Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Pratchett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Pratchett. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lutego 2013

Długa Ziemia - Terry Pratchett, Stephen Baxter. Czyli kontrowersyjnie


Terry Pratchett, Stephen Baxter
Długa Ziemia
tłum. Piotr W. Cholewa
Warszawa 2013
Prószyński i S-ka


Kontrowersje wokół Pratchetta

Odkąd coraz więcej słychać o postępującej chorobie Terry’ego Pratchetta, z większym niepokojem zaczynam lekturę jego nowych książek. Z jednej strony chciałabym, żeby nie przestawał pisać (co jest pewnie dosyć samolubne – cóż, mole książkowe z natury rzeczy są chciwe), a z drugiej zdaję sobie sprawę, że jego styl się zmienia – zapewne nie tylko ze względu na ograniczenia, jakie nakłada na niego ten szczególny typ Alzheimera, na który cierpi, ale też dlatego, że jego styl w naturalny sposób ewoluuje, wyostrza się, mrocznieje (można o tym poczytać np. biografii Pratchetta napisanej przez Craiga Cabella – The Spirit of Fantasy). Bardzo poruszające jest to, że sam pisarz o swojej chorobie mówi otwarcie i z właściwym sobie poczuciem humoru.

Sęk w tym, że temat jest jak najbardziej poważny i bardzo kontrowersyjny – Pratchett nie tylko upowszechnia wiedzę na temat Alzheimera i wspiera finansowo ośrodki badań medycznych nad tym schorzeniem, ale także śmiało przedstawia swoje przekonania dotyczące tzw. „wspomaganego medycznie samobójstwa”. Tym, którzy chcieliby widzieć Pratchetta tylko jako dobrotliwego wujka w ekstrawaganckim kapeluszu, może to być odrobinę nie w smak, a zapoznanie się z jego filmem dotyczącym tego kontrowersyjnego tematu zostawia nas w zupełnie innym nastroju niż lektura jego książek. Nie chodzi tylko o to, czy ktoś się zgadza z przekonaniami Pratchetta czy nie – pisarz po prostu w pewnym sensie „wychodzi z roli”, a to zawsze wzbudza niepokój. Nie do tego byliśmy wszak przyzwyczajeni. Filmy o ratowaniu orangutanów – jasne, czemu nie, wszyscy przecież kochamy Bibliotekarza z NU. Ale pokazywanie bólu, samobójstwa, eutanazji? To nas wytrąca z równowagi i każe czytać jego książki już nieco inaczej (temat „przeprowadzania na drugą stronę” w cyklu o wiedźmach czy fragment Nocnej straży, gdy Vimes „uwalnia” torturowanych więźniów). „Żartowniś” zaczyna mówić serio (nigdy nie ufaj facetowi z dzwonkami na głowie^^), a to znaczy, że my powinniśmy zacząć czytać to na poważnie.

Nowy Pratchett

Nie o tym jednak rodzaju niepokoju mówiłam na początku. Pratchett się zmienia – z różnych powodów – i trzeba się z tym pogodzić. Myślę, że ten autor, który napisał Kolor magii, Straż! Straż! i Trzy wiedźmy, już nie istnieje, a my w pewnym sensie nie mamy prawa od niego wymagać, żeby pozostał taki sam jak dwadzieścia pięć lat temu. Ale nie musimy też wcale polubić tego „nowego Pratchetta”. I właśnie to mnie niepokoi – czy spodobają mi się jego następne książki? Przyznam, że W północ się odzieję czytałam z mieszanymi uczuciami, a przez Niuch nie udało mi się przebrnąć. Dlatego z dużym wahaniem sięgnęłam po Długą Ziemię.
Jako że tę książkę napisał wspólnie z Stephenem Baxterem, oczywiście od razu zaczęłam się zastanawiać, ile tu rzeczywiście jest Pratchetta – może tylko tyle, co na okładce? Jeśli chodzi o styl, to jest zupełnie niepratchettowy – bardzo elegancki, przejrzysty, ale hm, mało zabawny. Długą Ziemię czyta się bardzo przyjemnie, ale… nie tak to wyglądało w Dobrym omenie. Hm… Te podejrzenia w dużej mierze się rozwiały, kiedy dowiedziałam się, że pomysł na Długą Ziemię dłuższy czas przeleżał u Pratchetta w szufladzie, i pomyślałam, że zaiste – co jak co, ale pomysł jest rzeczywiście świetny, na pewno na miarę twórcy Świata Dysku. I wtedy przyszło mi do głowy, że współpraca przy pisaniu książki może wyglądać rozmaicie i pretensje, że z Baxterem Pratchett współpracuje inaczej niż kiedyś z Neilem Gaimanem, są nieuzasadnione. Wyjaśniwszy sobie samej to wszystko (obawiam się, że należę do tego rodzaju fanatycznych fanów, którzy są bardziej papiescy niż Pratchett;-)) mogłam z większym spokojem przystąpić do dalszej lektury.

Niezliczone Ziemie

Ów wspaniały pomysł Pratchetta zasadza się na tym, że nie istnieje jedna Ziemia, ale cały ich ciąg. Nasza Ziemia, Podstawowa, znajduje się w pewnym sensie w środku, a na wschód i zachód otwierają się kolejne światy, takie jak nasz, ale na innym poziomie ewolucji. Pewien szalony (bo genialny) naukowiec umożliwił wszystkim ludziom przekraczanie granic między światami, wrzucając do sieci model krokera – urządzenia zbudowanego między innymi z… ziemniaka. A ile jest wszystkich nowych Ziemi? Nie wiadomo. Możliwe, że każdy człowiek mógłby mieć jedną tylko dla siebie…   

W Długiej Ziemi jest kilku głównych bohaterów (czy może raczej: wiodących bohaterów) – „dziki” Joshua, cyniczna Sally, zdecydowanie-najdziwniejszy Lobsang, odpowiedzialna i upiorna Monika Jansson… To dosyć różnorodne grono, ale właściwie trudno się tu do kogoś przywiązać, losy ich wszystkich śledzimy z takim samym zainteresowaniem. Jeśli zaś chodzi o czarne charaktery – no właśnie. Z tym jest problem. Nie mamy tu żadnych prawdziwie negatywnych postaci, z którymi ci dobrzy mogliby walczyć. Nawet ten nieszczęsny Rod Green jest bardziej godny litości niż zły. Zaś to, co ekspedycja Lobsanga odkrywa na końcu swej podróży, też tak naprawdę nie ma złych zamiarów – tylko po prostu istnieje (aktywacja skojarzeń z Solaris ^^). Oprócz tego, że brak czarnych charakterów, nie ma też właściwie… akcji. A przynajmniej akcji w tradycyjnym znaczeniu, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni i jakiego oczekujemy w książkach science fiction. W końcu uświadomiłam sobie, że Długą Ziemię trzeba czytać zupełnie inaczej, w pewnym sensie: szerzej.

Długa Ziemia to opowieść o wielkiej przygodzie całej ludzkości – i to właśnie ludzie (jako gatunek) są tu zarówno głównymi bohaterami, jak i czarnymi charakterami. Odkrycie Długiej Ziemi to oczywiście ogromna szansa i rodzi się pytanie, co my – uzdolnieni niszczyciele i pomysłowi zatruwacze środowiska – możemy z tym zrobić. Joshua, Lobsang czy młoda Helen Green to tylko bohaterowie „częściowi” i dlatego nie mogą całkowicie zawładnąć fabułą. To wyjaśnia też nieco kompozycję książki i jej otwarte zakończenie. Mimo wszystko czułam się nieco rozczarowana, kiedy doszłam do ostatniej strony – dopóki nie dowiedziałam się, że planowana jest kontynuacja: Długa Wojna (premiera na brytyjskim Amazonie 20 czerwca). No cóż, to logiczne: skoro mowa o Długiej Ziemi, nie mogło się skończyć na JEDNEJ książce. Całe szczęście!     



czwartek, 16 czerwca 2011

W północ się odzieję




Terry Pratchett
W północ się odzieję

Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2011
Tłum. Piotr W. Cholewa


Zauważyłam, że gdy tylko pojawi się nowa książka Pratchetta, jego najwierniejsi i najbardziej fanatyczni wielbiciele ochoczo zbierają się, by wieszać na niej psy, wytykać błędy i niekonsekwencje fabuły, naśmiewać się z powtarzalności schematów i pomysłów, krytykować bohaterów i z pogardliwym rechotem komentować zakończenie. A potem natychmiast odwracają się i rozbiegają do domów, żeby jak najszybciej przeczytać jeszcze raz.
Myślę, że jest w tym coś z patriotyzmu Sama Vimesa – jeśli wychowałem się w rynsztoku Ankh-Morpork, mam prawo powiedzieć o tym mieście Wszystko…
Tak więc zgadzając się na wstępie, że każda książka Pratchetta jest świetna, zaczynam…

W północ się odzieję jest kolejną częścią z cyklu o Tiffany Obolałej – który to cykl kierowany jest do młodszych czytelników. Książka zaczyna się od tego, że pod domem pana Petty zbierają się mieszkańcy wioski, aby go zlinczować po tym, jak pobił swoją trzynastoletnią córkę Amber, tak że poroniła (jako że była w ciąży). Tiffany interweniuje, umożliwiając panu Petty ucieczkę – by nie dopuścić do mordu. Poźniej dowiaduje się od swojego ojca, że Amber prawdopodobnie nie jest córką pana Petty, gdyż pani Petty (kobieta najwyraźniej mało rozgarnięta) przyprawiała mu rogi przy każdej okazji. A później Tiffany znajduje pana Petty, który chce się powiesić, i odcina go w ostatniej chwili.
Hm.
No dobrze, takie rzeczy się zdarzają – częściej, niż można sobie wyobrazić. Nie mam nic przeciwko ukazywaniu dzieciom prawdziwego oblicza życia, bo książki powinny być źródłem wiedzy, nawet tej bolesnej (byłoby wspaniale, gdyby dzieci dowiadywały się o takich rzeczach tylko z książek, a nie z wiadomości w telewizji lub własnego podwórka…). Jednak wydaje mi się, że można to pokazywać w nieco inny sposób. Tymczasem sir Pratchett, tak na moje oko, rozsmakował się w epatowaniu Okrutnymi Historiami. Mroczne (czy raczej: mroczniejsze) klimaty wślizgnęły się do jego książek jakiś czas temu – nie wiem, w której części cyklu Świata Dysku konkretnie; ocena tego zależy pewnie od indywidualnego wyczucia „mroczności”. Na pewno mroczna jest Straż nocna i Potworny regiment. Muszę przyznać, że tam ta mroczność bardzo mi się podoba – właśnie w takich dobrze wyważonych proporcjach. Człowiek czyta sobie beztrosko, a tu nagle pod butem zachrzęści mu czyjś ząb. Brrr! Suuuper:-)  Tymczasem w cyklu o Tiffany zaczyna być tego za dużo (jak dla mnie). O ile Wolni ciutludzie czy Zimistrz są pod tym względem dobrze „zbilansowane”, o tyle naprawdę nie wiem, czy poleciłabym W północ się odzieję co wrażliwszym dzieciom. Chociaż oczywiście niektóre dzieci lubują się w mrocznych historiach – więc właściwie nigdy nie wiadomo. Ale może przydałaby się nalepka jak na zachodnich DVD z bajkami: „Pierwszy raz obejrzyj z dzieckiem”.

Co mi się jeszcze nie podobało?;-) No cóż… Tak naprawdę nie mam tej książce wiele do zarzucenia, ale tak dla porządku: nie lubię, kiedy nowi ukochani zjawiają się znikąd, ponieważ ci dawni już się fabularnie wyczerpali i trzeba (trzeba?) wprowadzić jakiś nowy wątek.

Podobała mi się zaś cała reszta. Szczególnie Letitia (chociaż Naprawdę tłumacz mógł chyba z litości zrobić z niej Letycję…?) i wielki powrót… pewnej tajemniczej damy. I poskromienie księżnej. I cała ta mitologiczno-zającowa oprawa. I lubię, kiedy autor dodaje jakieś słówko na końcu. I…

No dobrze, teraz z czystym sumieniem mogę zacząć czytać drugi raz.
 

Okiem edytora: uwielbiam okładki z nowymi ilustracjami Paula Kidby'ego! Pamiętam, że czułam się nieswojo, czytając Pratchetta z okładkami Josha Kirby'ego w towarzystwie, bo jeśli komuś to nazwisko nic nie mówiło, okładka opowiadała mu straszne rzeczy... A tymi nowymi najchętniej wytapetowałabym sobie pokój. Albo i czoło:->
Jedno edytorskie zastrzeżenie do okładki W północ się odzieję: ja bym to chyba podzieliła -
W północ
się odzieję

Okiem redaktora: kongenialne tłumaczenie, jak zawsze. I mniej literówek niż zwykle.