Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 listopada 2013

Pan Lodowego Ogrodu - Jarosław Grzędowicz


Pan Lodowego Ogrodu, tomy I-IV
Fabryka Słów

Chciałam napisać spójną i nie rozwlekłą recenzję czterech tomów Pana Lodowego Ogrodu i po kilku przymiarkach zdecydowałam się na opracowanie hasłowe, bez szczątkowego streszczenia (bo na co ono komu). Na końcu jest spoiler dotyczący zakończenia, więc jeśli ktoś nie czytał (a są tacy?;-)) to dla własnego dobra niechaj się zatrzyma na haśle Wydanie.

Oczekiwania
Oczywiście były wysokie. Tak wysokie, że postanowiłam poczekać, aż wreszcie wyjdzie ostatni tom, zanim w ogóle zaczęłam czytać PLO, bo nie chciałam cierpieć jak inni wielbiciele Grzędowicza ;-) Starałam się też unikać zaglądania do recenzji i opisów i dlatego, kiedy wreszcie sięgnęłam po pierwszy tom, ciągle myślałam, że to opowieść o astronautach i stacjach kosmicznych.

Pierwsze dwa tomy rzuciły mnie na kolana, zawróciły mi w głowie i urwały tyłek, czyli krótko mówiąc: wygórowanym oczekiwaniom sprostały. Trzeci przeczytałam z rozpędu i właściwie nie miałam większych zastrzeżeń, natomiast przy czwartym jakby się ocknęłam i zaczęłam na poważnie zastanawiać, czy  rzeczywiście wytatuowanie sobie w poprzek twarzy „Kocham Jarka” i natychmiastowe rozpoczęcie nauki chorwackiego i fińskiego (ze szczególnym uwzględnieniem przekleństw) powinno się znajdować na mojej aktualnej liście życiowych priorytetów. Ale o zakończeniu później – na początek chciałam zaznaczyć, że ogólnie rzecz biorąc: jestem zachwycona.    

Świat
Przez cały czas jest jednym z głównych bohaterów powieści, ale w pierwszym tomie jest to szczególnie wyraźne. Wszyscy wiemy, że najłatwiej i najprzyjemniej czyta się dialogi, a po opisach można się czasem lekko prześlizgnąć, kiedy robi się nudno. Ja niby też to wiem i dlatego ciągle nie umiem sobie wytłumaczyć, jak to się dzieje, że początek pierwszego tomu, gdzie mówi się bardzo mało, bo mamy tam tylko Vuko i nowy wspaniały świat, jest aż tak wciągający. Poznawanie Midgaardu, w którym przeplatają się elementy podobne do „naszego” świata (motyw dzieci wykorzystywanych do walki, klimat jak z sag skandynawskich, „bizantyjskie” wychowanie Filara itp., na które wskazywał sam autor podczas spotkania) z tymi całkowicie, fascynująco obcymi, to jedna z największych przyjemności, jakie daje lektura PLO.

Łatwo zrozumieć, że znalezienie się w takim nieprzewidywalnym, dzikim świecie dla Vuko – wychowanego w dość aseptycznym, stechnicyzowanym społeczeństwie – stało się nie tylko wyzwaniem, ale i ogromną frajdą (tak, chyba rzeczywiście każdy wielbiciel fantastyki marzy o tym, żeby zawołać zupełnie na serio: „Gospodarzu, piwa!”). I ta frajda się udziela – od razu.       

Filar
Powiem to od razu, żeby nie było nieporozumień – wolę Filara niż Vuko. Powodów jest sporo, ale główny to ten, że Vuko poznajemy jako całkowicie ukształtowanego superbohatera (no on jest superbohaterem, nie mówcie, że nie!) z konkretną misją do wykonania, zaś rozwój Filara możemy obserwować niemal od samego początku: dzieciństwo, nauka władzy, pierwsze doświadczenia miłosne, pierwsze prawdziwe tragedie… Jednocześnie jednak Filar pozostaje na długo wielką niewiadomą – wiemy, że jest Nosicielem Losu, ale podobnie jak on sam nie mamy pojęcia, co to znaczy. Poza tym Vuko jest twardzielem – można go podziwiać i się nim zachwycać, ale jednak łatwiej chyba przywiązać się do Filara (w każdym razie ja przywiązałam się do niego natychmiast i na dobre).

Sztuczne fiołki
Nie znajduję lepszego określenia oddającego istotę kontrastu, który ożywia całą narrację PLO. Niby  jesteśmy w „średniowiecznym” świecie, ale oprowadza nas po nim współczesny mężczyzna (a nawet bardziej niż współczesny, bo z przyszłości), obdarzony specyficznym poczuciem humoru. W efekcie dostajemy takie kwiatki: tom pierwszy s. 536–537, pełna dramatyzmu scena, Vuko, uciekając przed szalonym van Dykenem, przypadkowo bierze udział w inscenizacji Ogrodu Rozkoszy Ziemskich Boscha. 

W Ogrodzie Rozkoszy było łatwiej. Więcej było tu łażących bez celu i nikt nie naprzykrzał się, proponując tortury.
Na widok przechodzących „świerszczy” po prostu upuścił tłumok na ziemię i osunął się w kłębowisko nagich, wijących się po sobie ciał. Zatonął w nich, w plątaninie śliskich od potu ramion i ud, wśród warg i palców.
A potem wstał i wyplątał się. Kilkoro ramion uniosło się za nim, chwytając za łydki i obejmując za uda.
Drakkainen pochylił się i zadał miażdżący, krótki cios w sam środek twarzy szczególnie namolnego Węża.
– Mówiłem: tylko bez macanek. A pani… Nie to żeby pani mi się nie podobała, ale tym razem naprawdę nie mam czasu.

Trochę jakby ktoś dopisywał postaciom na starych obrazach ironiczne uwagi na aktualne tematy.

Te śmiałe, komiczne komentarze i puenty wcale nie niszczą klimatu, tylko pozwalają spojrzeć na Midgaard z innej perspektywy – zbliżenie, odjazd kamery, znów zbliżenie. Moim zdaniem ta nieustanna zmiana punktu widzenia i rozbijanie jedności świata świetnie współgra z dwoma rodzajami narracji (pierwszo- i trzecioosobowa), które zastosował autor na przestrzeni całej powieści – raz widzimy Vuko „z zewnątrz”, a raz oglądamy Midgaard jego oczami.  

Nazwy własne
Całkowicie mnie zauroczyły i dlatego chciałam o nich napisać - jako o wycinku ilustrującym uderzające bogactwo świata przedstawionego PLO. Grismo Szalony Krzyk, N’Dele Aligende, Lśniąca Rosą, Woda córka Tkaczki, Lemiesz syn Szkutnika, Ardżuk Hatarmał, Szyłgan Hatjezid, Kimir Zył, Hatir Sendżuk, Kungsbjarn Płaczący Lodem, Ludzie Słonej Trawy, Bractwo Drzewa. Mówi się, że wielkie aktorki potrafiłyby nawet książkę telefoniczną przeczytać tak, że można by ich słuchać godzinami – a ja z radością czytałabym wielotomowy spis powszechny Midgaardu.

Pomysł wprowadzenia charakterystycznych nazw własnych dla każdej krainy świata wydaje się prosty, a może nawet oczywisty, ale mnie ten zabieg ciągle zachwyca. Aspekt praktyczny: kiedy już posiada się jakąś wiedzę o Kirenenach, Amitrajach, Ludziach Ognia czy Kebiryjczykach, już samo imię nowej postaci wystarczy, żeby umieścić ją we właściwym kontekście.   

Cyfral
Wiem, że jest sporo przeciwników tego rozwiązania, które każe Vuko rozmawiać z własnymi rękami tudzież wchodzić w dwuznaczną relację z produktem własnej rozbuchanej wyobraźni, ale ja jestem za. Zawsze lubiłam Blaszany Dzwoneczek i nie mam nic przeciwko takiej wersji migoczącej wróżki.     

Wydanie
Jako że postanowiłam perfidnie poczekać na ostatni tom, skompletowałam wydanie w oprawie zintegrowanej i jestem z niego bardzo zadowolona. Okładki wydają mi się o wiele bardziej udane niż w pierwszej edycji, a giętki grzbiet naprawdę ułatwia czytanie przy tak grubych tomiszczach.

Jeśli chodzi o ilustracje Dominika Brońka, to wzbudzają raczej mój niepokój niż zachwyt, ale myślę, że to wcale nie tak najgorzej. I zawsze w każdym tomie najpierw wszystkie oglądałam, a dopiero potem zaczynałam czytać ;-)

Zakończenie
Rozczarowało mnie. No dobrze – będę uczciwa: między innymi dlatego, że nagle i boleśnie zdałam sobie sprawę, że to już koniec.

Na wspominanym już powyżej spotkaniu autorskim Jarosław Grzędowicz powiedział, że kiedy pisał PLO, od początku wiedział, jaki powinien być koniec. Ja byłam wtedy po lekturze pierwszego tomu i kiwając głową, pomyślałam, że też dobrze wiem, jak musi wyglądać zakończenie. No i wyobraźcie sobie, że jednak mieliśmy na myśli coś zupełnie innego! ;-) Tak więc na pewno nie mogę powiedzieć, że domyśliłam się, jak się to wszystko skończy. Bo oni… przeżyli!

Gdyby to ode mnie zależało, wymordowałabym na rozmaite widowiskowe sposoby całą główną obsadę, a resztę obsypałabym porządnym martwym śniegiem, tak żeby nie wiedzieli którędy na górę, bo kurczę, po czterech tomach czytelnikom należy się coś ekstra ;-) Słowem: spodziewałam się na koniec miażdżącej, gorzkiej tragedii z nutą słodkiej melancholii, a dostałam coś, co – jak by na to nie spojrzeć – jest happy endem. No jak tak można? ;-))

Tak serio – oczywiście wszystkie te zarzuty to z miłości ;-)  Albo za dużo się naoglądałam Gry o tron
Będzie mi ogromnie brakować Filara. I Vuko oczywiście też – zwłaszcza jego soczystych przekleństw.


Perkele, piczku materinu!

sobota, 19 listopada 2011

Wiedźma naczelna

Olga Gromyko
Wiedźma naczelna
tłum. Marina Makarevskaya
Fabryka Słów
Lublin 2011

Czasami – bardzo rzadko – zdarza mi się kupować książki dla ich okładek. Jest to zapewne mało chwalebne, gdyż czym innym jest edytorska wrażliwość estetyczna, która każe się pochylić z zachwytem nad pięknie wydaną pozycją, a czym innym kupowanie książki tylko dla jej urody – mimo że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak poza tym, to chyba niekoniecznie… No więc kiedy już zdarza mi się ten rzadki napad lekkomyślności, zwykle chodzi o książkę Fabryki Słów. Efekty są… różne. A jako że obiecywałam, że będę polecać, a nie odradzać, napiszę o efekcie pozytywnym, ograniczając się do kilku jeno szpilek.
Otóż przyjemnie zaskoczyła mnie Wiedźma naczelna Olgi Gromyko. Tak, kupiłam ją ze względu na obiecującą okładkę, co więcej – wybrałam ją z całej serii dlatego, że inne okładki wiedźmiego cyklu podobały mi się już mniej. I proszę – tym razem moja estetyczna chciwość i niepoprawna rozrzutność nie zostały przykładnie ukarane, wręcz przeciwnie. Okazało się, że Wiedźma naczelna to bardzo przyjemna historia, opowiedziana z wyraźnym przymrużeniem oka i prawdziwie jędzowatą swadą (w pozytywnym tego słowa znaczeniu!).
Wolha Redna, zdolna adeptka szlachetnej sztuki magii, wyrusza na wyprawę (czy raczej włóczęgę) po lasach, siołach i dzikich ostępach, aby zdobyć materiały do pracy, gdyż zamierza zdobyć tytuł bakałarza trzeciego stopnia. Krótko mówiąc – szuka kłopotów. I dość szybko je znajduje, ku satysfakcji własnej i czytelników. Na początek będzie musiała się zmierzyć z tajemniczym duchem zakłócającym spokój zamku zamieszkiwanego przez rycerzy Białego Kruka. Zadanie to okazuje się niełatwe, zwłaszcza że cni rycerze niechętnym okiem patrzą na panoszącą się po twierdzy wiedźmę, a zamek Krucze Szpony kryje w sobie więcej tajemnic i niebezpieczeństw niż tylko ukryte przejścia, zapadnie i magicznie zapętlone schody. Zainteresowanie Wolhy wzbudza przede wszystkim założyciel zakonu, święty Fenduł, któremu najwyraźniej znudziło się wylegiwanie się w sarkofagu i wysłuchiwanie próśb pątników. Pusty grobowiec wskazuje na to, że świątobliwy nieboszczyk wyszedł rozprostować kości…
Kolejne rozdziały książki koncentrują się na poszczególnych przygodach Wolhy, tworząc miniopowiadania, ale wszystkie wątki w którymś momencie zaczynają się coraz ściślej ze sobą wiązać – by prowadzić ku ostatecznemu rozwiązaniu. Trudno mi właściwie ocenić kunsztowność tego ostatniego, ponieważ wcześniejszych części cyklu nie czytałam, w związku z czym, gdy wreszcie nastąpiła scena wielkiego rozpoznania i okazało się kto dlaczego nastaje na czyje życie i od kiedy oraz kto czego nie chciał ujawnić z uwagi na kogo – mogłam tylko pokiwać głową z niezbyt mądrą miną i mruknąć domyślnie: „Ahaa”. Co – trzeba zaznaczyć – wcale nie popsuło mi przyjemności dalszej lektury, gdyż cała rzecz kończy się ślubem. Przyznaję, że opis zaślubin Wolhy i Lena podobał mi się najbardziej ze wszystkiego, a nawet napełnił mnie uczuciem swoistej ulgi…;-)) Najwyraźniej ślubne obyczaje wampirów (czy wspominałam już, że ukochany Wolhy ma kły w rozmiarze XL?) mogą zaowocować niezłym ubawem, zwłaszcza jeśli dysponuje się gronem znajomych o niewybrednym poczuciu humoru.
Wiedźma naczelna wybornie sprawdziła się w roli sympatycznego czytadła do poduszki. Nie powiem, żeby rozwój akcji zapierał dech w piersiach, ale z przyjemnością rozpoczynałam kolejne rozdziały, a nawet niekiedy sama chichotałam wiedźmowato. Schemat zadziornej, złośliwej (taak, W.Rednej!) bohaterki, która każdemu musi krwi napsuć, nie jest niczym nowym, ale tu został rozegrany w niezłym stylu, z odpowiednią dawką autoironii (bo tak naprawdę Wolha jest całkiem miła i czytelnik bez żadnych rozterek moralnych może spokojnie stać po jej stronie w dowolnym konflikcie). Nieodparcie nasuwa mi się tu porównanie z inną bohaterką, przypadkowo również z książki FabrycznoSłownej, przypadkowo również z fajną okładką;-) Flossia Naren jest także typem złośliwej, wyrachowanej zołzy, ale w tej roli wypada o wiele mniej przekonująco niż Wolha. Być może jest to wina narracji pierwszoosobowej w Magu niezależnym – głos oddano samej Flossii, która gada, gada i gada o tym, jaka to jest okropna i wredna, a rzadko robi coś interesującego, by te przechwałki potwierdzić. Szczerze mówiąc, nie udało mi się dobrnąć do końca tej lektury i bardzo byłam zawiedziona – bo przecież okładka taka ładna była! Ale niestety środek okazał się dość miałki (już na samym początku mocno nastraszyły mnie takie zwroty i wyrażenia jak „raczyłam otworzyć usta” i „mój donośny głos” – ona tu nie żartowała…).
Podsumowując, nie miałabym nic przeciwko ponownemu spotkaniu z Wolhą Redną – zwłaszcza jeśli niezła treść opakowana będzie w przystojną okładkę…