Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał plus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał plus. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2013

Morze Niegościnne - Jakub Szamałek, czyli znowu jest świetnie!


Morze Niegościnne
Jakub Szamałek
Muza
Warszawa 2013

Zwykle kiedy jakaś książka bardzo mi się spodoba, po następną z serii sięgam z lekkim niepokojem i chociaż naprawdę nie mogę się jej doczekać, po zakupie odstawiam ją na chwilę na półkę – bo martwię się, że okaże się słabsza niż pierwsza. W przypadku Morza Niegościnnego nie miałam takich problemów – byłam wręcz pewna, że Jakub Szamałek, zdobywca Nagrody Wielkiego Kalibru Czytelników 2012, nie tylko utrzyma poziom swojego debiutu Gdy Atena odwraca wzrok, ale też zaskoczy i oczaruje czytelników na nowo. I co? I miałam rację!

Gdy Atena odwraca wzrok (na której cześć piałam w recenzji dla ZwB) ma świetne, dramatyczne zakończenie. Jest tak dobre, że właściwie myślałam, że to już naprawdę koniec i następna książka tego autora będzie o czymś zupełnie innym i Leochares już nie powróci. Nie żebym źle życzyła Lamii, wręcz przeciwnie, bardzo ją polubiłam, ale… Tymczasem sprytny i zaskakujący zwrot akcji otworzył zupełnie nowy rozdział w historii Leocharesa i jego bystrej małżonki. Witajcie… w Pantikapajonie! Z samego serca cywilizowanego świata przenosimy się do krainy dzikich Scytów i Taurów  dobre to miejsce dla tych, którym nie poszczęściło się w wielkim mieście... choć i tutaj zdarzają się nieszczęśliwe wypadki. A to barbarzyńcy sprowadzą statek na skały, a to komuś głowę urżną.  

Kilka lat po dramatycznych wydarzeniach w Atenach Leo, Lamia i ich synek Teodoros wiodą spokojne życie w odległej greckiej osadzie. A raczej wiedliby, gdyby nie męska duma byłego detektywa i Satyros. Jaki jest Leo, wiemy – sam prosi się o kłopoty i nie umie trzymać głowy nisko. Takiego go lubię :-) Natomiast Satyros… Obserwując poczynania archonta, zdałam sobie sprawę, jak trudno jest zbudować naprawdę przekonujący, szczerze wredny czarny charakter. Autorowi Morza Niegościnnego się to bez wątpienia udało: Satyros jest tak przebiegły, że nie sposób go nie podziwiać, a jednocześnie tak podły i okrutny, że nie może budzić niczyjej sympatii. A przy tym autor nie dopuścił, aby ta świetna kreacja „ukradła” książkę, tak jak Jocker oszwabił ostatniego Batmana, sprawiając, że na jego tle stał się średnio charyzmatycznym mężczyzną ze śmieszną peleryną. Satyros ma solidną przeciwwagę w postaci takich mocnych charakterów jak Kalligenes, Nana, Stratonike oraz – oczywiście – Leochares i Lamia. Bardzo spodobał mi się też książę Hekatajos, który co prawda pojawia się na krótko, ale robi odpowiednie wrażenie.

Autorowi szczególnie zależało na tym, żeby odbrązowić i „odmarmurzyć” starożytnych Greków, przedstawić ich jako zwykłych ludzi, którymi rządzą raczej namiętności i ambicje niż umiłowanie Homera. W Morzu Niegościnnym wypadło to bardzo przekonująco (zresztą w Atenie również) – postaci mówią przystępnym, współczesnym językiem, dialogi toczą się bardzo żywo, nie brak też komizmu. Jednak ja tym razem bardziej skupiłam się podczas lektury na podziwianiu kompozycji: Szamałek bardzo wprawnie łączy ze sobą sceny sensacyjne i dramatyczne, z tymi ukazującymi codzienne życie nad Morzem Czarnym w V wieku p.n.e. I trzeba zaznaczyć, że te ostatnie wcale nie stanowią tylko tła dla opisanych wydarzeń: przeżycia Lamii czy losy Nany są tak samo fascynujące, jak zagadka zabójstwa posła z Teodozji.

Morze Niegościnne ma 300 stron: można to przeczytać w jeden wieczór (bo wciąga), ale myślę, że warto powściągnąć ciekawość i ponapawać się kulturowymi smaczkami (ja na przykład niby wiedziałam, że kobiety w starożytnej Grecji nie miały lekko, ale dopiero obserwując Lamię, naprawdę to sobie uświadomiłam…), dowcipnymi dialogami, literackimi zabawami z mitologią i płynnym, wyrazistym stylem. Jedyne, co mi trochę przeszkadzało, to nadmiar przypisów; wiem, że to był zabieg celowy – autor na spotkaniu w krakowskim Café Szafé wyjaśnił, że wolał dodać więcej wyjaśnień, żeby czytelnik w razie czego nie musiał zaglądać do Wikipedii – ale mnie to nieco rozpraszało (bo nawet jak wiem, to i tak mi oko leci na dół strony;-)).

Zakończenie i tym razem jest wystrzałowe, chociaż ma zupełnie inny wydźwięk niż ostatnia scena Kiedy Atena odwraca wzrok. Wiadomo też, że będzie się można spodziewać opowieści o dalszych przygodach Leocharesa, który teraz wyruszy do…


A nie będę psuć Wam niespodzianki ;-)

niedziela, 8 lipca 2012

Miedziana Wenus - Lindsey Davis


Miedziana Wenus
Lindsey Davis
tłum. Konrad Majchrzak
Rebis, Poznań 2009


W trzecim tomie przygód Marka Dydiusza Falkona, pechowego zawadiaki i bystrego detektywa, spotykamy naszego bohatera w miejscu dość niefortunnym – w więzieniu Lautumie, w towarzystwie ciekawskiego (i prawdopodobnie głodnego) szczura. Marek trafił tam dzięki uprzejmości nienawidzącego go szpiega pałacowego, Anakrytesa, i nie zapowiada się, żeby miał zbyt prędko opuścić to mało przytulne miejsce odosobnienia. Na szczęście na ratunek pośpieszy mu ukochana kobieta… czyli jego niezawodna matka. Druga niezawodna kobieta jego życia, Helena, nie wyprzedziła matki Marka tylko dlatego, że była zajęta opłacaniem jego czynszu… Trzeba powiedzieć, że Falko ma szczęście do kobiet – widać to było już w dwóch poprzednich tomach, w tym jednak pojawia się jeszcze więcej kobiet. I dobrze! Im więcej, tym lepiej!



Seweryna Zotyka, najbardziej intrygująca bohaterka Miedzianej Wenus, nikomu nie przynosi szczęścia.  Można powiedzieć, że to osoba niezwykle pechowa, z tym, że przynosi nieszczęście głównie mężczyznom, którzy dali się oczarować jej rudym lokom i uroczej piegowatej buzi. Krótko mówiąc – Seweryna jest zawodową panną młodą. Ledwie wyjdzie za mąż, a już nieszczęsny oblubieniec pada na atak serca, dławi się pigułką, tudzież kończy w żołądku czarnej pantery. No cóż – trzeba przyznać, że wyobraźni tej kobiecie nie brakuje. A teraz właśnie upatrzyła sobie nową zdobycz – bogatego wyzwoleńca Hortensjusza Nowusa. Na szczęście kochający domownicy Nowusa postanowili chronić swojego przyjaciela i wynajęli prywatnego detektywa, by uroczyście skompromitował lub skutecznie przekupił Sewerynę. Tak, to właśnie Marek Dydiusz Falko ma stanąć na drodze raźno biegnącej do ołtarza Zotyce. Sprawa wydaje się dość prosta, klienci są więcej niż wypłacalni, a Marek ma przecież wprawę w wykonywaniu podobnych zleceń. Problem w tym, że Seweryna to doświadczony, przebiegły gracz, który dodatkowo dysponuje potężną bronią: urokiem osobistym. A przecież wiemy, że Marek – chociaż dotąd bezwzględnie wierny Helenie – nie jest obojętny na wdzięki sprytnych kusicielek.  

Motyw czarnej wdowy jest stosunkowo mało oklepany w kryminałach i bardzo mnie ucieszyło, że autorka postanowiła zająć się tym tematem. Staram się być obiektywna i bezstronna, jeśli chodzi o „płeć” kryminału, ale tym razem muszę przyznać, że bardzo się cieszę, że Lindsey Davis jest kobietą i że to właśnie ona stworzyła Marka Dydiusza. Zdecydowanie ma dobrą rękę do postaci kobiecych – wszystkie portrety bohaterek są zawsze wspaniale dopracowane, z jednej strony dość głębokie psychologicznie, a z drugiej na szczęście wolne od babrania się w emocjach dla samej przyjemności niewczesnego psychologizowania. Mimo że akcja w kryminałach Davis toczy się naprawdę wartko i czytelnik ani przez chwilę się nie nudzi, to jednak jest czas na smakowite opisy strojów i biżuterii – szczególnie ładnie wypadło to w przypadku ametystowej szaty Hortensji Atylii, starannie dobranych kolorystycznie ubrań Seweryny, a także (oczywiście!) Heleny Justyny i jej szpilek do włosów w kości słoniowej…  

Miedziana Wenus to kolejny doskonały kryminał, który utwierdził mnie w moich ciepłych uczuciach dla Falkona – i niechęci do papug (również tych feministycznie nastawionych). Następna w kolejce jest Żelazna ręka Marsa i już nie mogę się doczekać, kiedy ją dorwę, bo podobno tam wreszcie boski Tytus rusza smalić cholewki do Heleny Justyny. Nie mam wątpliwość, że ukochana Falkona umiałaby chłodno odrzucić awanse nawet samego cesarza, ale z drugiej strony… fajny ten Tytus;-)    

środa, 28 marca 2012

Gdzie mól i rdza - Paweł Pollak

Gdzie mól i rdza
Paweł Pollak
Wydawnictwo Oficynka
Gdańsk 2012




„To nie Nowy Jork, panie komisarzu!”. No cóż, może i nie, ale okazuje się, że i we Wrocławiu może być wesoło i kolorowo, a nawet egzotycznie – a to kogoś uśmiercą strzałką nasączoną kurarą i oskalpują, a to innemu rozbiją głowę chińską maczugą… Jedynie ofiary tych niezwykłych mordów nie wydają się szczególnie interesujące – giną samotni emeryci. Wyśledzeniem pomysłowego mordercy (lub morderców) napadającego na starszych panów zajmuje się komisarz Marek Przygodny, policjant, by tak rzec, tradycyjny. Taki, który nie może spokojnie oglądać amerykańskich seriali o pracownikach nowoczesnych laboratoriów kryminalistycznych (bo przecież uczą morderców, żeby nie pluć, nie kichać i rwać włosów z głowy na miejscu zbrodni), który nie uznaje „partnerstwa” w pracy (bo jego podwładni są jego – no właśnie: podwładnymi, a nie kumplami) i który nie ma złudzeń co do efektywności i szybkości pracy polskiej policji. A przy tym – uwaga – nie jest cynicznym, zgorzkniałym podrywaczem po przejściach tylko mniej więcej normalnym, fajnym facetem. Sprawy, którą ma się zająć, nie traktuje jako osobistej zniewagi, rękawicy ciśniętej mu w twarz przez Zło tego świata, ale jako kolejne zadanie do wykonania. A Marek Przygodny wykonuje swoje obowiązki solidnie – niezależnie od tego, czy chodzi o pracę, czy dom. Niestety, kiedy poznajemy naszego bohatera, w jego życiu rodzinnym, a raczej małżeńskim, zaczyna się źle dziać, i chociaż Przygodny nie ucieka przed problemami, to jednak szczerość, uczciwość i dobra wola mogą nie wystarczyć, aby uratować jego małżeństwo.

Od razu polubiłam komisarza Przygodnego, który korzystnie odbija się na tle pozostałych postaci (chociaż do złośliwego doktora Małeckiego mam szczególny sentyment). Nie można powiedzieć, aby inni bohaterowie zostali przedstawieni nieciekawie czy schematycznie, na pewno nie: mamy niepoprawnego playboya Kuriatę, kuriozalny duet policjantów Wójcik&Wojtkiewicz (sympatyczne osiłki żywcem niemal wyjęte z tego starego kawału, że mundurowi chodzą parami, bo jeden umie czytać, a drugi pisać), aspiranta Gajdę, ekscentrycznego dyrektora Denisowskiego… Rzecz w tym, że Przygodny jest tak sympatyczny, rozsądny i odpowiedzialny, że inni po prostu nie mają przy nim szans :-) Takie życie;-)

W powieści kryminalnej, a szczególnie tej tradycyjnej, bardzo ważny jest początek: przy pierwszych stronach uwaga czytelnika skupia się na szczegółach, żeby jak najszybciej wejść w świat przedstawiony – lub z niego czym prędzej wyjść, jeśli okaże się, że autorowi nie udało się go zainteresować. Paweł Pollak zadbał o to, aby początek jego książki był absolutnie olśniewający, zabawny i intrygujący; już po przeczytaniu kilku stron wiedziałam, że muszę skończyć całość jeszcze tego samego wieczora. Reszta książki zdecydowanie nie rozczarowuje i trzyma poziom, ale akcja staje się tak wciągająca, że w pewnym momencie detale i małe stylistyczne perełki zaczynają nam uciekać – powtórna lektura jest jak najbardziej wskazana. Jedyne, co mi odrobinę nie odpowiadało, to fakt, że każdy podejrzany był w pewnym sensie przypisany do innego rejestru i typując zabójcę, trzeba było od razu zdecydować się na konkretny schemat – a ja lubię intrygi, w których wszystkich podejrzanych można spokojnie zamknąć w jednym pokoju i wypisać im numery na plecach jak sprinterom;-)) No ale nie można mieć wszystkiego. Chociaż autor zdecydował się na klasyczny model kryminału, dostosował go do swoich założeń – co oczywiście wyszło mu na dobre. Gdzie mól i rdza to propozycja z jednej strony oryginalna i współczesna, a z drugiej nawiązująca do klasyki gatunku. Jest to lektura lekka, ale napisana bardzo błyskotliwie, między dowcipne dialogi, opisy śledztwa i wciągające sceny akcji autorowi udało się wpleść sporo wnikliwych przemyśleń, które czynią z głównego bohatera postać wielowymiarową i bardzo wiarygodną.

Kilka słów należy się okładce, która od pierwszego wejrzenia zrobiła na mnie duże wrażenie. Jest oszczędna, bardzo wyrazista i świetnie skomponowana. Lekko makabryczna, ale jednocześnie stonowana i sugerująca elegancki dystans do konwencji, którego przecież książce Pawła Pollaka nie brakuje. A uważny czytelnik zauważy, że dyskretne tło stanowi przewrotną podpowiedź, odnoszącą się bezpośrednio do fabuły. Baardzo lubię takie przemyślane, oparte na koncepcie okładki „szyte na miarę”.

Podsumowując, Gdzie mól i rdza to nowość, której nie wolno przegapić. Książka Pawła Pollaka zapewnia kilka godzin dobrej rozrywki w doborowym towarzystwie (chociaż nie wiem, czy rzeczywiście chciałabym stanąć oko w oko z doktorem Małeckim i jego termometrem;-)). A jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego policjanci nie przepadają za pornografią, co może spotkać nieuczciwego recenzenta książek i kto jest najbardziej popularny w szpitalach psychiatrycznych, to też dobrze trafiliście.                

niedziela, 18 marca 2012

Srebrne świnki - Lindsey Davis


Lindsey Davis
Srebrne świnki
tłum. Konrad Majchrzak
Rebis
Poznań 2009

Chociaż detektyw Marek Dydiusz Falko jest plebejuszem, nigdy nie protestował przeciwko kontaktom z wyższymi warstwami rzymskiego społeczeństwa. Kiedy na przykład piękna szesnastolatka wysokiego rodu wpada na niego na Forum Romanum, nasz bohater nie narzeka. Niestety, śliczna panienka nie jest sama – ze złowróżbnym pośpiechem podąża za nią dwóch niesympatycznie wyglądających drabów. Jako że Falko nigdy nie odmawia swej pomocy damie w potrzebie (a zwłaszcza takiej, która będzie mogła mu się stosownie odwdzięczyć), już wkrótce oboje znajdują schronienie w mieszkaniu Marka. Dziewczyna jest bezpieczna. Na razie.
Spotkanie z tą złotowłosą pięknością okaże się dla Marka Dydiusza brzemienne w skutki – tyle że zamiast niezobowiązującego romansu czeka go spotkanie z brutalnym edylem Pertynaksem, pobicie, depresja, uciążliwa podróż do znienawidzonej Brytanii, starcie z pewną bardzo zdecydowaną damą o imieniu Helena, a w końcu niewolnicza praca w kopalni srebra. Nie podnosi go na duchu nawet to, że jego tajemniczy zleceniodawcy, którzy powierzyli mu zadanie zdemaskowania spiskowców planujących zdradę cesarza, być może mu zapłacą (detektywi nie mieli wtedy łatwego życia). Na szczęście w końcu los zaczyna patrzyć przychylnie na Falkona. Na początek nie ginie w więzieniu i nie amputują mu nogi. To już coś. Na koniec zaś nasz bohater stanie przed wyborem, który może odmienić całe jego życie. Pytanie tylko, co w takiej chwili zrobi krnąbrny, niezależny i nieuleczalnie prawy Falko…    
Z Markiem Dydiuszem Falkonem miałam już do czynienia – przy okazji recenzowania Ostatniego aktu w Palmirze (ZwB). Wtedy jednak nie doceniłam w pełni doskonałego cyklu Lindsey Davis i dopiero kiedy sięgnęłam po pierwszy tom serii, Srebrne świnki, odkryłam Marka na nowo.
Okładki, którymi opatrzyło swoją edycję wydawnictwo Rebis, nie zapowiadają wyjątkowej przyjemności, której dostarcza lektura przygód Falkona. Chociaż Davis ukazuje życie w Rzymie za czasów cesarstwa w sposób zupełnie niekonwencjonalny, ilustracje są dziwnie poważne, klasycznie wyciszone – jakbyśmy trzymali w ręce podręcznik do historii. Oczywiście, nie można odmówić autorce dogłębnej wiedzy na temat opisywanych przez nią czasów (jej dociekliwość w oddawaniu szczegółów życia codziennego Rzymian jest wręcz niepokojąca: na pewno nie chcielibyście wiedzieć, czym rzymskie praczki wybielały togi obywateli… ale się dowiecie!), ale to nie historyczna dokładność jest największym atutem serii o Falkonie. To błyskotliwy humor, umiejętność zabawy z oczekiwaniami czytelnika, przewrotność fabuły, całkowicie pozbawione nadęcia, żywe przedstawienie życia w ówczesnym Rzymie i wyraziści bohaterowie sprawiają, że od książek Lindsey Davis nie można się oderwać. Gdyby Falko mógł sam zaprojektować tę okładkę, zapewne w centrum umieściłby skąpo odzianą frygijską tancerkę, wielki dzban wina i… może jeszcze jedną tancerkę. Dla równowagi.
Polski pisarz, autor „starożytnego” kryminału Kiedy Atena odwraca wzrok, Jakub Szamałek, chciał zerwać z drętwymi, stereotypowymi przedstawieniami ludzi czasów antycznych – przekonywał, że to nie było tak, że oni na okrągło rozprawiali o filozofii i wnosili okrzyki w rodzaju „Na bogów!”: „Zamiast rozprawiać o dziełach Fidiasza, woleliby obejrzeć walkę kogutów, dobrze zjeść albo pójść do burdelu!” (źródło: ZwB). W książkach Lindsey Davis bohaterowie wołają co chwilę: „Na Herkulesa!”, „O bogowie!” – na przykład główna bohaterka żeńska, wysoko urodzona senatorska córka Helena Justyna zwykle krzyczy coś w rodzaju: „Na Minerwę i Junonę, Falko, ty draniu!”. Poza tą drobną różnicą w stylu, założenie jest to samo: ukazać starożytnych jako normalnych ludzi, a nie marmurowe posągi. Zarówno Lindsey Davis, jak i naszemu rodzimemu autorowi udaje się to wspaniale.
Mimo świadomości, że mam teraz dużo pilnych zadań, naprawdę trudno było mi odłożyć Srebrne świnki, kiedy już się do nich przyssałam. Nie chodziło nawet o to, że intryga była aż tak wciągająca – po prostu czytanie tej książki sprawiało mi ogromną, nie do końca wytłumaczalną przyjemność. Wspaniale było uciec od napierającej zewsząd rzeczywistości i powłóczyć się z Markiem po szemranych dzielnicach Rzymu. Na szczęście czytało się to bardzo szybko, więc nie miałam aż takich wyrzutów sumienia. A teraz, kiedy już w pełni usatysfakcjonowana zakończyłam lekturę, pozostał tylko jeden problem. Przewidująco kupiłam też drugi tom…       


Okiem edytora: Poza niedopasowaniem okładki do charakteru książki bez zastrzeżeń. Rebis naprawdę pięknie wydaje książki - skład jest prosty i przejrzysty, papier bardzo przyjazny (to lubię, powiadam!).

Okiem redaktora: Bardzo dobry przekład, tłumacz świetnie oddaje wszystkie smaczki stylu autorki - i Falkona!  

niedziela, 19 lutego 2012

Biedny Tom już wystygł - Maureen Jennings


Maureen Jennings
Biedny Tom już wystygł
Oficynka 2011
tłum. Anna Sawicka-Chrapkowicz


Ponury, deszczowy listopad. Detektyw Murdoch, mimo dręczącego bólu zęba (a w tamtych czasach takie dolegliwości kończyły się zwykle kilkoma godzinami krwawych zapasów z dentystą), podejmuje śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci młodego policjanta, Olivera Wickena. Wiele śladów wskazuje na samobójstwo, ale Murdocha dręczą wątpliwości. Coś się tu nie zgadza. Pozostawiona przez Wickena notka sugeruje samobójstwo z miłości, a tymczasem matka młodego konstabla uparcie twierdzi, że Oliver nie spotykał się z nikim. Poza tym, czy gdyby Wicken planował tym dramatycznym gestem zakończyć swe cierpienia, to chwilę przedtem zajadałby kanapki z serem? Z drugiej strony – czy Murdoch w głębi duszy nie życzy sobie, aby okazało się, że lubiany przez niego policjant nie był słabeuszem i grzesznikiem, ale ofiarą morderstwa? Sytuacja komplikuje się, kiedy pojawia się narzeczona Olivera Wickena. Jedna, a potem druga.    

Są takie kryminały, w których bardzo trudno wytypować sprawcę, ponieważ wszyscy potencjalni podejrzani wydają się niesłychanie sympatyczni – w trzecim tomie przygód detektywa Murdocha napotykamy na problem odwrotny: podejrzani są tak odpychający, że nie sposób zdecydować się na jednego z nich. Maureen Jennings użyła sporo czarnych barw, aby przedstawić rodzinę Eakinów: równie trudno polubić seniora rodu Nathaniela, co i pedantycznego i okrutnego Jariusa, wulgarnego Franka, małostkową Augustę i nieporadnego Petera. To właśnie oni wydają się uwikłani w sprawę śmierci młodego policjanta, Olivera Wickena. Swoistym łącznikiem między rodziną Eakinów a Oliverem jest młoda żona Nathaniela – Peg. Z jej perspektywy oglądamy większość zdarzeń i to ona wzbudza najwięcej ciepłych uczuć w czytelniku: samotna kobieta bolejąca po śmierci synka i prześladowana przez zawistnych pasierbów, którzy w końcu doprowadzają do umieszczenia jej w zakładzie dla obłąkanych. Wiemy oczywiście, że dawniej zamknięcie kogoś w takim miejscu było po prostu dobrym sposobem na pozbycie się niewygodnej osoby – a zwłaszcza osoby płci żeńskiej. Wystarczyło oskarżyć kłopotliwą niewiastę o histerię – i siup, lądowała w kaftanie tudzież w wannie zimnej wody. A jeśli nie chciała zażywać tych przyjemności po dobroci i usiłowała się bronić, no cóż, to był tylko kolejny dowód na jej szaleństwo. Rzeczywiście tak było i przedstawienie Peg w roli ofiary powoduje, że natychmiast stajemy po jej stronie. Ale może warto jednak odsunąć uprzedzenia na bok i spojrzeć na tę sprawę z drugiej strony: rodzina Eakinów to naprawdę zbieranina paskudnych typów i rzeczywiście z całego serca chcą pozbyć się nowej młodej żony Nathaniela, ale czy to automatycznie oznacza, że któreś z nich (lub nawet wszyscy, czemu nie!) jest mordercą? Czy ktoś naprawdę usiłuje otruć Peg, czy to tylko jej urojenia? Te pytania zadawać będzie sobie także detektyw Murdoch – a my aż do ostatnich stron nie będziemy pewni, czy Peg jest ofiarą, czy też bardzo sprytną oszustką, której podwinęła się noga.

Mimo iż większość bohaterów książki to typy wybitnie niesympatyczne, kryminał Maureen Jennings czyta się bardzo przyjemnie. Autorka zręcznie żongluje poszczególnymi wątkami, przedstawiając nam fragmenty zagadki w taki sposób, że chociaż wiemy naprawdę sporo (więcej niż sam Murdoch), to jednak rozwiązanie pozostaje nieuchwytne. Książka trzyma w napięciu do ostatnich stron – równie emocjonujące jest to, kto tak naprawdę zabił Wickena, jak to, co stanie się z Peg. Mnie tak naprawdę o wiele bardziej zależało na odpowiedzi na to drugie pytanie i taki był też chyba zamysł autorki, stawiającej na bardziej niekonwencjonalne odmiany powieści detektywistycznej.

Poza ciekawą zagadką i dramatyczną, przejmującą fabułą książki, Maureen Jennings oferuje nam także wspaniały spacer po XIX-wiecznym Toronto (tym milszy, że to Murdoch moknie i marznie, a nie my;-)) i mnóstwo „smaczków z epoki”: kilka egzotycznych scen z życia Chińczyków mieszkających w mieście, wyprawę do domu obłąkanych i garść dentystycznych nowinek. A także kolejną odsłonę sercowych rozterek głównego bohatera. Bogactwo detali i interesujących opisów, bardzo konsekwentnie wykreowany świat dawnego Toronto oraz atrakcyjny sposób narracji sprawiają, że książki Maureen Jennings należą do kryminałów, do których można wracać wielokrotnie.

Okiem redaktora: świetne tłumaczenie – warto odwiedzić bloga Tłumaczki
Okiem edytora: baaardzo lubię tę serię: okładka przyciąga wzrok z drugiego końca księgarni, skrzydełka mają idealną długość, a skład cieszy oko.  

niedziela, 29 stycznia 2012

Zajazd Jerozolima - Martha Grimes





Martha Grimes
Zajazd Jerozolima
WAB, Mroczna Seria
Warszawa 2011
tłum. Grzegorz Sowula


Zdarza się, że spotykając kogoś przypadkowo, mamy dziwne wrażenie, że znamy tę osobę od dawna. Wystarczy tylko uśmiech i kilka słów, żeby poczuć silną więź – mogłoby się wydawać, że oboje tylko udajemy, że się nie znamy, jakby to była jakaś gra. W taki sposób – od nagłego impulsu, nieoczekiwanego przypływu sympatii – zaczyna się wiele przyjaźni.
Coś takiego przydarzyło się również nadinspektorowi Jury’emu, kiedy spacerował na cmentarzu w Washington (hrabstwo Tyne and Wear) i właśnie użalał się nad sobą. Że sam, a Święta idą. Że pada śnieg zmieszany z deszczem. Że wróble się dziobią do krwi. Szło mu coraz lepiej, ale właśnie wtedy zobaczył stojącą nieruchomo przy jakimś nagrobku kobietę, która go zaintrygowała. Otaczała ją odpowiednio gęsta aura smutku, żeby Jury uznał, że jemu samemu nieoczekiwanie poprawia się humor. Zamieniają kilka słów i nieznajomej kobiecie nagle robi się słabo – jakby na zawołanie. Jury ma okazję wykazać się rycerskimi zaletami i już niedługo zasiada w wynajmowanym przez nią (czyli Helen Minton) domu przy szklaneczce whisky. Bez wątpienia coś między nimi iskrzy i nasz bohater z radosnym zdumieniem zdaje sobie sprawę, że w towarzystwie Helen nie plącze mu się język i swobodna rozmowa przychodzi mu bez trudu (nie to co z kapryśną Vivian Rivington, czy emocjonalnie nieuchwytną Jenny). Helen jest piękna, miła, w odpowiednim wieku i najwyraźniej nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przystojny przedstawiciel Scotland Yardu spróbował odpędzić dręczące ją czarne myśli. Umawiają się na następny dzień.
To naprawdę straszny pech, że Helen ginie już w rozdziale drugim.
Na początku nic nie wskazuje na to, że z jej śmiercią było coś nie tak. Tylko Jury uznał, że to jest mocno nie w porządku – bo poczuł się, jakby ukradziono mu obiecany prezent gwiazdkowy. Rozpoczyna dyskretne śledztwo, dowiadując się coraz więcej o Helen. Okazuje się, że ona również bawiła się w detektywa i starała się coś odkryć, wypytując cierpliwie nieszkodliwe starsze panie, miejscowego księdza i ludzi w pubach. A komuś się to bardzo nie spodobało.
Przedstawiciele miejscowej policji, czyli sierżant Cullen i posterunkowy Trimm, patrzą na udział Jury’ego w tej sprawie równie nieprzychylnie co starszy nadinspektor Racer, jego wredny szef. Kiedy jednak wyniki sekcji zwłok wykazują, że Helen została otruta, nikt nie może zaprzeczyć, że w tej sprawie pomoc Jury’ego się przyda.
Mawia się, że policjanci nie miewają wakacji. Najwyraźniej spokojne Święta również zdarzają się im nieczęsto.
Jeśli ktoś szuka w Zajeździe Jerozolima radosnego świątecznego klimatu i podnoszących na duchu opisów ciepła domowego ogniska, oplecionego kolorowymi lampkami, zawiedzie się równie srodze, co cioteczka Agatha, domagająca się, żeby ktoś upiekł jej bożonarodzeniową gęś. Jeżeli natomiast ktoś ma ochotę na świetny kryminał, przyprawiony goryczką i ciemnym ale, dobrze trafił.
Oczywiście w toku opowieści pojawi się Melrose Plant, któremu na dodatek nie uda się tym razem przechytrzyć Agathy, a więc i nią będziemy mogli się nacieszyć. Okaże się między innymi, że obserwowanie ciotki Planta przy grze w karty jest jeszcze bardziej poruszające niż widok Agathy zajadającej się babeczkami. Naprawdę. Poza tym wróci do nas Vivian, tym razem w nieco bardziej zadziornej wersji – niczym jenot, który usiłuje sobie wyrobić pozwolenie na posiadanie broni palnej. Moim ulubionym bohaterem stała się jednak nowa postać: sierżant Roy Cullen, gorący wielbiciel żucia kilku listków gumy jednocześnie i  przeciwnik panów i magnatów. Jak można się domyślić, będzie miał niezły orzech do zgryzienia, kiedy napotka Melrose’a Planta.
W jednym z wywiadów Martha Grimes zdradziła, że często sama długo nie wie, kto zabił. Pisząc, oddaje głos swoim postaciom, i w końcu, jak mówi, coś zaczyna się z tego tworzyć, intryga sama wynika z ich rozmów, gestów, zachowań. Jest to dosyć niezwykła taktyka, która zapewne sprawia, że sama autorka świetnie się bawi przy pracy i może bardziej swobodnie rozwijać poszczególne wątki, zwodząc i siebie, i czytelnika. Jeśli jednak spojrzeć na to z drugiej strony, czytelnikowi również rozwiązanie powinno w którymś momencie zacząć się samo nasuwać. A tego przecież nie chcemy;-) Przyznam, że tym razem udało mi się domyślić, kto zabił – i jestem z siebie strasznie dumna. Nie wiedziałam dlaczego i jak, ale byłam pewna kto od połowy książki. Co wcale nie odebrało mi przyjemności lektury, ponieważ pytanie dlaczego jest oczywiście o wiele bardziej frapujące – ostatnie rozdziały przynoszą wiele nieoczekiwanych rewelacji.
Gdybym miała oceniać Zajazd Jerozolima na tle wcześniejszych czterech tomów, to podobał mi się o wiele bardziej niż Pod Zawianym Kaczorem, ale jednak mniej niż Pod Anodynowym Naszyjnikiem, który pozostaje moim numerem jeden i perełką wśród perełek. W tomie piątym Martha Grimes niezaprzeczalnie trzyma poziom: Melrose jest cudownie ironiczny, Jury niezmiennie czarujący, cioteczka Agatha niepoprawna – a intryga przyjemnie zagmatwana. Brakowało mi trochę silnych postaci na drugim planie: Beatrice Sleight, lady St. Leger czy państwo Seaingham jakoś do mnie nie przemawiali, natomiast plan trzeci prezentował się naprawdę wybornie: mój ulubiony sierżant Cullen (szczególnie ujęła mnie scena z odbieraniem płaszczy), stara panna Dunsany o błękitnych oczach, rudowłosa Nell Pond – już dla samych opisów tych postaci warto sięgnąć po tę książkę. Martha Grimes ma niezwykły dar celnego portretowania swoich bohaterów: jednym zdaniem potrafi wzbudzić w czytelniku gorącą sympatię lub wywołać pobłażliwie ironiczny uśmieszek. Jej zamiłowanie do detali i ulotnych wrażeń jest na pewno jednym z wyznaczników tej mocnej, wyrazistej i smakowitej prozy.
Zdecydowanie nie zawiodłam się na Zajeździe Jerozolima i niecierpliwie czekam na tom szósty – Help the Poor Struggler.               

Okiem edytora: bardzo spodobał mi się świąteczny akcent – subtelne srebro na okładce. Naprawdę patrzę z wielką przyjemnością na tomy tej serii stojące na mojej półce.
Okiem redaktora: wszystko pięknie, ale chyba pod koniec rozdziału dwudziestego szóstego komuś przydarzyła się mała drzemka. Bardzo podobały mi się przypisy i próba oddania akcentu z Północy.

środa, 25 stycznia 2012

Pod Huncwotem - Martha Grimes

Martha Grimes
Pod Huncwotem
Warszawa 2008
WAB, Mroczna Seria
tłum. Agnieszka Andrzejewska

Moja gospodyni, jak pani się miewa?
Co z czystą Cicely, gdzie Prue się podziewa?
Gdzież jest ta wdowa, co mieszkała na dole?
Gdzie chłopiec stajenny, co śpiewał w stodole?

Ach, sir, niech ja umrę lub niech pójdę siedzieć,
Jeśli wiem, na które z pytań najpierw odpowiedzieć.
Od kiedyś wyjechał, wszystko się zmieniło:
Prue dobrym ludziom dziecię podrzuciła,
Stajenny dawno wisi, za mąż wyszła wdowa,
Cicely z sakwą gościa uciekła bez słowa.

Zwykle czytamy motto przydane książce przez autora dość nieuważnie i zapominamy o nim już na następnej stronie, kiedy zaczynamy czytać właściwą treść. Mnie się tym razem ten chwalebny wyczyn nie udał i te dwie zwrotki autorstwa Matthew Priora (bardzo ciekawa postać, swoją drogą) ciągle chodziły mi po głowie podczas lektury pierwszego tomu z serii o Richardzie Jurym, tak jakby ktoś wygrywał ten rytm na cymbałkach. Na pewno wśród rozmaitych rozgałęzień nauk o literaturze znajdzie się jakaś mottologia;-) (albo może wśród kłączy językoznawstwa – w końcu problemem pseudonimów przybieranych przez pisarzy zajmuje się onomastyka) i według mnie motto Pod Huncwotem należałoby skrupulatnie przebadać pod kątem idealnej przystawalności do treści książki.
Naprawdę trudno uwierzyć, że pierwszy tom serii o Jurym jest debiutem Marthy Grimes – postaci, klimat i intryga są tu już dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. To tutaj po raz pierwszy spotykamy Melrose’a Planta i jego nieznośną cioteczkę Agathę, wiecznie pociągającego nosem Wigginsa, Vivian Rivington – i oczywiście Richarda Jury’ego. Dowiemy się też sporo o angielskich pubach i ich specyficznym nazewnictwie – co w kontekście tytułów kolejnych tomów z tej serii jest dosyć ważne, a przede wszystkim naprawdę ciekawe.
Bardzo podoba mi się, że Martha Grimes od samego początku nie żałuje sobie trupów i spektakularnych morderstw: najpierw tajemniczy morderca zostawia ciało pierwszej ofiary z głową w beczce piwa w piwnicy pubu „Pod Huncwotem”, potem zawiesza drugiego trupa na belce przy szyldzie pubu „Pod Jackiem i Młotem”, a następnie udaje się do pubu „Pod Łabędziem”…  A to jeszcze nie wszystko – możemy się spodziewać prawdziwego wysypu interesujących trupów. Zwykle nie jestem aż tak krwiożercza, ale tym razem ten urodzaj wydawał mi się uzasadniony. 
Jak to w książkach Marthy Grimes bywa, kolejne postaci są wprowadzane na rozmaite sposoby – o niektórych możemy sobie dość szybko wyrobić zdanie (co nie znaczy, że będziemy mieć rację, oczywiście), zaś inni przez dłuższy czas pozostają jakby niedookreśleni i na koniec możemy spodziewać się niespodzianek. Najbardziej tajemnicza jest na pewno Vivian Rivington – jej motywacje, wybory i cele wydają się nie do końca znane nawet jej samej. Oczywiście solidarnie z Jurym od razu poczułam do niej sympatię, nie zważając na konsekwencje takich słabości do danej postaci.
Już w pierwszym tomie serii pojawia się stale występujący motyw dzieci – tym razem mamy ich aż dwójkę, w tym jedno pozostaje do końca bezimienne. Bardzo mi się podoba ten znak firmowy Marthy Grimes, a to, że Jury lubi dzieci i umie się z nimi dogadać, jeszcze bardziej mnie utwierdza w życzliwości dla niego.
Jedynym mankamentem Huncwota (tak na marginesie, strasznie mi się podoba przekład tytułu oryginalnego: The Man with a Load of Mischief!) jest to, że można się domyślić, kto zabił. Nie mówię, że domyśli się każdy czytelnik i to już po pierwszych kliku rozdziałach, ale ogólnie da się to zrobić. Na pewno warto spróbować! :-)    

Pod Anodynowym Naszyjnikiem - Martha Grimes





Martha Grimes
Pod Anodynowym Naszyjnikiem
Warszawa 2009
WAB, Mroczna Seria
tłum. Anna Bartkowicz



Solennie obiecywałam sobie, że w każdym kryminale z serii o Richardzie Jurym znajdę jedną rzecz, która mi się nie podoba. Tym razem się nie udało.

Inspektor Jury w brutalny sposób zostaje pozbawiony przyjemności odwiedzenia Melrose’a Planta w Ardry End i oddelegowany do sprawy morderstwa w Littlebourne, Hertfordshire. Jego niezniszczalny, niezawodny, nieznośny zwierzchnik, nadinspektor Racer, zaszczyca go telefonem kwadrans po siódmej w sobotę rano i żąda, żeby Jury natychmiast znalazł mu w owej mieścinie trupa i mordercę. Otóż niejaka panna Craigie przed sklepem w Littlebourne zauważyła, że jakiś piesek niesie w pysku ludzki palec… Czy to pewno morderstwo? – pyta bardzo rozsądnie Jury. No właśnie. My wiemy już od czasów van Dine’a, że morderstwo nam się należy, a im bardziej trup zwłokowaty, tym lepiej  (zasada nr 7: There simply must be a corpse in a detective novel, and the deader the corpse the better. No lesser crime than murder will suffice. Three hundred pages is far too much pother for a crime other than murder. After all, the reader's trouble and expenditure of energy must be rewarded), ale przecież Racer nie zdaje sobie sprawy, że jest bohaterem powieści detektywistycznej (chociaż… kto wie?;-)) Wszak dużo łatwiej o odcięte palce (zwłaszcza na terenach wiejskich) niż całe trupy, choćby i rozczłonkowane. Dlaczego niby miałoby to być morderstwo? „Posłuchajcie mnie uważnie, to wam powiem. […] Życie policjanta jest ciężkie” mówi Racer. Czyli: weź nie marudź, Jury, tylko jazda mi po tego trupa. Co najbardziej irytujące – Racer ma rację.
Jury udaje się chcąc, niechcąc do Littlebourne i już wkrótce poznaje dość ekscentrycznych mieszkańców tego miasteczka, między innymi roztrzepaną pisarkę kryminałów Polly Praed, nieznośną rodzinkę Bodenheimów (miejscowych snobów), dziesięcioletnią Emily Louise Park, dziewczynkę, która dobrze wie, czego chce od życia, Ernestine i Augustę Craigie, dwie stare panny (powiedzmy, szczególna wersja sióstr rozważnej i romantycznej;-)) i piękną Ramonę Wey. Pojawia się też wreszcie trup, czy raczej reszta trupa: w pobliskim lesie zostaje odnalezione ciało niejakiej Cory Binns. A na koniec przyjeżdża Melrose Plant.
Richard Jury rozpoczyna śledztwo i dość szybko zdaje sobie sprawę, że znalezienie mordercy nie będzie łatwe. Czy zabójstwo Cory Binns ma coś wspólnego z atakiem na Katie O’Brien, którą ktoś napadł na stacji londyńskiego metra, lub z tajemnicznymi anonimami, jakie otrzymali niektórzy mieszkańcy Littlebourne? A może kluczem do rozwiązania tej sprawy jest zaginiony klejnot lady Kennington? Richard Jury i tym razem nie zawiedzie! 
Co stanowi o tym, że kryminał jest naprawdę dobry? To pytanie zadawałam sobie przez cały czas, gdy czytałam Pod Anodynowym Naszyjnikiem. Jeśli wyznacznikami są przede wszystkim świetnie naszkicowani bohaterowie, sprytna intryga o zaskakującym rozwiązaniu, oryginalny styl, odpowiednio odmierzone proporcje ironii, melancholii i dramatyzmu, to trzeci tom serii o Richardzie Jurym jest kryminałem idealnym.
Jestem teraz po lekturze czterech części serii i wydaje mi się, że właśnie w Anodynowym Naszyjniku autorce udało się stworzyć najciekawszą galerię postaci. Sama już nie wiem, czy bardziej podoba mi się złośliwy opis rodziny Bodenheimów czy przewrotne przedstawienie sympatycznej Polly Praed. Chyba jednak opowiem się po stronie tego ostatniego, bo naprawdę ubawiły mnie moje własne reakcje. Na początku wyobraziłam sobie, że Polly jako lekko zbzikowana autorka kryminałów jest kimś w rodzaju Adriany Oliver znanej z książek Agathy Christie (która zawsze mnie lekko przerażała, niczym nielubiana ciotka pojawiająca się niepodziewanie w drzwiach mieszkania)  – i dopiero w momencie, gdy Melrose poczuł się nią oczarowany, zrozumiałam, ile ta niepozorna okularnica ma w sobie uroku i bezpretensjonalnego wdzięku. Bardzo spodobało mi się również małżeństwo Ashleya i Białej Ellie – po zawarciu tej znajomości już nigdy nie spojrzycie na smażone ziemniaczki tak jak kiedyś;-)
Przyznaję, że do końca nie domyślałam się, kto jest mordercą – a naprawdę próbowałam. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, więc postanowiłam, że przynajmniej odgadnę płeć mordercy. No i wiecie co? Martha Grimes znowu wpuściła mnie w maliny aż miło!
Bywa tak, że kryminał posiada wszelkie niezbędne składniki świetnej książki, ale gdy je dodać do siebie, efekt mimo wszystko nie zwala z nóg. A Pod Anodynowym Naszyjnikiem ma w sobie to COŚ. Trudno to coś zdefiniować, bo chodzi po prostu o talent Marthy Grimes i jej niepowtarzalny styl, ale na pewno składa się na nie osobowość głównego bohatera (tym razem wczytałam się uważniej w opisy i dowiedziałam się, że Richard Jury jest „bardzo przystojny”, a Melrose Plant „niemal przystojny” – czyżby to był najważniejszy powód, dla którego moja sympatia zawsze będzie po stronie tego pierwszego? No nie może być!;-))  oraz charakterystyczna nierytmiczność prozy Grimes. Akcja jej książek toczy się w angielskich wioskach, angielskich miastach i miasteczkach, angielskich pubach, angielskich kawiarniach i angielskich posiadłościach – autorka wkracza świadomie w mityczną przestrzeń typowo angielskiego kryminału z tzw. złotego okresu, ale nigdy nie popada w banalne naśladownictwo klasyków powieści detektywistycznej ani nie nadużywa ostrza parodii i autoironii. Martha Grimes gra ze stereotypami „angielskości” w sposób bardzo subtelny, nigdy nie przekraczając granicy dobrego smaku. Myślę, że przychodzi jej to łatwiej dlatego, że sama nie pochodzi z Anglii, a z odpowiedniego oddalenia pewne rzeczy można lepiej uchwycić i zręczniej przedstawić. To trochę tak, jakby autorka brzdąkała jakąś popularną melodię, której słuchamy z lekkim pobłażaniem, ale i prawdziwą przyjemnością (tak, tak, te straszne zbrodnie w cichych angielskich wioskach). A potem – kiedy już wiemy, jaki powinien być następny akord – nagle zmienia rytm i z kpiącym uśmieszkiem przedstawia swoją własną, oryginalną opowieść. A my możemy się tylko zaśmiać i podążyć za nią z nowym zainteresowaniem, wyczekując kolejnych atrakcji.
Z tą potraktowaną z odpowiednim dystansem, nierytmiczną „angielskością” współgra nastrój melancholii, którym podszyte są zabawne i dość lekkie książki Marthy Grimes. Autorka nie stara się za wszelką cenę zrobić z inspektora Jury smutasa, rozważającego w nieskończoność udręki samotności czy tragedie egzystencji – i całe szczęście. Jego refleksje bywają niewesołe, ale na pewno nie są przytłaczająco ponure. Przed popadaniem w nadmierne tragizowanie ratuje te książki subtelność przedstawienia atmosfery nostalgii otaczającej Jury’ego. Jego relacje z innymi – te ważne i szczególne – pełne są niedopowiedzeń, milczenia i nieokreślonego oczekiwania. Dlaczego tak niespodziewanie i mocno przywiązał się do Jenny Kennington? Nie wiadomo. Ale ja – tak jak i Jury – wiążę z tym pewne nadzieje :-)
Podsumowując, Pod Anodynowym Naszyjnikiem to perełka wśród perełek, i dokładnie to, co tygryski lubią najbardziej. Jeśli ktoś dotąd nie przekonał się do książek Marthy Grimes, powinien sięgnąć właśnie po ten tom - i zakochać się bez reszty :-)

wtorek, 6 września 2011

Pod Zawianym Kaczorem - Martha Grimes

Martha Grimes
Pod Zawianym Kaczorem
tłum. Anna Jarzębowska
W.A.B.
Warszawa 2010

Dzięki ostremu zapaleniu gardła kolejny tom Marthy Grimes został przeze mnie uroczyście pochłonięty.
Pod Zawianym Kaczorem to czwarta część cyklu o Richardzie Jurym – po przeczytaniu jej zdałam sobie sprawę, że nie ma co „skakać” po tomach: trzeba zacząć po Bożemu, od Huncwota, i potulnie posuwać się do przodu. Oczywiście każda część funkcjonuje osobno jako samodzielna zagadka, ale czytając byle jak, traci się spójność wątków innego rzędu, mianowicie historii Jury’ego i Planta. Na przykład w Kaczorze pojawiają się dwie młode damy, które nie są obojętne żadnemu z tych panów, ale co ich łączy i jak to się zaczęło? – o tym najwyraźniej można się dowiedzieć z tomu Pod Anodynowym Naszyjnikiem. Najwyraźniej będę Zmuszona go przeczytać. Oh oh;-))

Pod Zawianym Kaczorem to tom Szekspirowski – czy raczej: elżbietański. Richard Jury – niechętnie, bo niechętnie, ale jednak – podejmie się rozwiązania sprawy dość brutalnych morderstw dokonanych na amerykańskich turystkach napadniętych w Stratfordzie. Sprawca, osobnik o wyraźnie chirurgicznym zacięciu (brr! krwawo jest…), zostawia na ciałach swych ofiar kartki z wersetami wiersza. I – jak zauważa ponuro Jury – nie wiadomo, jak długi jest ten wiersz… Wydaje się, że pomiędzy zamordowanymi kobietami nie można znaleźć żadnego związku poza tym, że były uczestniczkami tej samej wycieczki. Zupełnie też nie pasuje do sprawy morderstw zaginięcie małego chłopca – również zwiedzającego rodzinne miasto Szekspira z amerykańską wycieczką. Śledztwo idzie bardzo opornie i Jury wydaje się pozbawiony entuzjazmu (zwłaszcza, że jego „ulubiony szef” krzywo patrzy na jego udział w dochodzeniu), ale jednak nie rezygnuje. Jak zwykle pomaga mu Melrose Plant, ale to nie jego wsparcie sprawia, że Jury się nie poddaje. No tak – oczywiście chodzi o jakąś spódniczkę. Ma na imię Penny – i czternaście lat.

Martha Grimes zapewniła Penny świetne wejście, umieszczając ją na tle dwóch pretensjonalnych i dość wulgarnych bab oraz przedstawiając bardzo ujmujący opis owej dziewczynki. Ja też, tak jak Jury, od razu polubiłam Penny – a jak wiemy, w kryminałach to dość niebezpieczne, bo może się okazać, że nasz ulubiony bohater będzie następną ofiarą albo okrutnym mordercą (nie wiadomo, co gorsze!). Tak czy inaczej – Richard Jury postanowił odszukać zaginionego brata Penny, a do tego konieczne było rozplątanie wszystkich wątków tej zagmatwanej sprawy…

Po lekturze Kaczora utwierdziłam się w mojej sympatii dla Marthy Grimes i słabości dla Jury’ego. Oczywiście, Plant też jest niczego sobie i to właściwie on jest typem idealnego detektywa-dziwaka, ale… No właśnie. Ładnie ujął to recenzent z New York Times Book Review: „Although Plant is man enough to face the implications of this sad story, it’s good to have Jury around at the end” (z recenzji tomu The Larmona Wink). Ha! Powiedziałabym, że Zawsze dobrze jest mieć przy sobie Jury’ego! Jego (zupełnie nie kobieca) wrażliwość oraz spowijająca go aura pełnego ciepłej rezygnacji smutku sprawia, że czytelniczki… ekhem, czytelnicy z ufnością obserwują wszystkie jego poczynania, pewni, że kto jak kto, ale Jury rozwiąże tę sprawę. A Melrose? Cóż, ma o wiele więcej wdzięku i być może jest nawet bardziej błyskotliwy, ale… Różnica jest taka, jak między rorokowym fotelem na giętych nóżkach a solidnym dębowym krzesłem. Za dużo złoceń. Jeśli mam wybierać, wolę bezpretensjonalny, budzący zaufanie ciemny dąb. Jedną z przyjemności, jaką daje lektura książek Marthy Grimes, jest to, że można sobie snuć takie niewinne rozważania i z ciężkim sercem, ale zdecydowanie odrzucać awanse Planta na korzyść Jury’ego. Niechaj nie zapomina, że jest tylko pomocnikiem. To cykl o Richardzie Jurym, jasne?;-))

Zanosi się na to, że przy każdej pochwalnej recenzji książki Grimes będę się czepiać jednej, wybranej rzeczy. Ostatnio były natrętne porównania. Tym razem nie spodobało mi się wtłaczanie do książki na siłę motywów Szekspirowskich. Długie przemowy Harvey’a Schoenberga szczerze mnie znudziły i chyba tylko wyjątkowo zaciekły pasjonat biografii Szekspira znalazłby w nich upodobanie. Ja wiem, że Stratford, że Królewski Teatr Szekspirowski itd., ale chyba można takie smaczki wprowadzać nieco bardziej subtelnie?

Tak więc następny w kolejce jest tom Pod Huncwotem. Jestem pewna, że znajdę tam jedną rzecz, która mnie zirytuje. Ale może będę się musiała postarać…

czwartek, 25 sierpnia 2011

Pod Przechytrzonym Lisem - Martha Grimes






Martha Grimes
Pod Przechytrzonym Lisem
tłum. Anna Bartkowicz
W.A.B.
Warszawa 2008


Gdzie detektywów trzech...


W dość ponurym miasteczku Rackmoor dochodzi do tajemniczej zbrodni. Pewnej styczniowej nocy strażnik znajduje zadźganą młodą kobietę, która wracała z balu przebierańców. Nie wiadomo, czym zadano jej śmiertelne rany – a przede wszystkim nie wiadomo, kim tak naprawdę była ofiara. Podawała się (oczywiście za życia;-)) za Gemmę Temple, ale jednocześnie twierdziła, że tak naprawdę jest zaginioną Dillys March, wychowanicą cieszącego się w okolicy ogromnym poważaniem sir Titusa Craela. Ażeby jeszcze bardziej pogmatwać sytuację, jedna z mieszkanek Rackmoor twierdzi, że to na nią, a nie na Gemmę czyhał morderca…

Do rozwiązania sprawy zabiera się dziarsko aż trzech detektywów: Ian Harkins, miejscowy policjant o dość trudnym charakterze, Melrose Plant, ekscentryczny gentleman, który „zrzekł się swojego tytułu, ale ciągle mu go zwracają” i oczywiście inspektor Richard Jury, nasz główny bohater. Nie koniec na tym – do grona detektywów chce koniecznie dołączyć także Agatha, wścibska i żarłoczna ciotka Planta, ale na szczęście tym razem udaje się ją unieszkodliwić.

Wydawałoby się, że skoro sprawą zajmują się trzy tęgie umysły, morderca powinien szybko znaleźć się za kratkami. Niekoniecznie dzięki zgodnej współpracy detektywów – właściwie nawet bardziej prawdopodobne, by każdy z nich chciał rozwikłać zagadkę morderstwa niejako na złość pozostałym… Tymczasem tajemnica śmierci Gemmy Temple (lub Dillys March) pozostaje nierozwiązana – nawet Jury’ego zawodzi intuicja: nie tyle nie może się zdecydować, kto jest najbardziej podejrzany, ile wydaje mu się, że żaden z kandydatów nie przedstawia się specjalnie obiecująco. Inspektor jest jednak pewny, że klucz do zagadki leży w tragicznej przeszłości domowników rodu Craelów…

Chociaż pochwalne peany na cześć Marthy Grimes wydawały mi się nieco przesadzone („Grimes nie jest drugą Dorothy Sayers. Nie jest drugą Agathą Christie. Jest lepsza od nich obu”…hmm), sięgając po Pod Przechytrzonym Lisem (czyli drugi tom o Richardzie Jury’m), byłam nastawiona przychylnie zarówno autorki, jak i głównego bohatera. I nie zawiodłam się. Rzeczywiście jest do świetny kryminał w stylu literatury kominkowej, takie świeże spojrzenie na klasyczną intrygę. Uwielbiam śledztwa prowadzone w zimowej aurze, zamarznięte wrzosowiska, klify i zimne morskie fale, polowania, mgły, stare arystokratyczne rody pełne czarnych owiec, rodzinne tajemnice… Od razu też zaprzyjaźniłam się z głównym bohaterem, być może dlatego, że nie stara się na siłę być wyjątkowy. Ale taki właśnie jest. Wszak przystojnych, inteligentnych, wysokich i nieżonatych mężczyzn po czterdziestce to ze świecą szukać!;-) Do tego intryga prowadzona jest tak umiejętnie, że czytelnik nie błądzi po manowcach, ale idzie krok w krok z Jury’m. To lubię, powiadam, to lubię!

Jedyne, co mi się w tym kryminale nie podobało, to styl. Martha Grimes pisze świetnie, muszę to przyznać, ale niektóre porównania wydawały mi się strasznie wydumane. Irytowała mnie zwłaszcza predylekcja do nieuzasadnionych (jak mi się zdaje) skojarzeń ze sferą seksualną, utratą dziewictwa itd. „Objęła się ramionami, zakrywając piersi tym bezwiednym gestem, którym kobiety bronią się przed gwałtem” – ni stąd ni zowąd nagle pojawia się taki opis, który nijak się nie odnosi do żadnego wymiaru prowadzonej właśnie rozmowy. Nie wiem, czy to jakiś świadomy zabieg, który miał dodać nieco „męskości” stylowi autorki – czy też po prostu się czepiam;-) Styl jest oczywiście sprawą gustu i chociaż ja mam tu swoje drobne zastrzeżenia, nie sprawiło to, że zniechęciłam się do książek Marthy Grimes. Wręcz przeciwnie, nie mogę się doczekać, kiedy zacznę czytać następny tom, żeby móc się nad nim należycie zirytować… A jakby tak przeczytać od razu dwa następne, jeden po drugim! Mmm :-)

niedziela, 12 czerwca 2011

Córka kata - Oliver Poetzsch


Oliver Pötzsch
Córka kata
tłum. Edyta Panek
Wydawnictwo Esprit
Kraków 2011


Kat detektywem? Jest to pomysł na tyle oryginalny, że warto przyjrzeć mu się bliżej. W pierwszej chwili może się nam to wręcz wydawać chwytem… hm, naciąganym. Kat wszak – jak wszyscy wiemy – należy do tych dwuwymiarowych, czarnych charakterów, których zadaniem jest w kulminacyjnej scenie filmu lub książki machnąć ze stęknięciem toporem lub ze złośliwym rechotem wykopać komuś stołek spod nóg. Ewentualnie powinien zostać chytrze pokonany przez wesołą drużynę Robin Hooda ku uciesze dam dworu i potem gryźć palce z rozczarowania. (Przychodzą mi co prawda dwa, dość odległe od siebie, skojarzenia, jeśli chodzi o wyjątki od tej reguły: kat Capoche z Królowej Margot i Daniel One Drop Trooper z Pratchettowego Going Postal… ale zasada pozostaje w mocy!;-))    

Zacznijmy więc od tego, że Jakub Kuisl nie jest tępym gburem. Poza tym posiada kilka innych bardzo „niekatowskich” cech: ponadprzeciętną inteligencję, wyrazistą osobowość i własne zdanie. I właśnie dlatego bywa katem… niewygodnym. Od posępnej postaci w czarnym kapturze wymaga się wykonywania rozkazów – po prostu. Nie oczekuje się od niej zadawania pytań i dywagacji na temat natury sprawiedliwości. Kat jest sługą Miasta – kiedy zaczyna myśleć samodzielnie, w oczach Miasta (czyli konkretnie pisarza sądowego Lechnera) wygląda to trochę tak, jakby śruby do miażdżenia kciuków założyły nagle związek zawodowy.

Rozważmy teraz plusy bycia katem-detektywem. Przede wszystkim kat ma dostęp do informacji, ponieważ z natury rzeczy jest obecny przy przesłuchaniach. A nawet ma przewagę nad przesłuchującymi: niejako opiekuje się więźniami, więc może usłyszeć więcej – i to bez świadków. Może również (w pewnym zakresie) wpływać na ich stan: słynne mikstury mistrza Kuisla mogą dać nieszczęsnym skazanym zapomnienie i ucieczkę od bólu… ale wystarczy drobna pomyłka, by posłały ich prosto na drugą stronę (z punktu widzenia Miasta: przedwcześnie). W śledztwie bardzo przydaje się również wiedza medyczna (kaci byli w tych czasach też znachorami, niejednokrotnie bardziej uczonymi niż „oficjalni” medycy). A także złośliwie dobra pamięć, jeśli chodzi o krępujące dolegliwości, z jakimi przychodził do niego ten czy ów mieszczanin. Niedbale rzucona w mieszanym towarzystwie aluzja okazuje się niekiedy decydującym argumentem w społecznej próbie sił… Chociaż argument siły bywa również przekonujący: kat do ułomków nie należy. 
I na koniec wreszcie – nikt raczej nie wchodzi katu w drogę. Jeśli jakiś mieszczanin spotka Jakuba Kuisla węszącego w ciemnej uliczce, raczej nie będzie żądał wyjaśnień. Mieszczanin rozsądny i obyty w świecie ostrożnie skinie mu głową i szybko zajmie się swoimi sprawami. Mieszczanin prosty i rozsądny po prostu weźmie nogi za pas.

Rozważmy minusy bycia katem-detektywem. Cóż… Nie da się ukryć, że kat rzadko bywa lwem salonów i duszą towarzystwa. Inaczej mówiąc: nikt nie chce z nim gadać. Co – jeśli się chce prowadzić śledztwo – może być niejakim utrudnieniem. Niektórych można po prostu zastraszyć lub przechytrzyć, ale trudno mieć nadzieję, że komuś wymknie się jakaś istotna uwaga podczas niezobowiązującej konwersacji. Rozmowy z katem zwykle mają charakter oficjalny, a jego rozmówcy pozostają bardzo skupieni (na przykład na liczbie swoich kończyn). Jeśli ktoś z katem rozmawia jak równy z równym lub bez lęku, to zwykle ten, kto wydaje mu rozkazy. Tak, to kolejny minus – kat jest odpowiedzialny przed Miastem i mimo że może próbować rozmaicie naginać granice swoich uprawnień, jego działania na dłuższą metę nie pozostają niezauważone. Jest, jakby na to nie spojrzeć, osobą publiczną i wszyscy wiedzą, gdzie mieszka – on i jego rodzina. Można przywołać go do porządku. I Lechner próbuje.   

Wady sytuacji kata-detektywa prowadzą w naturalny sposób do stworzenia sojuszu – Jakub Kuisl wybiera sobie na partnera Simona, miejskiego medyka. Simon cieszy się w miasteczku szacunkiem, a jednocześnie pozostaje postacią drugoplanową jako syn starszego lekarza – ludzie mimo wszystko nie traktują go do końca poważnie. Posiada też urok osobisty, działający bez pudła zwłaszcza na przedstawicielki płci pięknej. Nie pozostaje na niego obojętna również córka kata, Magdalena – mądra i atrakcyjna dziewczyna z charakterkiem. Magdalena postanawia dołączyć do grupy detektywów ku początkowej irytacji swojego ojca, który teraz będzie miał na głowie jeszcze troskę o jej bezpieczeństwo. A Magdalena nie ma nic przeciwko igraniu z ogniem i jest równie uparta jak jej ojciec.

W powieści Olivera Pötzscha mamy zatem niezwykłe trio detektywów: kata, który zadaje za dużo pytań, młodego medyka, którego miłość do ksiąg popycha do czynów bardziej odważnych niż te, które leżą w jego naturze, oraz niepokorną dziewczynę, która wbrew wszystkim chce pokierować swoim losem. Aby poznać prawdę, wszyscy troje kładą na szali swoje bezpieczeństwo, a może nawet i życie. Nie wiedzą, o co toczy się ta dziwna gra, w którą zamieszani są zarówno przedstawiciele elity, jak i pozostający poza nawiasem społeczeństwa żołnierze-maruderzy, ale chcą grać do końca. Tymczasem okaże się, że najważniejszy trop prowadzi donikąd…

Zobaczcie sami, jak sprawdzi się w roli detektywa kat z bawarskiego Schongau.  
Polecam!

Zatrute ciasteczko - Alan Bradley



Alan Bradley
Zatrute ciasteczko
tłum. Jędrzej Polak
Wydawnictwo Vesper
Poznań 2009

W książkach dobre porównania są jak wisienka na torcie. A czasami jak trzy brzoskwinie, mango, kiść winogron i ananas w całości. Słowem – MOŻNA przesadzić. Kiedyś wydawało mi się, że wręcz przeciwnie: im więcej, tym weselej, i byłam gorącą fanką porównań w stylu Pratchetta – piętrowych i dosadnie komicznych.
A potem przeczytałam Zatrute ciasteczko Alana Bradleya. Trafiłam na tę książkę nie do końca przypadkiem – jeszcze zanim wpadła w moje chciwe ręce, wiedziałam, że mi się spodoba. Coś jak miłość przed pierwszym wejrzeniem; jeśli chodzi o książki, zdarza się dość często.   

W debiutanckiej opowieści Bradleya o przygodach Flawii de Luce urzeka wiele rzeczy – dbałość o detale, bogactwo i swoboda stylu, bohaterowie, dobrze „wymierzone”, zmienne tempo akcji… Mnie najbardziej urzekły porównania. Tekst nie jest nimi przeładowany i nie narzucają się nachalnie czytelnikowi, ale dzięki nim całość zyskuje zupełnie nową jakość. Jeśli miałabym je do czegoś porównać (a nie zawaham się tego zrobić, oczywiście) porównałabym je do biżuterii eleganckiej wiktoriańskiej damy – subtelny błysk starego srebra, dyskretny umiar, harmonia dobrego smaku. Zachwyca mnie przede wszystkim ich Adekwatność.

Zwykle (powiedzmy: w codziennych rozmowach) używamy porównania, aby przybliżyć lub wytłumaczyć coś, odnosząc się do czegoś innego. Z założenia najlepiej powinny się sprawdzać porównania „dalekie” – jeśli ktoś nie ma pojęcia o mechanice, zagadnienie konstrukcji sworznia wahacza najlepiej przedstawić mu, przenosząc je na grunt dobrze mu znany, np. w dziedzinę muzyki klasycznej (chciałabym to zobaczyć, swoją drogą). Tymczasem Flawia, narratorka powieści, aby wyjaśnić jakieś zjawisko, dotyczące jej życia lub otoczenia, używa z upodobaniem rekwizytów przynależących do jej świata. Ta stylizacyjna konsekwencja sprawia, że świat Flawii – wspaniały świat, w którym każde dziecko zna na pamięć operetki Gilberta i Sullivana, telefonów używa się tylko wtedy, gdy to naprawdę konieczne, a jedenastoletnie dziewczynki mogą władać antycznym laboratorium i pisywać do królów – staje się bardziej wyrazisty, sugestywny, a jednocześnie bardziej zamknięty i odległy. Bardzo niechętnie podam jeden przykład (niechętnie, ponieważ wyrywanie porównań z szerokiego kontekstu pozbawia je połowy uroku, który polega przede wszystkim na finezji ich wkomponowania w tekst):   

Wciągnęła gwałtownie powietrze. Jej oblicze poczerwieniało, a następnie poszarzało, jakby ogarnął je spopielający płomień. Wyjęła z rękawa koronkową chusteczkę, ścisnęła ją, a potem przyłożyła do ust. Siedziała tak długą chwilę, kołysząc się na krześle, gryząc koronki, jak osiemnastowieczny marynarz, któremu amputują nogę poniżej kolana (s. 72).

*

Druga część przygód Flawii de Luce i jej ekscentrycznej rodziny, Badyl na katowski topór, nie rozczarowuje czytelnika, ale mnie osobiście bardziej przypadł do gustu pierwszy tom – może dlatego, że zawsze lubiłam początki. Przyglądanie się jak zdanie po zdaniu (i porównianie po porównaniu) powstaje świat Buckshaw, jak ożywają irytujące siostrzyce Flawii (niemal równie irytujące jak sama Flawia) Dafne i Ofelia, jak nagle z nicości wyłania się niesłychanie realistyczna gospoda Trzynaście Kaczorów, wiekowy kościół św. Tankreda i polne ścieżki, po której nasza bohaterka mknie na swoim wiernym jednośladzie (płci żeńskiej) – to naprawdę ogromna, wręcz magiczna przyjemność. Świat Zatrutego ciasteczka stworzono z rozmachem i z dbałością o szczegóły. Jest to świat dopięty na ostatni guzik – wszystko w komplecie i na swoim miejscu (tak, znowu myślę tu o porównaniach). Z drugiej strony na pewno nie jest to książka idealna – i właśnie dlatego szczerze się do niej przywiązałam. 


Okiem edytora:
Bardzo poręczny format, szczodre marginesy, ciekawa, acz czytelna czcionka o dość nietypowym kolorze. Okładka bardzo zachęcająca.

Okiem redaktora:
Świetne tłumaczenie (no, nie ma się co dziwić - Jędrzej Polak...), opracowanie tekstu bez zarzutu. Brawo!