Blanka Kuczborska
Baobab
Warszawa 2004


Każdy, kto choć raz miał wątpliwą przyjemność leżeć w szpitalu, dobrze wie, jak wiele zależy tam od pielęgniarek; wiadomo też, że jest to dość szczególne powołanie. Można sobie wyobrazić, że zamknięta społeczność szkoły dla pielęgniarek to niezłe miejsce na popełnienie zbrodni: z jednej strony uporządkowane i dobrze zorganizowane, a z drugiej – jak każda tego rodzaju placówka – buzujące od plotek i wewnętrznych napięć. 

P.D. James zna medyczny światek od podszewki i pisząc Całun dla pielęgniarki, z powodzeniem wykorzystała swoje życiowe doświadczenia. Przyznaję jednak – z niejakim zakłopotaniem – że dla mnie to nie ta fachowość i wiarygodność w podawaniu interesujących szczegółów były największymi atutami tego kryminału, tylko postaci i mroczny, intrygujący klimat, jaki udało się stworzyć autorce.
Osobą, która wprowadza nas do Nightingale House, jest panna Muriel Beale, starszy inspektor do spraw szkolnictwa Naczelnej Rady Pielęgniarskiej, która w pewien styczniowy poranek wyrusza z Londynu do Heatheringfield, aby przeprowadzić oficjalną wizytację w szpitalu im. Johna Carpendara. Całe otwarcie należy do tej energicznej, kompetentnej postaci i poprzez nią P.D. James porządkuje świat swojej opowieści, wyjaśniając, kto jest kim. A więc mamy zielonooką Mary Taylor, siostrę przełożoną; nieprzystępną Hildę Rolfe, dyrektorkę szkoły; doktora Courtney-Briggsa i instruktorkę kliniczną Mavis Gearing. 

Później poznajemy studentki, które będą uczestniczyć w pokazowej lekcji i tu już robi się nieco trudniej, bo dziewczątek jest siedem i naprawdę trudno byłoby je wszystkie spamiętać (często mam ten problem na początku lektury jakiegoś kryminału, gdzie wprowadza się naraz dużo postaci – chociaż po przeczytaniu całej serii o sędzim Di nabrałam ogromnej wprawy…), gdyby nie pomoc niezastąpionej siostry Beale, która wymyśla prosty system skojarzeń, żeby zapamiętać nazwiska dziewczyn. Pierwszy raz spotkałam się z taką podpowiedzią dla czytelnika i bardzo mi się ten zabieg spodobał. A zatem w sali są obecne bliźniaczki Maureen i Shirley Burt (“b” jak bliźniaczki i Burt; zastanawiam się od razu, jak było w angielskim oryginale;-)), Julia Pardoe (ładne imię dla ładnej dziewczyny), Madeleine Goodale (solidne nazwisko – dobra dziewczyna), Christine Dakers, Diana Harper i Heather Pearce. Podczas lekcji pokazowej jedna z nich ginie i to w sposób mocno nieprzyjemny. Jeśli ktoś nie przepada za szpitalem, ten rodzaj śmierci zapewne zrobi na nim wrażenie – na mnie zrobił. Później, na szczęście już w innych okolicznościach, umiera druga studentka, która z powodu choroby nie uczestniczyła w lekcji – Josephine Fallon, moim zdaniem najciekawsza postać w całej książce (tym bardziej intrygująca, że już nieobecna). Pierwsza śmierć mogłaby zostać uznana za wypadek, a druga za samobójstwo, ale wszyscy od razu wiedzą, że w grę wchodzi co najmniej jedno morderstwo. 

Na miejsce zbrodni przyjeżdża komisarz Adam Dalgliesh oraz sierżant Masterson – i od razu muszą się zmierzyć z silnymi osobowościami osób zarządzających szpitalem. Te interesujące starcia dały autorce okazję, żeby po raz kolejny zaprezentować klasę, inteligencję i wrażliwość Dalgliesha; jednak najkorzystniej komisarz wypadł na tle swojego współpracownika, Mastersona, pod koniec książki. I właśnie dzięki tej scenie wreszcie udało mi się go szczerze polubić – a Dalgliesh to typ dość niedostępny i niełatwo zjednuje sobie ludzi. Na pewno jednak od razu wzbudza szacunek jako świetny fachowiec – sprawa morderstw w Nightingale House zostaje rozwiązana względnie szybko i bezwzględnie brawurowo.

Całun dla pielęgniarki został w 1971 roku wyróżniony Silver Dagger Award i nie bez powodu uznawany jest za jeden z najlepszych kryminałów P.D. James. Dla mnie jego największymi atutami są (jak już wspominałam) bohaterowie: zarówno postaci wiodące, jak i epizodyczne (świetna Morag Smith, tragikomiczna pani Dettinger, ekscentryczny Arnold Dowson), mroczny klimat owianego ponurą legendą gmachu Nightingale House, a także charakterystyczna dla James dbałość o pogłębienie portretów psychologicznych bohaterów, dopełniona szczyptą ironii. Ja byłam bardzo zadowolona z tej lektury, jednak – żeby nie było za słodko – moja przyjaciółka, która czytała książkę tuż po mnie, stwierdziła, że ciekawe, ale nic specjalnego. No cóż, pewnie rzeczywiście nie każdemu się spodoba – tym niemniej subiektywnie szczerze polecam :-)

Na koniec jeszcze kilka słów o wydaniu – książka ukazała się w 2004 roku nakładem Baobabu. Rzadko trafiam na książki tego wydawnictwa, więc uważnie ją sobie obejrzałam. Jeśli chodzi o okładkę i projekt ilustracji, to jest spójny i w pewnym sensie oddaje staroświecki klimat książki, ale zdecydowanie nie trafił w mój gust. Spodobał mi się natomiast skład – pomimo oszczędnych marginesów bardzo czytelny. Na szczególną pochwałę zasługuje tłumaczenie (P.D. James chyba ogólnie ma szczęście do tłumaczy, jeśli chodzi o polskie wydania, nie przypominam sobie, żeby coś mnie kiedykolwiek nieprzyjemnie uderzyło). Trafiły się nieliczne błędy, ale ogólnie czytało się naprawdę przyjemnie.          

Przeczytane w ramach wyzwania Czytamy kryminały - edycja marzec/kwiecień (kryminał angielski)

niedziela, 24 marca 2013

Zatrute czekoladki - Anthony Berkeley

Anthony Berkeley
Zatrute czekoladki
tłum. Zofia Uhrynowska
Iskry, Warszawa 1965
seria Klub Srebrnego Klucza


Na mojej szafie spełniającej funkcję podręcznej biblioteczki jest stos książek autorów ze Złotego Wieku angielskiej powieści detektywistycznej i oto kolejna (po Klubie Bellona, Jak najwięcej grobów i Tajemnicy Hog's Back) recenzja – tym razem przed państwem Anthony Berkeley i jego Zatrute czekoladki.
Na początku zaznaczę, że jest to dosyć specyficzny kryminał – praktycznie pozbawiony akcji i składający się w głównej mierze z dywagacji; w notce na okładce wydania z serii Klub srebrnego Klucza jest określony jako „szarada kryminalna”. Nigdy dotąd nie spotkałam się z tym rodzajem powieści detektywistycznej i nie powiem, żeby to było właśnie to, co tygryski lubią najbardziej, ale bardzo się cieszę, że przeczytałam Zatrute czekoladki, bo zdecydowanie lubię nowe doświadczenia czytelnicze.

Fabuła zarysowana jest w książce dosyć skrótowo: londyńska policja biedzi się z trudną sprawą morderstwa, którego ofiarą padła Joan Bendix, zjadając zatrute nitrobenzenem czekoladki. Wszystko wskazuje na to, że morderca zamierzał jednak uśmiercić inną osobę, a czekoladki trafiły do pani Bendix przypadkiem – przyniósł je do domu jej mąż (który nota bene również się zatruł, ale udało się go uratować), który z kolei dostał je od swojego znajomego z klubu, sir Eustace’a; ten zaś otrzymał je od samego producenta słodyczy jako próbkę reklamową. Tyle wiemy. Tyle wie też inspektor Moresby, prowadzący tę sprawę – chwilo bez powodzenia. Decyduje się on na dość niezwykły krok i zaprasza do współpracy elitarny klub detektywów-amatorów, którego prezesem i założycielem jest Roger Sheringham, pisarz kryminałów. W grupie jest jeszcze trzech innych pisarzy: Alicja Dammers, Mabel Fielder-Flemming, Percy Robinson, wzięty prawnik sir Charles Wildman oraz Ambrose Chitterwick (postać, powiedziałabym, z ducha dickensowska). Kółko detektywów z radością przystaje na plan Sheringhama i każdy z członków deklaruje, że przedstawi własne rozwiązanie tej zagadki. Inspektor Moresby postanawia obserwować czujnie ich poczynania i – mimo wszystko – żywi nieśmiałą nadzieję, że uda im się na coś natrafić i wspólnie wytypować mordercę. Rzecz w tym, że każdy z śledczych-amatorów podaje inne rozwiązanie…

Nazwałabym Zatrute czekoladki odwrotnością klasycznego kryminału – zamiast grona podejrzanych mamy grono detektywów i nie skupiamy się przede wszystkim na tym, kto okaże się mordercą, lecz na tym, kto będzie miał rację i zwycięży, poprawnie rozwiązując zagadkę. Poza tym w książce Berkeleya mamy też do czynienia z zupełnie inną kompozycją: o ile w „zwykłym” kryminale przemowa detektywa, wyjaśniającego kto, jak i dlaczego zabił, następuje na końcu, o tyle Zatrute czekoladki składają się z samych takich przemów. To właśnie z wypowiedzi poszczególnych członków kółka detektywistycznego dowiadujemy się o ich poczynaniach (niektórzy stawiają na metodę typu Nero Wolfe: siedzę i myślę, a inni podejmują praktyczne działania: przekupują pokojówki, prowadzą nieoficjalne przesłuchania). Taka konstrukcja sprawia, że książka jest dosyć statyczna, tym bardziej, że bohaterowie bardzo lubią mówić długo i szczegółowo, a narrator z przyjemnością rozwodzi się nad ich słabościami, śmiesznostkami i okropnym nudziarstwem. No i rzeczywiście, mnie również te przemowy mocno znużyły, chociaż muszę przyznać, że im bliżej końca, tym ten kryminał robi się ciekawszy, zaś wywód Percy’ego Robinsona jest tak świetnie poprowadzony, że udało mu się mnie całkowicie zaskoczyć i autentycznie rozbawić.

W miarę, jak przemawiają kolejne postaci, dowiadujemy się coraz więcej o śmierci pani Bendix, a także o samych detektywach. Nie wahają się oni wykorzystywać swoich prywatnych znajomości i kontaktów podczas śledztwa, a przez to okazuje się, że niektórzy z nich mają co nieco wspólnego zarówno z Bendixem, pogrążonym w żałobie wdowcem, jak i sir Eustace’em, który cudem uniknął śmierci. Morderca równie dobrze może znajdować się pośród grupy detektywów…

Zatrute czekoladki na pewno nie są kryminałem idealnym: postaci zostały zarysowane bardzo schematycznie i nie sposób do nikogo się tam przywiązać, ani nikogo znielubić, akcja praktycznie nie istnieje, fabuła została oparta na powtarzalnej sytuacji, w narracji zdarzają się okropne dłużyzny, a poczucie humoru autora wydaje mi się mocno zwietrzałe… Mimo wszystko myślę, że warto po tę książkę sięgnąć, bo kryminałów tego typu jest bardzo mało, a wszystkie wersje motywów i sposoby wykonania morderstwa zostały bardzo dobrze przemyślane i skonstruowane z godną podziwu żelazną logika. Mamy tu sześć bardzo prawdopodobnych, mocno opartych na dowodach hipotez, a poruszanie się między tymi pomysłami wymaga niezłej gimnastyki umysłu. Ja – przyznaję się bez bicia – nie domyśliłam się, kto jest mordercą; autorowi udało się mnie zmylić i oszołomić wielością możliwych rozwiązań.

Nie sądzę, abym w najbliższym czasie znów sięgnęła po jakąś książkę Berkeleya, ale to było ciekawe doświadczenie. Póki co, jeśli chodzi o autorów Złotego wieku, na pierwszym miejscu wciąż plasuje się Margery Allingham.      

Recenzja dołączona do wyzwania Czytamy kryminały edycja marzec/kwiecień (kryminał angielski)