Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A teraz coś z zupełnie innej beczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą A teraz coś z zupełnie innej beczki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 czerwca 2013

Wywiad z Robertem Ostaszewskim



SH: Jesteś jednocześnie pisarzem i krytykiem literackim – obecnie to dość rzadkie połączenie. Nie boisz się przy tym dość ostro oceniać książek, które recenzujesz na swoim blogu. Niektórzy uważają, że to trochę „nie wypada” krytykować kolegów i koleżanek po piórze – inni, że w blogosferze brakuje bezkompromisowych opinii. Co o tym myślisz?

RO: To fakt, niektórzy, wymienię dla przykładu choćby Jerzego Pilcha czy Wojciecha Kuczoka, są zdania, że łączenie pisania własnej prozy z aktywnością krytycznoliteracką jest podejrzane czy wręcz moralnie naganne. Ja nie mam z tym problemu. Wystarczy mieć jasno określone kryteria oceny tekstów i zachowywać elementarną uczciwość, aby nie być posądzonym o wykaszanie konkurencji. Poza tym właściwie od początku mojej przygody z literaturą zajmowałem się równolegle pisaniem książek i pisaniem o książkach, a do tego ukształtowały mnie w dużym stopniu postmodernistyczne koncepcje literatury, zrównujące – rzecz ujmuję w skrócie – rozmaite przejawy tekstotwórczej aktywności. A że pewnym pisarzom nie podoba się moje krytycznoliterackie pisanie? Mówi się trudno, nie wszyscy muszą mnie kochać.
A jeśli chodzi o recenzowanie/krytykę w blogosferze – to trochę inny temat. Jest w niej za dużo kolesiostwa, a za mało rzetelnej, pogłębionej krytyki. Właściwie większość blogów poświęconych omawianiu literatury to jedynie „pamiętniczki lektur”, które z prawdziwą krytyką literacką mają mało wspólnego.

Pewnie nie wszyscy pisarze Cię kochają, ale kilku by się takich znalazło. Jak to jest, kiedy recenzujesz książkę znajomego? I czy przyjaciele-pisarze raczej proszą Cię o recenzję, czy proszą, żebyś nie recenzował?

W przypadku recenzowania książki znajomego postępuję tak samo, jak przy pisaniu o książkach osoby, której nie widziałem na oczy, bez taryfy ulgowej. Interesuje mnie przede wszystkim, czy tekst jest dobry, nie cofam się przed wytykaniem potknięć i błędów kolegom, bo takie poklepywanie się po plecach za wszelką cenę zwyczajnie nie ma sensu. Niektórzy przez to się na mnie obrażają, większość jednak nie – i wtedy po prostu dyskutujemy sobie, bywa, że ostro, na temat tekstu. Czasami przyznają mi rację, czasami nie – i wtedy pięknie się różnimy.
A czy przyjaciele-pisarze proszą mnie o recenzje? I tak, i nie. Jeśli chodzi o recenzje, które zamieszczam w gazetach, czasopismach czy na blogu, to zazwyczaj nie proszą, bo doskonale zdają sobie sprawę, że nie podlegam tego rodzaju naciskom, sam wybieram książki, o których chcę napisać, i klucz koleżeństwa nie ma w tym przypadku nic do rzeczy. Natomiast gdy znajomi pisarze proszą mnie, abym skrobnął dla nich recenzję wewnętrzną czy rekomendację potrzebną do wniosku o stypendium czy dotację, to zwykle – o ile tekst nie jest poniżej jakiejkolwiek krytyki – nie odmawiam, bo zdaję sobie sprawę, jak ciężkim kawałkiem chleba jest w naszym kraju zajmowanie się literaturą, więc jeśli mogę, oczywiście w miarę moich możliwości, pomóc komuś moją opinią, to pomagam. Ale podobnie bywa i z pisarzami, których znam jedynie poprzez ich teksty.

Których polskich pisarzy kryminałów cenisz najbardziej i za co? Z naszej rozmowy w pociągu (podczas której jeden z pasażerów nie wytrzymał pikantnych „kryminalnych” szczegółów i wyszedł z przedziału) zapamiętałam, że wyrażałeś się bardzo pochlebnie między innymi o Marcinie Wrońskim.

Właściwie nie tyle cenię konkretnych autorów, co pewien format prozy kryminalnej. Lubię kryminały, jak to nazywam, przełamane, gatunkowo niejasne, w których oprócz solidnie zakomponowanej intrygi można znaleźć coś jeszcze – na przykład zabawę konwencją, socjologiczne obserwacje, wyrafinowany język albo ciekawy obraz przeszłości. Ale pewnie chciałabyś poznać jakieś nazwiska? Lista byłaby długa, ale podam tylko kilka przykładów. Świetna jest trylogia Marcina Świetlickiego, który udanie pożenił poetycką wrażliwość z kryminalną solidnością. Marcin Wroński udowodnił, że kryminał może być bardzo ciekawą powieścią historyczną. Zygmunt Miłoszewski jak mało który prozaik z „głównego nurtu” umie zakręcić frazą. Ryszard Ćwirlej kreśli obraz późnego PRL-u, którego próżno szukać u innych pisarzy, nawet tych z głównego nurtu prozy. I tak dalej…

A jaki Ty – jako współautor kryminałów Kogo kocham, kogo lubię i Sierpniowe kumaki – proponujesz czytelnikom „dodatek”?

W obu powieściach postawiliśmy na – posłużę się zgrabnym określeniem Wrońskiego – krymi-zgrywę, czyli kryminał na wesoło, w którym kreacje bohaterów, ich język, a właściwie cała narracja nasycone są humorem. Oczywiście, nie zaniedbujemy intrygi kryminalnej, w tych książkach mamy do czynienia z krwawymi zbrodniami, różnego rodzaju przestępstwami i ponurymi typkami, ale chcieliśmy, aby podczas lektury czytelnik również dobrze się bawił. Mam cichą nadzieję, że tak jest. W Sierpniowych kumakach dołożyliśmy do opowieści dosyć szczegółowy opis Helu, można nawet rzec, że ta powieść jest swego rodzaju literackim przewodnikiem po rozmaitych atrakcjach tego półwyspu. W nowym kryminale, pisanym z Violettą Sajkiewicz, spróbujemy przybliżyć naszym czytelnikom Śląsk.

Czy możesz zdradzić coś więcej na temat tego nowego kryminału? Czym (poza lokalizacją) będzie się różnił od Sierpniowych kumaków?

To druga część cyklu, pojawią się znani z Sierpniowych kumaków policjanci Polański i Tyszka, o ile jednak w tamtej książce byli – by tak rzec – na gościnnych, wakacyjnych występach, prowadząc śledztwo nieoficjalnie, o tyle tutaj działają na własnym terenie, więc w nowej powieści będzie więcej z kryminału procedur policyjnych. Rozbudowaliśmy też warstwę obyczajową, aby pokazać środowisko, w którym żyją i pracują nasi bohaterowie. Będzie sporo ciekawostek dotyczących naszej ulubionej dzielnicy Katowic, czyli Nikiszowca. No i oczywiście humor. Dużo humoru.

Dotychczas wydane kryminały stworzyłeś z pisarkami: Martą Mizuro i Violettą Sajkiewicz, i wiem, że bardzo sobie chwalisz tę współpracę. A czy nie zastanawiałeś się nad pisaniem z mężczyznami?

Prawdę powiedziawszy, jeszcze kilka lat temu nie podejrzewałem, że jestem w stanie pisać powieści w duecie. Zaczęło się to trochę z przypadku, trochę z ciekawości – po prostu chciałem sprawdzić, czy potrafię coś takiego zrobić. Okazało się, że nie mam z tym większego problemu – choć, oczywiście, pewne tarcia podczas wspólnego pisania były – a i efekt, sądząc z recenzji i głosów czytelników, nie jest najgorszy. A pisanie z mężczyznami? Jeśli pojawi się ciekawy pomysł, czemu nie.

Co Cię najbardziej denerwuje w kryminałach i czego jako autor starasz się unikać?

Nie lubię, gdy pisarze kurczowo trzymają się wciąż tych samych schematów, rozwiązań fabularnych, powielają je w nieskończoność. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że kryminały, jak każda proza gatunkowa, w dużej mierze muszą opierać się na schematach, powtarzalnych konstrukcjach opowieści, ale należy próbować ożywić je nieco, zindywidualizować, co można robić na wiele sposobów. W innym przypadku kolejne powieści stają się przewidywalne i zwyczajnie nudne. Dla przykładu, odrzucają mnie już od jakiegoś czasu książki amerykańskich pisarzy o psychopatycznych seryjnych zabójcach, bo też ile można o tym czytać. Podobnie jest ze Skandynawami, którzy w kółko wałkują te same tematy, takie jak wykorzystywanie dzieci, poniewieranie kobietami czy problemy z emigrantami. Choć z drugiej strony nie dziwię się pisarzom, bo jeśli mogą, wykorzystując panującą akurat modę na taki a nie inny rodzaj kryminałów, sprzedać trochę więcej egzemplarzy, to właściwie dlaczego nie mają tego robić?
Drażni mnie również u wielu autorów kryminałów brak dbałości o język, styl ich prozy. Jakby zakładali, że krwawa intryga i wyrazisty bohater w zupełności wystarczą czytelnikowi. A przecież choćby książki Austriaka Wolfa Haasa, a u nas Miłoszewskiego czy Wrońskiego potwierdzają, że można tworzyć kryminały wysmakowane językowo.

Wydałeś dwa kryminały w jednej z najbardziej popularnych serii wydawniczych w Polsce, pracujesz nad trzecim, uczysz innych kreatywnego pisania – i co dalej? Co chciałbyś osiągnąć jako pisarz kryminałów – co byłoby dla Ciebie największym sukcesem?

Oczywiście przede wszystkim chciałbym mieć dziesiątki tysięcy wiernych czytelników, którzy z niecierpliwością będę oczekiwać kolejnych moich książek. Ale tak naprawdę jestem dopiero na początku drogi, jeśli chodzi o prozę kryminalną. Teraz, wraz ze współautorką, skupiam się głównie na tym, by jak najciekawiej rozwinąć cykl o przygodach śląskich policjantów, osadzić go jak najmocniej na mapie rodzimego kryminału. Więc teraz praca i jeszcze raz praca, a co będzie później, zobaczymy.


Jako jedna z wiernych i niecierpliwych czytelniczek życzę Ci, aby ta praca była jak najprzyjemniejsza. Dziękuję za rozmowę. 


Zapraszam na blog Roberta Ostaszewskiego - można komentować, podyskutować... :-) 

Wakacyjny wywiad - Zapowiedź

Dziś wieczorem na moim blogu pojawi się pierwszy wywiad: rozmowa z pisarzem kryminałów, autorem książki idealnej na lato. Będzie o blogosferze, plusach i minusach polskich i zagranicznych kryminałów, krymi-zgrywie - krytycznie, trochę kontrowersyjnie i na luzie. 
Można zgadywać, o kogo chodzi ;-)   


Lipy już kwitną - zaczęło się lato!

środa, 15 maja 2013

Zmowa długowłosych czyli wiosenne dywagacje nie do końca serio

Zwykle staram się tu trzymać recenzji książek, ewentualnie filmów, ale wiosna szaleje, więc trochę luzu nie zaszkodzi. Tak przypuszczam ;-) 



Rzecz będzie o włosach. Otóż ostatnio zauważyłam, że panuje konsekwentna moda na fryzurę a la Roszpunka. Jadę sobie tramwajem nr 6 (chciałam przy okazji pozdrowić Oisaja z tramwaju nr 4!;-)) i liczę. I wychodzi mi, że przeważająca, przytłaczająca, przyduszająca większość bardzo młodych kobiet (no tak od 14-stu do 30-stu lat) nosi teraz długie albo baardzo długie włosy, najczęściej rozpuszczone. Do ramion, do łopatek, do pasa. Wygląda to ślicznie, ale nie daje mi spokoju pytanie: co one, umówiły się trzy lata temu: "hej, panienki, zapuszczamy i wiosną 2013 damy czadu!"?? O ile modę na krótkie włosy można zorganizować dość szybko, o tyle w drugą stronę - ciężko. 

Nie ukrywam, że widok tych wszystkich loków, pukli, lwich grzyw napawa mnie pewną zazdrością (dziś na dodatek zobaczyłam w tramwaju rudowłosego młodzieńca, który mógłby sobie spleść warkocz jak khal Drogo...), ale też przekorą. Im więcej widzę tych kilometrów włosów, tym większą mam ochotę obciąć się na jeża. Kiedyś miałam taką fryzurę przez pięć lat, więc wiem, że to nie boli ;-) Ale z drugiej strony... może by romantycznie pozapuszczać...? Tylko czy ta moda utrzyma się do 2016? ;-) 

Nawiasem mówiąc, strasznie lubię disneyowskich Zaplątanych. Nie chodzi nawet o włosy - pierwszy raz stworzono bohaterkę, która mamrocze i mówi niewyraźnie ;-) Mnie, w porywach mojej naddźwiękowej polszczyzny, rozumie czasem tylko jedna osoba ^^   

Będę bardzo wdzięczna, jeśli podzielicie się w komentarzach swoimi obserwacjami - czy mnie się tylko wydaje, czy naprawdę długowłosi spiskowcy opanowali ulice? A może tylko w Krakowie tak ich pełno? 
W każdym razie uznaję, że poziom mojej satysfakcji estetycznej w drodze do pracy wyraźnie wzrósł dzięki tym wszystkim Roszpunkom :-)     

   

czwartek, 2 maja 2013

Wyniki konkursu


Tadadadaaam! Wczoraj szczęśliwa ręka mojego Gruzina wylosowała szczęśliwy bilecik:






Gratulacje! :-)

Z zaproponowanych dziesięciu tytułów Nessie wybrała: Terry Pratchett, Stephen Baxter "Długa Ziemia",  Caroline Graham "Duch w machinie", Salman Rushdie "Czarodziejka z Florencji", Kira Izmajłowa "Mag niezależny, Flossia Naren cz. 1" oraz Lis Wiehl, April Henry "Ręka fatum".

Poza nagrodą główną postanowiłam przyznać dwa niespodziankowe wyróżnienia. Wasze odpowiedzi bardzo mnie zainteresowały i wybór był bardzo trudny. Najchętniej nagrodziłabym wszystkich ;-)
Nagrody otrzymują:
Claire - ponieważ od razu nabrałam ochoty, żeby przeczytać książkę, w której występuje opisana przez nią bohaterka. Nagroda to dwie książki: Bernard Cornwell "Pieśń łuków. Azincourt" oraz Marcel Pagnol "Czas tajemnic"
oraz Ejotek - ponieważ jej odpowiedź była bardzo przemyślana i inspirująca. W nagrodę otrzymuje: Marta Guzowska, Agnieszka Krawczyk, Adrianna Michalewska "Mordercze miasta" oraz Oliver Poetzsch "Córka kata".





Dziękuję wszystkim za udział w konkursie :-) Gratuluję zwyciężczyniom, a pozostałym życzę powodzenia następnym razem. Spodobało mi się urządzanie konkursów... ^^   

piątek, 19 kwietnia 2013

Kampania Książka jest kobietą


Sasza Hady z dumą przedstawia ogólnopolską kampanię Książka jest kobietą, której ma zaszczyt być ambasadorką - w dodatku w bardzo zacnym gronie! Mariola Zaczyńska, Ilona Adamska, Krzysztof Beśka, Karolina Wilczyńska, Alicja Mnicka, Iwona Mejza, Katarzyna Jankowska, Monika Milewska, Joanna Szczepaniak, Sorn Gara - a mam nadzieję, że będzie nas jeszcze więcej! Partnerami kampanii są znane wydawnictwa, takie jak Rebis, Czarne, Prószyński i S-ka, Muza i wiele innych. 

O co chodzi? O rzecz bardzo prostą, która jednak spotyka się w Polsce z niespodziewanie silnym oporem: o promocję czytelnictwa. Kampania organizowana jest przez portal Modaija.pl, którego redakcja podsumowuje pomysł w ten sposób: stwórzmy modę na czytanie! 

Kilka słów dla sceptyków - często się słyszy, że takie kampanie nie mają sensu, bo trafią tylko do ludzi, którzy i tak już czytają, a jeśli ktoś nie czyta, to przecież nie zacznie... Rzeczywiście, było już kilka kampanii w różny sposób zachęcających, żeby JEDNAK sięgać od czasu do czasu po jakąś książkę, a dane dotyczące czytelnictwa w Polsce nadal są alarmujące. No cóż, jeśli nie będziemy o czytaniu coraz więcej mówić, ta sytuacja pewnie się nie zmieni. A jak taka kampania praktycznie "działa"? Tak, jak każda inna moda - poprzez przykład. Tak naprawdę wielu z nas, blogerów, bez przerwy (nawet nieświadomie) prowadzi kampanię promocji czytelnictwa - cały czas mówimy o książkach, czy ktoś chce słuchać, czy nie! A kiedy spotkają się na jakiejś imprezie dwa mole książkowe... no to reszta towarzystwa właściwie może iść do domu ;-) 

Przyznaję, że ze wszystkich tego typu kampanii właśnie Książka jest kobietą wydaje mi się najbardziej stylowa i po prostu fajna. Jej charakter dobrze oddaje eleganckie, kobiece logo. Książka jest kobietą - bo książki powinno się zdobywać i odkrywać jak zakochany młodzieniec tajemniczą dziewczynę :-)

Więcej na temat akcji można przeczytać tutaj: Książka jest kobietą      


niedziela, 24 marca 2013

Złoty Kościej 2012 dla Saszy Hady



Z przyjemnością ogłaszam, że Morderstwo na mokradłach zwyciężyło w plebiscycie Złoty Kościej 2012 i zostało wybrane kryminałem roku. Bardzo dziękuję wszystkim za oddanie głosów na Alfreda Bendelina. To pierwsze wyróżnienie dla mojej książki i jestem bardzo szczęśliwa :-)

W pozostałych kategoriach plebiscytu nagrodzeni zostali:

horror roku 2012: Graham Masterton, Czerwony hotel, wyd. Rebis
thriller roku 2012: Tomasz Sekielski, Sejf; wyd. Rebis
fantastyka roku 2012: Dominik Sokołowski, Kwiat paproci, wyd. Rebis
okładka roku 2012: Elżbieta Cherezińska, Korona śniegu i krwi, wyd. Zysk i S-ka
wydawnictwo roku 2012: Rebis

Serdecznie gratuluję!





poniedziałek, 25 lutego 2013

Plebiscyt Złoty Kościej 2012



Do końca lutego można głosować w plebiscycie Złoty Kościej 2012 i wygrać 20 książek :-)
"Morderstwo na mokradłach" zostało nominowane w kategorii kryminał roku, a jego autorka będzie bardzo wdzięczna fanom Alfreda Bendelina za oddanie głosu na "Mnm".


Wszystkie szczegóły tutaj: PLEBISCYT ZŁOTY KOŚCIEJ 2012

czwartek, 24 stycznia 2013

Jarosław Grzędowicz w Lodowym Krakowie

Dziś w Krakowie w Klubie Pieprz i Wanilia na Gołębiej odbyło się spotkanie z autorem Pana Lodowego Ogrodu (pogoda jest jak najbardziej na temat, mój samochód przez trzy dni zamienił się w małą górę lodową i dzisiaj musiałam się poddać i przyznać, że tak, jednak potrzebuję pomocy i nie, zamierzanie się z siekierą na własny pojazd to nie jest dobry pomysł) i postanowiłam zamieścić krótką relację z tego miłego (czwartek, mała sobota!) wydarzenia.

W Pieprzu i Wanilii nigdy dotąd nie byłam - trochę trudno mi się połapać w tym ciągle zmieniającym się odcinku ulicy Gołębiej, odkąd już nie studiuję (a właściwie odkąd zamknęli Migrenę i zostałam pozbawiona dostępu do absolutnie niebiańskiego ciasta czekoladowego!) - ale to nowe miejsce całkiem mi się spodobało. Najlepsze wrażenie robiło zaangażowanie pracowników w organizację spotkania - nie wypadło to superprofesjonalnie, ale sympatycznie i zabawnie.

Początek spotkania zdominował niezamierzony komizm (wynikający znów - z młodzieńczego entuzjazmu prowadzącego), ale potem było już tylko lepiej i lepiej - oczywiście dzięki sile osobowości Jarosława Grzędowicza. Nigdy dotąd nie widziałam go na żywo, a teraz mogę osobiście zaręczyć, że to naprawdę fajny pan ^^ Powiedziałabym: no nonsence guy, a że właśnie piję dobry cydr, wspaniałomyślnie wybaczam sobie niemożność znalezienia polskiego odpowiednika. Większość zadawanych przez publiczność pytań, na które cierpliwie odpowiadał autor (a było ich naprawdę dużo) była sensowna, ale oczywiście nie wszystkie - a pan Grzędowicz potrafił niezwykle subtelnie i grzecznie dawać do zrozumienia, że oto odpowiada na jedno z tych głupszych.

Było dużo śmiechu, oklasków, trochę spoilerów (ja przeczytałam dopiero pierwszy tom / recenzja wkrótce / więc byłam szczególnie narażona i kilka razy zatykałam uszy) i perełek w rodzaju: "A czy nie przechowuje pan w szufladzie jakichś niewykorzystanych fragmentów PLO, z których jednak zdecydował się pan zrezygnować w ostatecznej wersji?" - "A wygląda na to?" ^^

Spotkanie trwało dwie godziny i dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy - na przykład to, że PLO ciągle jest nazywany tetralogią... błędnie! - bo to by oznaczało, że mamy do czynienia z kilkoma powieściami, a to jest, proszę państwa, przecież jedna powieść. Tylko długa.

Po spotkaniu w Pieprzu i Wanilii można było zamówić drinki ze specjalnie przygotowanego na tę okazję menu - pomysł wydawał się świetny, ale niestety pod intrygującymi, nawiązującymi do książki nazwami (m.in. "Drętwa woda", "Cyfral", "Ambria", "Żmijowe Gardło") kryły się rzeczy tak zwyczajne i niefantastyczne, że aż mi się odechciało. Ale - zaznaczam - pomysł był zacny i naprawdę fajnie, że prowadzący i pracownicy Pieprzu i Wanilii przeżywali razem z nami to spotkanie. "Warto było jechać, mili i sympatyczni chłopcy" - przypomina mi się cytat z nieśmiertelnej polskiej komedii, ale wyjątkowo używam go bez ironii.

Poniżej kilka zdjęć, jakość paskudna, bo nie opanowałam pożyczonego aparatu :-/ To w centrum rozmazane na niebiesko to Grzędowicz ;-)


   

 

Ludzie, przychodźcie na spotkania autorskie, bo to fajna sprawa!
(Cydr przeze mnie przemawia, niech mi ktoś odbierze laptopa...;-))

piątek, 7 grudnia 2012

Sasza Hady w Gdańsku!



Im bardzie pada śnieg...

13 grudnia Sasza Hady będzie gościem Oliwskiego Klubu Kryminału. Zapraszamy na spotkanie z Alfredem Bendelinem i doborowym kryminalnym towarzystwem! Spotkanie odbędzie się o 18tej w Bibliotece Oliwskiej na ul. Opata Rybińskiego 9 w Gdańsku.

czwartek, 25 października 2012

Hady na Krakowskich Targach Książki w niedzielę

Jeśli ktoś miałby ochotę się ze mną spotkać, otrzymać autograf itd., serdecznie zapraszam na stoisko FKO A 42 w niedzielę od 12tej do 13tej. 


środa, 10 października 2012

One day in real Moreton-in-Marsh

Polska wersja tekstu jest dostępna na ZwB 


Why Moreton-in-Marsh?
When I was searching for a suitable setting for my book, I decided I wanted write about a provincial English town that I hadn’t visited before. I prefer the idea of creating everything from scratch rather than trying to catch up with reality, so I wanted my town to be half real, half imagined. Thus I didn’t have any requirements for the place, I only wanted it to a have nice name and to be located no further than a two hours train ride from London.
I opened a map of England and started searching. Warwick – no, I have been there. Oxford – no (then main character would inevitably run into Inspector Morse!). Or maybe… Moreton-in-Marsh! Yes. That sounded good.  

Thus my adventure with the Costwolds began. When I actually learned more about Moreton-in-Marsh, I was a bit worried that despite its name, the town did not actually have a decent bog or marsh. And what's more I needed a fen! Well, it's in moments like these that imagination comes in handy. I decided on Moreton-in-Marsh and in my crime story book I gave it the most wonderful wetland one could wish for: wild, dangerous, dark… A perfect place for murder!

While describing and creating my Moreton-in-Marsh, I was supported by my friend Kit Donisthorpe, whose family comes from this region. Generously he endowed me with information about the various tourist attractions of Cotswolds, the Batsford Arboretum (which after dark becomes a really spooky place, almost begging for a bloody corpse) and ghost stories from Gloucestershire folkore. Thanks to Kit’s help, I could imagined my Batsford and create its alternative topography.  
  
Yet, when the book was finished, I felt overwhelming longing to visit the Cotswolds and see with my own eyes the real Moreton. In many ways I wanted to check “if I was right”. Therefore in April 2012 when I was in London I departed one sunny Sunday from Paddington Station for Moreton-in-Marsh, for the town that became so dear to my detective, Nicholas Jones. 



The bookshop – that’s the place!
Moreton-in-Marsh turned out to be a bit smaller and much more enchanting than I imagined it to be. As it was Sunday, I missed all the rush and bustle of market day. The High Street was calm and peaceful. People were strolling around, talking with other people standing on the pavement or sitting outside at the tables drinking coffee. It was a bracing and serene morning. The honey-coloured Cotswold stone was positively imbibing the sweet and raw April sunshine and I could smell the wonderful aroma of hot chocolate coming from “Tilly’s” tea house. It was all perfect. I looked around, satisfied and strangely moved. I saw the market hall, The Black Bear, the toy shop, the sign indicating the way to Batsford Arboretum, the bookshop… The bookshop! 

A little bit confused by my mixture of both strange familiarity and intriguing foreignness, I ran there willingly, as if it were a safe haven. As it turned out, the Cotswold Bookstore resembled a hobbit’s burrow rather than a harbour. As the owners say on their blog: narrow fronted, but surprisingly large. More and more amazed, I was exploring this extraordinary place step by step. Finally I reached a counter… and a rack in front of it… and my eyes practically popped out of their sockets! The rack was full of crime stories whose shiny covers left no doubt that the action was set in the Cotswolds! I was dumbfounded. How come..?! So… I was not the first one to come up with the great idea of writing a detective novel about the Cotswolds?  

A bookseller, noticing a new face and – possibly – the emotions visible on that face, approached me and asked if I was particularly interested in those writers. “Never heard of them!” I said, almost reproachingly and I asked if it were really that popular among writers to scatter their corpses all around the Cotswolds. Yeah, apparently so. The helpful bookseller (named Tony, as I learnt later), who himself looked as if he had stepped out of Tolkien’s books, printed for me a whole list of the names and titles. Rebecca Tope, M.C. Beaton, Ann Granger, Jane Bailey…  “A Cotswold Killing”, “Grave in the Cotswolds”, “A Cotswold Mystery”, “Death in the Cotswolds”… Overwhelmed, I told Tony everything about my detective, Alfred Bendelin aka Nick Jones, my almost adventitious interest in Moreton-in-Marsh, about the birth of my tiny village called Little Fenn… everything. He was very pleased to hear that I had written about his town – apparently the other crime stories set in the Cotswolds don’t focus on Moreton-in-Marsh. 

Tony answered all my questions about the bookstore which he runs with David and Nina. As I understood, The Cotswold Bookstore is rather a place of exchanging gossips than any significant amount of money, but Tony didn’t seem to be troubled by this. It’s a cosy, friendly place where readers come for little chat. They also organize meetings with the authors, who live in the Cotswolds and write about the Cotswolds (lucky guys!). Among them Polish readers will recognize M.C. Beaton, the creator of the nosy Agatha Raisin stories.  
If you visit Moreton-in-Marsh, you should definitely drop by Cotswold Bookstore. And there is their blog 



Honey-coloured marshmallows in Bourton-on-the-Hill
“Show me your shoes” demanded a lady in souvenir shop, though not unkindly, and then examined my trainers. “That’s ok, you'll be alright getting across the meadows” she said. “Is it very muddy?” I asked, full of hope. “No, it’s quite dry actually. There's been a drought here for quite a few years now”. 
Well, you can’t always get what you want... in real life. My Cotswold fens exist only in the book.
I said goodbye, wishing her a real downpour and I headed to Batsford. Eventually I decided to take the main road, not the shortcut, because I hadn't brought my map with me and I had a strange feeling that the local, if stopped for directions, would say something like: “Turn left behind the third sheep and then straight on till morning”.

It turned out that it’s actually quite a walk from Moreton-in-Marsh to Batsford. Fortunately though, I had a lot of time. And that’s why I gave into the temptation and climbed up to the beautiful panorama of Bourton-on-the-Hill, and didn’t turn straight towards the Batsford Arboretum.

The Cotswold Hills are truly an amazing part of England, famous due to the Cotswold stone, sheep farms and beautiful views. I have to admit that when people told me about the charm of the Cotswolds, I had some doubts. All those mild, green hills, calm pastures, small bridges over sleepy waters – it will be all sugary-sweet and mawkish, right? It’s not.

Bourton-on-the-Hill is maybe not the most attactive village in the Cotswolds, but it is still very pretty. On the both sides of the uphill road you can see the typical houses built from honey-coloured limestone, famous in the region. Limestone in Polish – “wapień” – brings association only with pale, indistinct chalk and for sure doesn’t give any idea about the richness of Cotswold stone colour. It says nothing about this golden hue, the tones of ocher, amber and honey, this mellow and warm tinge. My friend Kit says that “it's like they have absorbed the sun's heat and sit there glowing for hundreds of years”. For me this limestone it’s like crusty honey marshmallow or a jaggy cube of golden eye shadow.

Few houses were for sale. I looked at them greedily, imagining how nice it would be to live there and ride a bike to the bookstore in Moreton-in-Marsh for little chat every day. But the harsh truth is that in order to get one house like this, you have to be VERY rich (or have a fine family tradition of breeding sheep since ages past). South Gloucerstershire is a wealthy region, full of empty mansions and lonely, rich old ladies (maybe that’s why it’s such a good place for fictional crimes). Nearby, outside Minchinhampton, lives Princess Anne. Nice neighbourhood, eh?   



Batsford Arboretum
In Polish, the word „arboretum” sounds a bit mysterious, so I was surprised to learn that it just means “a park where you can admire trees”. Admire the trees, hmmm. I was quite skeptical about this idea while writing my book. I spent my childhood in a little house in the woods, so I doubted if there is anything about trees that could astonish me in anyway. Entering the arboretum I decided that I would show some fortitude and I would not stoop to goggling over trees. It might be alright for the daughter of a forester or biologist to gasp in awe at some cheery trees in bloom, but not a crime writer. So it’s good that nobody saw me there when I did! 
Eventually I just lay under them on the grass. From here the cheery flowers looked like galaxies made of delicate lace. 

In autumn the arboretum must look totally different and I hope that in future I will have opportunity to visit Batsford in the end of October to see it the way Nick Jones saw it while walking there with Ann Hope and her children.

From the park you enter Batsford though a stone, mossy gate. The village that I wrote about in my book consists, in reality, of few houses which by day seemed a bit abandoned. Most likely the owners of these wonderful limestone cottages only come here for the summer. The thing I found the most astonishing was that the real Bastford was so appallingly clean and tidy. The grass is perfectly mowed, the trees are well-maintained, the paths are carefully swept. On the doors of St. Mary church was pinned the sheet of paper that read: “Please keep door closed to keep birds out and please remove muddy boots“. The doors WERE closed. I hoped that maybe visiting the graveyard would be a thrilling experience, but unfortunately the graveyard looked like wedding cake. Just it was tombstones, not marchpane figures of newlyweds that protruded from its surface. The idea of burying someone there just seemed profane.   

When I was back in London, I shared my disappointment with my friends, Sandy and Leah.
“I imagined it to be more murky, you know. The ominous sound of the wind in the thicket, the demonically disheveled bushes, the taciturn villagers in ragged coats…”
“But twenty or thirty years ago I'm sure it was a lot more sombre” said Leah, trying to comfort me with her lovable American enthusiasm. “I’m telling you, I'm sure it was all gloomy, windy, scary, dark… Well, they would have had electricity already but…” she said hesitantly.
“But only just” said solemnly Sandy, nodding his head knowingly.



The Black Bear 
Thanks to Martha Grimes’ books I had assumed that all English pubs were friendly places where you could feel at home. It’s certainly true for The Black Bear in Moreton-in-Marsh. Well, if you are from Moreton-in-Marsh that is.

I came back from Batsford quite tired and as it was time to think about leaving Moreton, I wanted to visit The Back Bear. It was like a dessert of my trip, the cherry on the cake.  Excited, I went inside and immediately I drew the full attention of the regulars who were sitting there. They gazed at me with such an intensity that I blushed. I started to look around demonstratively, showing that I was just a plain tourist, but it didn’t help much. 
The pub was smaller than I expected, but the restaurant part was probably bigger. It was more cramped than cosy, but maybe that was just my impression, induced by the all those staring men. Well, at least the wooden bear was standing next to the window, that was the important thing.

I approached the barman timidly, a young man who seemed as bashful as I was. Actually, he looked a bit like Nick Jones from my book. As I was so confused I asked him a question that I had been asking all day around Moreton, trying to imagine how the town looked like back then, in the times of Nick Jones and Rupert Marley.
„Excuse me, could you tell me how long this pub has been here? Longer than twenty or thirty years, right?”
The young man blinked, clearly surprised, and just then I realized that I hadn’t needed to ask this question in a place like The Black Bear.
While the barman tried to choose the right century, some other man who was sitting at the bar, came closer to me. He was very friendly which was probably somehow connected with golden liquid that was served there.  
“Oh darling, this pub's been here for ages!” He spread his arms in a jovial gesture and managed not to fall from his chair. “Ages and ages! In the old days it was a traveling inn for them… them post carriages, you know. AGES” he emphasized once again, smiling to me.
“Thank you very much” I said. “and is that the famous Donnington ale?” I asked, pointing at the shiny taps.
They confirmed eagerly that it was. Unfortunately they didn’t have it in bottles, so I couldn’t take it with me and try it later. I was already tired and hungry (before my little excursion to Batsford I had only had a cup of wonderful hot chocolate with nutmeg, whipped cream and marshmallows at “Tilly’s”)  and I didn’t have time to eat dinner, because I had to catch my train to London. If I had drunk ale at the bar, I would have started singing merry music-hall songs, just like Rupert Marley. I was quite sure about that.
“And that’s the black bear?” I said, determined to ask about everything.
“Yes” said the barman who apparently got used to me already. “But… we actually had three of them. But the other two got nicked” he confessed quietly and blushed again.          



Hunting for policemen in Moreton-in-Marsh
Asking myself how drunk they had had to be not to notice that somebody was taking away two massive wooden figures, I went to the shop. I wanted to buy something to nibble in the train and I decided that a pint of milk and brownies would be the best choice. Whilst I was paying I realized that I forgot to ask the inhabitants of Moreton-in-Marsh about a very important matter. 

“The police station? In Moreton?” repeated the seller, looking with surprise at my shoppings. Maybe if I had bought doughnuts, my question would have been more understandable. “No, we don’t have a police station here in Moreton. The closest one is in Something-on-Something” he explained.
“Oh”
I probably looked quite disappointed, because he added warmly, as if to cheer me up:
“But there was one here a year ago. Then they closed it last year”
“Brilliant!” I said, brightening up immediately. “Great!”. And, satisfied, I went to the train station.
Thinking about it – what a pity that policemen from Moreton-in-Marsh couldn’t have stayed there for just one more year! They lost such a unique opportunity to hear about Constable Willy Talbot, Superintendent Linnet and – of course – Nick Jones.  


Kit, thank you again for your help! :-*

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Konkurs z mokradłem


Egzemplarz "Morderstwa na mokradłach" można wygrać w konkursie organizowanym przez Zbrodnicze Siostrzyczki - więcej szczegółów TUTAJ
Mokradłowy konkurs trwa do 15 września.
Powodzenia!

niedziela, 26 sierpnia 2012

Rozmowy blogerów z Saszą Hady



Największym mankamentem dość uprzywilejowanej poza tym sytuacji debiutanta jest to, że nikt nic o nim nie wie. Oczywiście najlepszą wizytówką każdego autora jest jego książka, ale "Morderstwo na mokradłach" ukazało się stosunkowo niedawno i nie wszyscy mieli okazję się z nim zapoznać. A zanim zdecydujecie się na lekturę, być może będziecie się zastanawiać, kim w ogóle jest ta cała Sasza Hady.
Dzięki konkursowi na wywiad zorganizowany przez Syndykat Zbrodni w Bibliotece i Oficynkę blogerzy mieli szansę dowiedzieć się o Saszy bardzo wiele, może nawet za dużo ;-)
Dla mnie zaś była to (i jest) świetna okazja, żeby lepiej Was, blogerów, poznać. Rozmawiało mi się z Wami bardzo miło i naprawdę bardzo się cieszę, że każdy z Was zostanie nagrodzony. Dziękuję za zainteresowanie i życzę Wam wielu udanych wywiadów z różnymi autorami.

Rozmawiałam:

O kompromitujących rodzinnych historiach, dzieciństwie na leśniczówce i bajkach - z Molioo na na blogu Czytając świat

O prywatnych śledztwach, literackich wzorach do naśladowania i zwykłym dniu Saszy - z Miqą-Detektywem na blogu Miqaisonfire

O własnym miejscu na ziemi, inspiracjach i ulubionych klasykach kryminałów - z Panną Zuzanną na blogu Pannazuzanna

O marzeniach na przyszłość, wprawkach literackich, które poprzedziły narodziny "Morderstwa na mokradłach" i adresie Sherlocka Holmesa - z Dusią na blogu Mój świat

O wrażeniach po napisaniu książki, postaciach kobiecych w "Morderstwie na mokradłach" i najlepszym miejscu do pisania - z Nightingale na jej blogu Nightingale

O pseudonimach literackich, przygodach w Gruzji i planach na daleką przyszłość, obejmujących - z jakiegoś powodu - lisy i Jacka Danielsa - z Finkąą na blogu Poduszkowietz 

O tym, czy pisanie książki jest przyjemnością czy zabawą, o reakcjach moich znajomych i przekleństwach nieśmiałości - z Elen na blogu Magic of words

O okładkach kryminałów, Joe Alexie i moim blogowym nicku - z twórcą bloga Tramwaj nr 4

O romansach, wyprawie na angielską prowincję i pułapkach schematu - z Abigail na blogu Spędzam życie wsunięta między kartki książek

O tym, dlaczego nie przepadam za thillerami, o metodach pracy nad książką i ulubionym książkowym detektywie - z Shirleyek na blogu Z książką w wannie 

O przepisie na udaną książkę, ulubionych blogach i książkach, których nie lubię - z Karribą na blogu W bibliotece Karriby

O oazach, spotkaniach z naturą i pisaniu do szuflady - z Ejotkiem na blogu Ejotkowe postrzeganie świata 

Przypominam, że konkurs na wywiad z Saszą ciągle trwa!

Drive (Kuzynka Sasza wyjątkowo o filmie!)



Drive
USA, 2011, czas trwania: 1:40 h
Reżyseria: Nicolas Winding Refn
Scenariusz: Hossein Amini
Występują: Ryan Gosling, Carey Mulligan, Christina Hendricks, Ron Perlman
Na postawie powieści Jamesa Sallisa

Jak przyznałam się w jednym z wywiadów, moim ulubionym filmem jest Leon Zawodowiec. Dodam, że nie tylko ulubionym, ale też wyczekanym.
Kiedy byłam mała, moja dużo-starsza-siostra miała wypożyczalnię kaset wideo, która jawiła mi się jako przestrzeń rajska. To znaczy niektóre rzeczy były zabronione. Rozumiałam, dlaczego nie mogę oglądać pewnych filmów, natomiast tajemnicą pozostawało dla mnie, czemu zakaz obejmuje też Leona Zawodowca. „To nie jest film dla małych dziewczynek” powtarzała moja siostra, robiąc filmowi Luca Bessona reklamę na całe moje życie. Kiedy wreszcie mogłam sama decydować, co mi wolno, obejrzałam Leona z wypiekami na twarzy i zapartym tchem (wersję niereżyserską, zaznaczam; director’s cut w tym wypadku to moim zdaniem jakaś pomyłka).  
Na Drive nie musiałam wcale czekać. Któregoś letniego wieczora zostałam po prostu usadzona przez parę moich przyjaciół przed ich wielkim, nowym telewizorem i uraczona sporą dawką min Ryana Goslinga. Chociaż niektórzy uważają, że w tym filmie prezentował tylko jedną minę, o taką:



Nie byłam nigdy fanką tego aktora i dalej nie jestem – więc można uznać, że moja opinia o Drive jest obiektywna.
No więc byłam zachwycona. W pierwszej chwili pomyślałam, że to taki nowy Leon Zawodowiec – film kultowy z rodzaju tkliwych i drapieżnych jednocześnie, taki, który niezaprzeczalnie służy rozrywce, ale jednak jakoś tak klei się do serca. Ale Drive jest mniej dziecinny niż Leon, lepiej dopracowany i nowocześniejszy (ale w dobrym tego słowa znaczeniu).
Drive to film bardzo ciemny i nie chodzi o to, że większość wydarzeń rozgrywa się w nocy albo w słabo oświetlonych pomieszczeniach, windach, garażach. Chociaż to też ma swoje znaczenie, oczywiście. Drive ma w sobie jakąś taką podskórną mroczność, którą widz się od razu zaraża – to pulsująca ciemność miasta, którą żarzące się neony tylko podkreślają. Jest to mrok ekscytujący, niebezpieczny, tajemniczy i groźny – tak jak główny bohater filmu.

Pozornie mamy tu do czynienia z bardzo prostą historią: gangsterskie porachunki, pościgi, napady, parę trupów. A na tle tego wszystkiego intrygująca opowieść o rodzącym się nieśmiało uczuciu. Na pewno część „kultowości” Drive opiera się właśnie na tym kontraście między mrocznym życiem miasta a zwyczajną codziennością. Życie męża Irene przypomina może słaby film sensacyjny (bo Standard żadnym bohaterem nie jest), ale ona na co dzień musi zrobić zakupy, zajmować się dzieckiem…  Ta słoneczna prostota, bezpieczna zwyczajność przyciągają Kierowcę, który w pewnym momencie orientuje się, że tę enklawę normalności trzeba chronić. Ale czy właśnie on nadaje się na stróża spokoju i bezpieczeństwa rodzinnego ogniska?

W Drive niewiele się mówi, chociaż rozmawia się całkiem sporo – po prostu większość tych dialogów obywa się bez słów. Wymiany spojrzeń, nagłe zmiany atmosfery, przyśpieszający puls, wszystko to ma swój ciężar znaczeniowy i sprawia, że Drive aż iskrzy napięciem. Z drugiej strony kiedy wreszcie bohaterowie zdecydują się coś powiedzieć na głos, to choćby były to zupełnie zwyczajne słowa, natychmiast nabierają głębi. I to właśnie wypowiedzi bohaterów najlepiej ich określają – jest tak zarówno w przypadku Irene, Berniego, Blanche (w tej roli wspaniała Christina Hendricks), jak i Nino czy Standarda Gabriela, człowieka jednego żartu (nie swojego zresztą). Z tego co i w jaki sposób mówią, możemy się domyślić mgliście całej ich życiowej historii.



Drive to film bardzo subtelny, pełen niedopowiedzeń i urwanych słów, które giną gdzieś na obrzeżach okalającej cały filmowy świat ciemności – a jednocześnie bardzo brutalny. Ja miałam to szczęście, że przy oglądaniu mogłam liczyć na wskazówki w rodzaju: „A teraz lepiej zamknij oczy. I uszy może też zatkaj”, jednak ci, którym podczas seansu nie będzie dane towarzystwo osób znających już film, powinni się psychicznie przygotować na sporą dawkę przemocy. Przy tym nie chodzi tu raczej o ilość, ale o jakość. Te mocne sceny poruszają tym bardziej, że są skontrastowane z momentami poetyckiego wręcz spokoju, w których do głosu dochodzą subtelnie przedstawione uczucia i emocje.



Tym, co może w przypadku Drive wywoływać kontrowersje, jest wspomniana już kultowość tego filmu. Otóż wydaje się, że ten film powstawał już jako kultowy, czyli właściwie o tym, że będzie właśnie taki, zdecydowali nie widzowie, lecz twórcy. Na pewno nie jest to film „zrobiony pod publikę”, ale te wszystkie kurtki ze skorpionami, miny Goslinga, te pościgi i strzelaniny, cała ta mroczno-neonowa demonstracyjność każe się zastanowić, czy głębiny Drive nie są płytsze, niż się zdaje. 
Moim zdaniem jest to celowy zabieg – widz powinien sobie odpowiedzieć na pytanie, czego tak naprawdę oczekuje od tego rodzaju produkcji i czy potrafi sam odróżnić kultowy autentyk od sprytnej podróbki.    
     
Podobnie mieszane uczucia może wywoływać główny bohater. Jaki jest? Co kryje się za tym jego milczeniem – łagodność czy bezwzględność? Luc Besson mówił, że tworząc postać Leona, chciał pokazać osiłka o wielkim sercu i mózgu kurczątka. Czy podobnie jest w przypadku bohatera Drive? Znowu musimy odpowiedzieć sobie na to sami.  

Poza wspaniałą obsadą kolejną zaletą filmu jest soundtrack. Uwaga – mocno uzależnia. Po kilkukrotnym przesłuchaniu go, nabrałam pewności, że podobał mi się nawet bardziej niż sam film. Nawet jeśli nie skusicie się na Drive, posłuchajcie. Potem już będziecie musieli to obejrzeć.

Real Hero, Electric Youth & College - posłuchaj na You Tube

Jeśli chodzi o zakończenie, dla mnie było całkowicie satysfakcjonujące. Zwykle nie przepadam za zakończeniami otwartymi, ale to naprawdę mnie przekonało. Ostatnie sceny Drive określiłabym jako bardzo prowokujące – są wyzwaniem zarówno dla naszego cynizmu, jak i naszej naiwności. 



wtorek, 21 sierpnia 2012

Konkurs z "Alfredem"!


Uwaga, uwaga!
Teraz w konkursie organizowanym przez ZwB i Oficynkę można wygrać egzemplarz "Morderstwa na mokradłach" i zapoznać się bliżej z przygodami Alfreda Bendelina!
Więcej szczegółów TUTAJ
Macie czas do 2 września :-) Powodzenia!

sobota, 7 lipca 2012

Kuzynka Sasza poleca... się!



Alfred Bendelin, prywatny detektyw (dyskrecja gwarantowana)


Alfred Bendelin, najsłynniejszy prywatny detektyw Londynu, nie może narzekać na swój los: jest rozchwytywany zarówno przez majętnych klientów, jak i rozkochane w nim wielbicielki. Brawurowo rozwiązuje sprawę za sprawą, przyprawiając funkcjonariuszy Scotland Yardu o ból zębów i koszmary nocne. Słynie z niezawodnego lewego sierpowego, piekielnej inteligencji i zniewalającego uśmiechu. Jest tylko jeden problem: Alfred Bendelin nie istnieje.
W postać znanego z powieści kryminalnych detektywa wciela się niejaki Nicholas Jones – wbrew wszystkim swoim zasadom i zdrowemu rozsądkowi. Z dnia na dzień porzuca wygodne życie w wielkim mieście i wyrusza na prowincję, aby rozwikłać zagadkę tajemniczego morderstwa. Tak – oczywiście wszystko to dla pewnych pięknych niebieskich oczu.
W otoczonej mokradłami osadzie Little Fenn zostaje znaleziona głowa znanego w okolicy domokrążcy. Wydaje się, że nikt z mieszkańców wioski nie miał motywu, by go zamordować, ale ich dziwne zachowanie zwraca uwagę samozwańczego detektywa. Wśród jesiennych mgieł spowijających torfowiska czai się zło... 

W piątek trzynastego lipca ukaże się nakładem Oficynki opowieść o Alfredzie Bendelinie i Nicku Jonesie. Będzie śmieszno i straszno. Mała wioska zagubiona wśród wzgórz Cotswold i ponurych mokradeł, zupa z dyni, detektyw z przypadku, ekscentryczny pisarz, gromadka bardzo dziwnych dzieci, wścibscy sąsiedzi, trzy interesujące młode kobiety i dwie despotyczne ciotki... Coś dla miłośników kryminalnych intryg w starym stylu i wielbicieli Joe Alexa. 
Będzie się działo!