niedziela, 26 sierpnia 2012

Drive (Kuzynka Sasza wyjątkowo o filmie!)



Drive
USA, 2011, czas trwania: 1:40 h
Reżyseria: Nicolas Winding Refn
Scenariusz: Hossein Amini
Występują: Ryan Gosling, Carey Mulligan, Christina Hendricks, Ron Perlman
Na postawie powieści Jamesa Sallisa

Jak przyznałam się w jednym z wywiadów, moim ulubionym filmem jest Leon Zawodowiec. Dodam, że nie tylko ulubionym, ale też wyczekanym.
Kiedy byłam mała, moja dużo-starsza-siostra miała wypożyczalnię kaset wideo, która jawiła mi się jako przestrzeń rajska. To znaczy niektóre rzeczy były zabronione. Rozumiałam, dlaczego nie mogę oglądać pewnych filmów, natomiast tajemnicą pozostawało dla mnie, czemu zakaz obejmuje też Leona Zawodowca. „To nie jest film dla małych dziewczynek” powtarzała moja siostra, robiąc filmowi Luca Bessona reklamę na całe moje życie. Kiedy wreszcie mogłam sama decydować, co mi wolno, obejrzałam Leona z wypiekami na twarzy i zapartym tchem (wersję niereżyserską, zaznaczam; director’s cut w tym wypadku to moim zdaniem jakaś pomyłka).  
Na Drive nie musiałam wcale czekać. Któregoś letniego wieczora zostałam po prostu usadzona przez parę moich przyjaciół przed ich wielkim, nowym telewizorem i uraczona sporą dawką min Ryana Goslinga. Chociaż niektórzy uważają, że w tym filmie prezentował tylko jedną minę, o taką:



Nie byłam nigdy fanką tego aktora i dalej nie jestem – więc można uznać, że moja opinia o Drive jest obiektywna.
No więc byłam zachwycona. W pierwszej chwili pomyślałam, że to taki nowy Leon Zawodowiec – film kultowy z rodzaju tkliwych i drapieżnych jednocześnie, taki, który niezaprzeczalnie służy rozrywce, ale jednak jakoś tak klei się do serca. Ale Drive jest mniej dziecinny niż Leon, lepiej dopracowany i nowocześniejszy (ale w dobrym tego słowa znaczeniu).
Drive to film bardzo ciemny i nie chodzi o to, że większość wydarzeń rozgrywa się w nocy albo w słabo oświetlonych pomieszczeniach, windach, garażach. Chociaż to też ma swoje znaczenie, oczywiście. Drive ma w sobie jakąś taką podskórną mroczność, którą widz się od razu zaraża – to pulsująca ciemność miasta, którą żarzące się neony tylko podkreślają. Jest to mrok ekscytujący, niebezpieczny, tajemniczy i groźny – tak jak główny bohater filmu.

Pozornie mamy tu do czynienia z bardzo prostą historią: gangsterskie porachunki, pościgi, napady, parę trupów. A na tle tego wszystkiego intrygująca opowieść o rodzącym się nieśmiało uczuciu. Na pewno część „kultowości” Drive opiera się właśnie na tym kontraście między mrocznym życiem miasta a zwyczajną codziennością. Życie męża Irene przypomina może słaby film sensacyjny (bo Standard żadnym bohaterem nie jest), ale ona na co dzień musi zrobić zakupy, zajmować się dzieckiem…  Ta słoneczna prostota, bezpieczna zwyczajność przyciągają Kierowcę, który w pewnym momencie orientuje się, że tę enklawę normalności trzeba chronić. Ale czy właśnie on nadaje się na stróża spokoju i bezpieczeństwa rodzinnego ogniska?

W Drive niewiele się mówi, chociaż rozmawia się całkiem sporo – po prostu większość tych dialogów obywa się bez słów. Wymiany spojrzeń, nagłe zmiany atmosfery, przyśpieszający puls, wszystko to ma swój ciężar znaczeniowy i sprawia, że Drive aż iskrzy napięciem. Z drugiej strony kiedy wreszcie bohaterowie zdecydują się coś powiedzieć na głos, to choćby były to zupełnie zwyczajne słowa, natychmiast nabierają głębi. I to właśnie wypowiedzi bohaterów najlepiej ich określają – jest tak zarówno w przypadku Irene, Berniego, Blanche (w tej roli wspaniała Christina Hendricks), jak i Nino czy Standarda Gabriela, człowieka jednego żartu (nie swojego zresztą). Z tego co i w jaki sposób mówią, możemy się domyślić mgliście całej ich życiowej historii.



Drive to film bardzo subtelny, pełen niedopowiedzeń i urwanych słów, które giną gdzieś na obrzeżach okalającej cały filmowy świat ciemności – a jednocześnie bardzo brutalny. Ja miałam to szczęście, że przy oglądaniu mogłam liczyć na wskazówki w rodzaju: „A teraz lepiej zamknij oczy. I uszy może też zatkaj”, jednak ci, którym podczas seansu nie będzie dane towarzystwo osób znających już film, powinni się psychicznie przygotować na sporą dawkę przemocy. Przy tym nie chodzi tu raczej o ilość, ale o jakość. Te mocne sceny poruszają tym bardziej, że są skontrastowane z momentami poetyckiego wręcz spokoju, w których do głosu dochodzą subtelnie przedstawione uczucia i emocje.



Tym, co może w przypadku Drive wywoływać kontrowersje, jest wspomniana już kultowość tego filmu. Otóż wydaje się, że ten film powstawał już jako kultowy, czyli właściwie o tym, że będzie właśnie taki, zdecydowali nie widzowie, lecz twórcy. Na pewno nie jest to film „zrobiony pod publikę”, ale te wszystkie kurtki ze skorpionami, miny Goslinga, te pościgi i strzelaniny, cała ta mroczno-neonowa demonstracyjność każe się zastanowić, czy głębiny Drive nie są płytsze, niż się zdaje. 
Moim zdaniem jest to celowy zabieg – widz powinien sobie odpowiedzieć na pytanie, czego tak naprawdę oczekuje od tego rodzaju produkcji i czy potrafi sam odróżnić kultowy autentyk od sprytnej podróbki.    
     
Podobnie mieszane uczucia może wywoływać główny bohater. Jaki jest? Co kryje się za tym jego milczeniem – łagodność czy bezwzględność? Luc Besson mówił, że tworząc postać Leona, chciał pokazać osiłka o wielkim sercu i mózgu kurczątka. Czy podobnie jest w przypadku bohatera Drive? Znowu musimy odpowiedzieć sobie na to sami.  

Poza wspaniałą obsadą kolejną zaletą filmu jest soundtrack. Uwaga – mocno uzależnia. Po kilkukrotnym przesłuchaniu go, nabrałam pewności, że podobał mi się nawet bardziej niż sam film. Nawet jeśli nie skusicie się na Drive, posłuchajcie. Potem już będziecie musieli to obejrzeć.

Real Hero, Electric Youth & College - posłuchaj na You Tube

Jeśli chodzi o zakończenie, dla mnie było całkowicie satysfakcjonujące. Zwykle nie przepadam za zakończeniami otwartymi, ale to naprawdę mnie przekonało. Ostatnie sceny Drive określiłabym jako bardzo prowokujące – są wyzwaniem zarówno dla naszego cynizmu, jak i naszej naiwności. 



Agatha Raisin i wredny weterynarz - M.C. Beaton

M.C. Beaton,
Agatha Raisin i wredny weterynarz
tłum. S. Jan
Edipresse
Warszawa 2012

W Carsely w urokliwym angielskim Cotswolds zostaje otwarta nowa przychodnia weterynaryjna. W tak małej miejscowości już samo to dostarczyłoby plotek na cały tydzień, tymczasem – ku radości wszystkich okolicznych starych panien – okazuje się na dodatek, że świeżo przybyły weterynarz jest przystojnym, uwodzicielskim mężczyzną. Nie tracąc czasu, wszystkie damy z Carsely i okolic zakładają swoje najlepsze komplety bielizny wyszczuplającej, biorą Bogu ducha winnych pupili pod pachę i pędzą do poczekalni przychodni. Dosyć szybko robi się tam tłoczno. Wśród zamartwiających się tajemniczym i nagłym pogorszeniem się stanu zdrowia swojego zwierzaka jest również Agatha Raisin, zdecydowana wygrać ten wyścig. Skoro nie udało się z chłodnym Jamesem Laceyem… Paul Bladen, nowy weterynarz, wydaje się przynajmniej o wiele bardziej przystępny. Nawet zaprasza Agathę na kolację.
Tłumy w poczekalni zaczynają się jednak szybko przerzedzać. Wydaje się, że Bladen… nie lubi zwierząt. A niewiele jest rzeczy, które mogłyby tak skutecznie odstraszyć pełną nadziei starą pannę lub wdowę, jak brutalne traktowanie jej ukochanego zwierzątka. O ile jednak nowy weterynarz nie ma dobrej ręki do piesków i kotków, o tyle świetnie radzi sobie ze zwierzętami gospodarskimi. Właśnie dlatego to jego lord Pendlebury prosi o przeprowadzenie zabiegu na jednym ze swoich wyścigowych koni. Zabieg niestety zakończył się śmiercią. Weterynarza.
Agatha Raisin, która już wcześniej miała przeczucie, że od Paula Bladena lepiej trzymać się z daleka, teraz zaczyna podejrzewać, że weterynarz mógł mieć jakichś wrogów, a jego przedwczesne zejście nie było wynikiem wypadku. Wspólnie z Jamesem Laceyem, szukającym wymówki, żeby tylko nie zasiąść do pisania swojej książki, rozpoczyna amatorskie śledztwo, próbując ukrywać je przed Billem Wongiem, zaprzyjaźnionym policjantem.
Agatha Raisin i wredny weterynarz to druga część popularnego cyklu M.C. Beaton, który niedawno zaczął ukazywać się w Polsce. Kolejne tomy, przykuwające uwagę bardzo udanymi, kolorowymi okładkami, możemy kupić co dwa tygodnie w każdym kiosku. Trzeba przyznać, że kryminały M.C. Beaton to dobra propozycja na wakacyjną lekturę – poręczne tomiki można zabrać ze sobą do pociągu lub na plażę i na kilka godzin przenieść się na spokojną angielską prowincję.
Bohaterka cyklu, Agatha Raisin, porównywana jest do panny Marple, co mnie wydaje się niejakim nadużyciem, działającym na niekorzyść samej Raisin. Dla mnie urocza stara panna, stworzona przez Agathę Christie, to przede wszystkim uosobienie dobrych manier, taktu, subtelnego poczucia humoru życzliwego zrozumienia dla ludzkich słabości i – oczywiście – ponadprzeciętnej inteligencji. Tymczasem Agatha Raisin bynajmniej nie grzeszy dobrym wychowaniem, wyrozumiałością czy wrodzoną elegancją angielskiej damy. Trudno też powiedzieć, że na co dzień jest szczególnie bystra (o pewnych brakach w tej kwestii świadczą niezliczone gafy, jakie popełnia). Co zatem sprawia, że Agatha Raisin jest dobrym materiałem na detektywa i – postać literacką? Otóż Agatha jest niebywale, zdumiewająco, kosmicznie wręcz wścibska i uparta. Kiedy raz wpadnie na trop zbrodni, nic nie zdoła jej powstrzymać. Jest jak rasowy pies myśliwski, który może na pierwszy rzut oka nie wydaje się ósmym cudem świata, ale gdy nadchodzi czas polowania, zostawia wszystkich daleko w tyle. Zaś to, że bywa małostkowa, próżna i infantylna, dodaje jej wiarygodności i jest rzecz jasna źródłem komizmu (niekiedy dość rubasznego). Podsumowując, Agathę Raisin trudno polubić od pierwszego wejrzenia, ale bardzo dobrze się o niej czyta.
M.C. Beaton pisze lekko – jak dla mnie momentami być może zbyt lekko. W świat jej książek nie da się głęboko zanurkować, tak jak w przypadku Marthy Grimes czy P.D. James. Trudno jednak tak naprawdę uczynić z tego zarzut – po pierwsze cykl o Agacie Raisin to trochę inna gałąź kryminalnego drzewa, o wiele bardziej nastawiona na lekturę dla czystej rozrywki, a do drugie – czy można mieć pretensje, że coś czyta się zbyt łatwo?     

wtorek, 21 sierpnia 2012

Konkurs z "Alfredem"!


Uwaga, uwaga!
Teraz w konkursie organizowanym przez ZwB i Oficynkę można wygrać egzemplarz "Morderstwa na mokradłach" i zapoznać się bliżej z przygodami Alfreda Bendelina!
Więcej szczegółów TUTAJ
Macie czas do 2 września :-) Powodzenia!

niedziela, 8 lipca 2012

Miedziana Wenus - Lindsey Davis


Miedziana Wenus
Lindsey Davis
tłum. Konrad Majchrzak
Rebis, Poznań 2009


W trzecim tomie przygód Marka Dydiusza Falkona, pechowego zawadiaki i bystrego detektywa, spotykamy naszego bohatera w miejscu dość niefortunnym – w więzieniu Lautumie, w towarzystwie ciekawskiego (i prawdopodobnie głodnego) szczura. Marek trafił tam dzięki uprzejmości nienawidzącego go szpiega pałacowego, Anakrytesa, i nie zapowiada się, żeby miał zbyt prędko opuścić to mało przytulne miejsce odosobnienia. Na szczęście na ratunek pośpieszy mu ukochana kobieta… czyli jego niezawodna matka. Druga niezawodna kobieta jego życia, Helena, nie wyprzedziła matki Marka tylko dlatego, że była zajęta opłacaniem jego czynszu… Trzeba powiedzieć, że Falko ma szczęście do kobiet – widać to było już w dwóch poprzednich tomach, w tym jednak pojawia się jeszcze więcej kobiet. I dobrze! Im więcej, tym lepiej!



Seweryna Zotyka, najbardziej intrygująca bohaterka Miedzianej Wenus, nikomu nie przynosi szczęścia.  Można powiedzieć, że to osoba niezwykle pechowa, z tym, że przynosi nieszczęście głównie mężczyznom, którzy dali się oczarować jej rudym lokom i uroczej piegowatej buzi. Krótko mówiąc – Seweryna jest zawodową panną młodą. Ledwie wyjdzie za mąż, a już nieszczęsny oblubieniec pada na atak serca, dławi się pigułką, tudzież kończy w żołądku czarnej pantery. No cóż – trzeba przyznać, że wyobraźni tej kobiecie nie brakuje. A teraz właśnie upatrzyła sobie nową zdobycz – bogatego wyzwoleńca Hortensjusza Nowusa. Na szczęście kochający domownicy Nowusa postanowili chronić swojego przyjaciela i wynajęli prywatnego detektywa, by uroczyście skompromitował lub skutecznie przekupił Sewerynę. Tak, to właśnie Marek Dydiusz Falko ma stanąć na drodze raźno biegnącej do ołtarza Zotyce. Sprawa wydaje się dość prosta, klienci są więcej niż wypłacalni, a Marek ma przecież wprawę w wykonywaniu podobnych zleceń. Problem w tym, że Seweryna to doświadczony, przebiegły gracz, który dodatkowo dysponuje potężną bronią: urokiem osobistym. A przecież wiemy, że Marek – chociaż dotąd bezwzględnie wierny Helenie – nie jest obojętny na wdzięki sprytnych kusicielek.  

Motyw czarnej wdowy jest stosunkowo mało oklepany w kryminałach i bardzo mnie ucieszyło, że autorka postanowiła zająć się tym tematem. Staram się być obiektywna i bezstronna, jeśli chodzi o „płeć” kryminału, ale tym razem muszę przyznać, że bardzo się cieszę, że Lindsey Davis jest kobietą i że to właśnie ona stworzyła Marka Dydiusza. Zdecydowanie ma dobrą rękę do postaci kobiecych – wszystkie portrety bohaterek są zawsze wspaniale dopracowane, z jednej strony dość głębokie psychologicznie, a z drugiej na szczęście wolne od babrania się w emocjach dla samej przyjemności niewczesnego psychologizowania. Mimo że akcja w kryminałach Davis toczy się naprawdę wartko i czytelnik ani przez chwilę się nie nudzi, to jednak jest czas na smakowite opisy strojów i biżuterii – szczególnie ładnie wypadło to w przypadku ametystowej szaty Hortensji Atylii, starannie dobranych kolorystycznie ubrań Seweryny, a także (oczywiście!) Heleny Justyny i jej szpilek do włosów w kości słoniowej…  

Miedziana Wenus to kolejny doskonały kryminał, który utwierdził mnie w moich ciepłych uczuciach dla Falkona – i niechęci do papug (również tych feministycznie nastawionych). Następna w kolejce jest Żelazna ręka Marsa i już nie mogę się doczekać, kiedy ją dorwę, bo podobno tam wreszcie boski Tytus rusza smalić cholewki do Heleny Justyny. Nie mam wątpliwość, że ukochana Falkona umiałaby chłodno odrzucić awanse nawet samego cesarza, ale z drugiej strony… fajny ten Tytus;-)    

sobota, 7 lipca 2012

Kuzynka Sasza poleca... się!



Alfred Bendelin, prywatny detektyw (dyskrecja gwarantowana)


Alfred Bendelin, najsłynniejszy prywatny detektyw Londynu, nie może narzekać na swój los: jest rozchwytywany zarówno przez majętnych klientów, jak i rozkochane w nim wielbicielki. Brawurowo rozwiązuje sprawę za sprawą, przyprawiając funkcjonariuszy Scotland Yardu o ból zębów i koszmary nocne. Słynie z niezawodnego lewego sierpowego, piekielnej inteligencji i zniewalającego uśmiechu. Jest tylko jeden problem: Alfred Bendelin nie istnieje.
W postać znanego z powieści kryminalnych detektywa wciela się niejaki Nicholas Jones – wbrew wszystkim swoim zasadom i zdrowemu rozsądkowi. Z dnia na dzień porzuca wygodne życie w wielkim mieście i wyrusza na prowincję, aby rozwikłać zagadkę tajemniczego morderstwa. Tak – oczywiście wszystko to dla pewnych pięknych niebieskich oczu.
W otoczonej mokradłami osadzie Little Fenn zostaje znaleziona głowa znanego w okolicy domokrążcy. Wydaje się, że nikt z mieszkańców wioski nie miał motywu, by go zamordować, ale ich dziwne zachowanie zwraca uwagę samozwańczego detektywa. Wśród jesiennych mgieł spowijających torfowiska czai się zło... 

W piątek trzynastego lipca ukaże się nakładem Oficynki opowieść o Alfredzie Bendelinie i Nicku Jonesie. Będzie śmieszno i straszno. Mała wioska zagubiona wśród wzgórz Cotswold i ponurych mokradeł, zupa z dyni, detektyw z przypadku, ekscentryczny pisarz, gromadka bardzo dziwnych dzieci, wścibscy sąsiedzi, trzy interesujące młode kobiety i dwie despotyczne ciotki... Coś dla miłośników kryminalnych intryg w starym stylu i wielbicieli Joe Alexa. 
Będzie się działo!  

niedziela, 3 czerwca 2012

Uwikłanie - Zygmunt Miłoszewski

Uwikłanie
Zygmunt Miłoszewski
WAB 
Warszawa 2007



O Zygmuncie Miłoszewskim zrobiło się ostatnio tak głośno, że musiałam nadrobić zaległości w lekturze i wreszcie przeczytać Uwikłanie. Nie będę oryginalna – podobało mi się. Dlaczego jednak aż tak długo zajęło mi przekonywanie się do tej książki, skoro nazwisko autora od lat nie jest mi obce? Zastanowiłam się nad tym uczciwie i doszłam do nieco niepokojących wniosków. Ale po kolei – najpierw kilka słów o książce.

Pomysł, aby na klasyczny schemat zamkniętego pokoju nałożyć – niczym dodatkową warstwę akwareli – sytuację sesji psychologicznej, od początku wydawał mi się dość ryzykowny, ale przez to bardzo interesujący. Z takiego przeplecenia motywów, emocji i wątków po prostu musiało wyniknąć coś ciekawego i nieoczekiwanego. Spodziewałam się niespodzianki, ale i tak spotkało mnie zaskoczenie – a kryminały wszak powinny być zaskakujące. Czy można kogoś zamordować w afekcie, nie mając tak naprawdę żadnego motywu? Do czego mogą doprowadzić eksperymenty z ludzką psychiką i czy bezpiecznie jest ufać terapeutom? Prokuratorowi Teodorowi Szackiemu, prowadzącemu śledztwo w sprawie zabójstwa jednego z uczestników nietypowej sesji psychologicznej, niełatwo przyjdzie znalezienie pierwszego punktu zaczepienia w tej zagadce. Trzy osoby, które poza nieboszczykiem Telakiem brały udział w sesji, były dla ofiary zupełnie obce i nie miały żadnego motywu, podobnie jak nie miał go opiekujący się nimi terapeuta, Cezary Rudzki. Poza tym Henryk Telak najwyraźniej nie miał wrogów i prowadził dość nudne życie – ot, kolejny szary obywatel przytłoczony spadającymi na niego nieszczęściami. W końcu, kiedy Szackiemu pozostaje albo uwierzyć w tajemnicze działanie pola psychicznego i dość szarlatańską teorię ustawień Hellingera, albo odłożyć akta sprawy do przegródki „niewyjaśnione”, wreszcie pojawia się trop…

Za największy atut Uwikłania uznałabym prowokacyjną wręcz nieefekciarskość – tam, gdzie inni osunęliby się w sztampę i dramatyzowanie, Miłoszewski woli wygasić światła, ironicznie zmilczeć i niespodziewanie przesunąć akcenty. Ten zabieg ładnie się komponuje z rozpoczynaniem każdego rozdziału od krótkiego podsumowania „wiadomości dnia”. Na co dzień możemy obserwować  niezamierzony komizm wynikający z zestawienia różnych informacji w „aktualnościach”, ale w Uwikłaniu zostało to przedstawione naprawdę wybornie.

Jeśli chodzi o bohaterów, to powiem od razu, że Szackiego nie polubiłam (w prawdziwym życiu nie znoszę takich dwulicowych mężów, którzy „oczywiście, że kochają swoją żonę” i „oczywiście, że ją zdradzają”, więc niby czemu miałabym ich lubić w literaturze?), ale nie przeszkodziło mi to docenić precyzyjnej  konstrukcji tej postaci. Jest to człowiek na tyle skomplikowany, żeby wzbudzić zainteresowanie czytelnika, a jednocześnie na tyle przejrzysty w swoich motywacjach, by dało się go zrozumieć. Szacki jest bardzo ludzki (choć mi się to jego po ludzku nieuczciwe oblicze nie podobało) i nie pozuje przed czytelnikiem na superbohatera (pomimo mlecznej czupryny, która od razu skojarzyła mi się z Wiedźminem, snh snh;-)) genialnego detektywa, który od pierwszego zerknięcia na miejsce zbrodni wie wszystko. Zdecydowanie najbardziej, jeśli o niego chodzi, podobało mi się to przełożenie głodu sprawiedliwości na „prawdziwe życie”. Miłoszewskiemu – mimo że nie bawi się w moralizowanie – udało się przemycić refleksję, że tak to jest, że raz dorastamy do naszych idealnych wyobrażeń o sobie, a raz nie. Że apetyt na życie, na adrenalinę, na piękno, sprawiedliwość i prawdziwą miłość może nas przywieść zarówno do działań bardzo dramatycznych i ryzykownych, jak i – paradoksalnie – zupełnie nieefektownych i mało brawurowych. Nie lubię Szackiego, ale go cenię.

No dobrze, skoro wszystko tak pięknie i ciekawie, i przekonująco – to czemu nie mogłam się zebrać do lektury tej książki? Chyba chodzi o polskie kryminały w ogóle. I pewnie nie tylko ja tak mam. Fajnie słyszeć, że Miłoszewski wielkim pisarzem jest, że Krajewski, że Grzegorzewska, że Czubaj… ale żeby tak naprawdę wziąć do ręki i przeczytać, to niee… Dlaczego? No cóż – chyba, żeby się nie rozczarować. Chętnie wierzę, że mamy dobrych pisarzy kryminałów, ale ciągle pozostaje taki cień wątpliwości, że jednak nie jesteśmy w stanie dorównać zachodnim autorom. Że skoro to polskie, to pewnie jednak nie aż takie dobre. Wolę słuchać o naszych cenionych i docenionych pisarzach, niż się osobiście przekonać, czy rzeczywiście są tacy fajni. Bo nie chcę się zawieść.  Bo jednak gdzieś w głębi duszy wydaje mi się, że jak kryminał, to tylko skandynawski, brytyjski, amerykański, no a my to możemy sobie oczywiście tak na boczku próbować, ale tak naprawdę to…

Oczywiście taka patriotyczna „skromność” jest absolutnie idiotyczna. Wszystkie stereotypy – również te dotyczące nas samych, naszych pisarzy – zaczynają się w naszych głowach. Na szczęście prawda obiektywna jest bardziej pocieszająca niż to, co się w nich kotłuje. Mamy świetnych pisarzy. Nie musimy ich intensywnie szukać, bo jest o nich głośno już nie tylko w Polsce. Wystarczy sięgnąć po ich książki. Oczywiście nie wszystkie każdemu się spodobają, ale myślę, że przynajmniej wśród tych najbardziej znanych autorów nawet wybredny czytelnik znajdzie chociaż jednego, który skutecznie go przekona, że jest dobrze. Mnie Uwikłanie przekonało – i zachęciło, by o wiele częściej sięgać po świetne polskie kryminały.