poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Zakryjcie jej twarz - P.D. James


P.D. James
Zakryjcie jej twarz
tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska
Buchmann, Warszawa 2012




Dobroduszny wiejski doktor, stara panna opiekująca się domem dla samotnych matek, młoda atrakcyjna wdowa, dziedzic wielkiego majątku i obiecujący człowiek sukcesu, prawdziwa angielska dama w starym stylu, roztargniony pastor, wierna służąca… Kto z nich mógł życzyć śmierci młodej, pięknej Sally Jupp, zatrudnionej w rezydencji Martingale jako służąca? Kto tak długo zaciskał palce na jej szyi, aż uszło z niej życie? No cóż, trzeba przyznać, że wszyscy wyglądają dość obiecująco jako kandydaci na morderców. Jeśli mamy do czynienia ze zbrodnią w cichej angielskiej wiosce, a przy tym podczas jarmarku, najbardziej niewinnie prezentujące się osoby automatycznie dostają dodatkowe punkty. Tak to już jest.
Zatrudnienie Sally w Martingale było bardzo ryzykownym krokiem ze strony pani Maxie –  dziewczyna była inteligentna, chętna do pracy i zręczna, ale jej trudna sytuacja (młoda matka z dzieckiem, uparcie odmawiająca podania imienia „winowajcy”) oczywiście komplikowała sprawę.  Chociaż wszyscy pochwalali wspaniałomyślność właścicielki Martingale, która zgodziła się dać biednej dziewczynie szansę, ciągnący się za Sally intrygujący powiew skandalu owionął cały dom. Krótko mówiąc, należało się spodziewać kłopotów – jednak nadciągnęły one z zupełnie nieprzewidzianej strony. Okazało się, że to nie wady Sally napytają biedy wszystkim dookoła, ale jej zalety – szybko stanie się jasne, że rudowłosej piękności i otaczającej jej aurze dramatyzmu nie zdoła się oprzeć syn pani Maxie, młody Stephen. Nikt by się pewnie nie zdziwił, gdyby atrakcyjną służącą o wątpliwej reputacji i przystojnego dziedzica majątku połączył przelotny romans, ale Stephen przyprawił wszystkich o wstrząs, proponując Sally ni mniej ni więcej tylko małżeństwo. Granda i skandal! To nie do pomyślenia! Podczas gdy inni biadolili, ktoś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i jeszcze tej samej nocy wyprawił powabnego rudzielca na tamten świat. Szybko i skutecznie.
Gdy na miejscu zbrodni pojawia się nadinspektor Adam Dalgliesh, wszyscy zdają sobie sprawę, że śledztwo zostanie przeprowadzone bardzo dokładnie i profesjonalnie. Oczywiście wcale im się to nie uśmiecha, bo każdy z mieszkańców Martingale, ba, niemal każdy z wioski, ma coś do ukrycia. A wiele z tych sekretów łączy się z tajemniczą, nieprzewidywalną i nieodwołalnie skreśloną z listy żywych Sally Jupp…
Phyllis Dorothy James (znaną jako P.D. James) zwykle określa się mianem „drugiej Agathy Christie”, co oczywiście jest w pewnym sensie krzywdzące dla tej cenionej autorki, która udowodniła już, że jej nazwisko wystarczy jako gwarancja dobrej literatury kryminalnej. Jeśli jednak ktoś dotąd nie słyszał o P.D. James, ta etykietka rzeczywiście może się na początku przydać, żeby umiejscowić jakoś tę autorkę na kryminalnej mapie. Według mnie o wiele więcej różni James i Christie, niż łączy, ale rzecz jasna jest to sprawa dyskusyjna. Obie posługują się dość prostym i klarownym stylem, ale o ile Królowej Kryminału udaje się dzięki tej prostocie nawiązać błyskawiczny kontakt z czytelnikiem i pociągnąć do za sobą w głąb swojego świata, o tyle u P.D. James ta jasność stylu łączy się z powściągliwością, która tworzy wyraźny dystans. Bohaterowie Agathy Christie do nas przemawiają, po kilku stronach wydaje się nam się, że świetnie ich znamy (oczywiście często bywa to bardzo zwodnicze!), zaś do postaci z książek P.D. James trzeba się nieustannie „przebijać”; są nieuchwytni i zagadkowi. Najbardziej tajemniczą osobą w Zakryjcie jej twarz jest Sally Jupp - nie tylko dla czytelników, ale też dla pozostałych postaci. Uczciwa młoda kobieta, która miała pecha? Sprytna intrygantka? Niewdzięczna i złośliwa kokietka, która lubi się bawić cudzym kosztem i lubuje się w skandalach? Niewinna ofiara? Jaka była naprawdę Sally? Nad tym przede wszystkim zastanawia się Dalgliesh (postać sama w sobie dość przeźroczysta i nieuchwytna). Jeśli to charakter Sally jest kluczem do rozwikłania zagadki jej śmierci, nadinspektor będzie musiał ją „poznać”, a Sally istnieje już tylko we wspomnieniach innych. Czy z tych odprysków luster uda się złożyć prawdziwy obraz młodej, pełnej życia dziewczyny, którą była?
Niejednoznaczne, precyzyjnie skonstruowane portrety bohaterów są na pewno jedną z największych zalet pisarstwa P.D. James. Co ciekawe, sam detektyw zostaje zepchnięty na drugi plan, a na scenie królują podejrzani. Zdecydowanie wybija się spośród nich nieładna, zakompleksiona Catherine, pewna siebie i twarda Deborah oraz inteligentny, dowcipny Felix. Co chwila są ukazywani z innej strony, tak że trudno wyrobić sobie o nich zdanie albo ich polubić. Dzięki temu zabiegowi lekturze towarzyszy napięcie inne niż tylko to związane z pytaniem, kto zabił. Czytelnik ma świadomość, że aby w kulminacyjnym momencie zrozumieć, dlaczego ktoś postanowił zabić Sally Jupp, będzie musiał bardzo pilnie śledzić przez cały czas akcji drgnienia emocji poszczególnych osób, odczytywać ich motywacje w danym momencie i analizować stosunek do pozostałych bohaterów. To może się wydawać oczywiste – w końcu w każdym kryminale trzeba przyjrzeć się uważnie każdemu podejrzanemu – ale w przypadku P.D. James to zadanie zostało celowo utrudnione. Bo tak się składa, że ktoś tu bardzo pięknie kłamie. I to kłamie, że tak powiem, na wielką skalę.
Zakryjcie jej twarz to lektura bardzo satysfakcjonująca, którą można polecić nie tylko fanom Agathy Christie. Ten klasyczny kryminał może stanowić ciekawe wyzwanie dla tych, którzy od klasyki już się odzwyczaili – warto sobie przypomnieć, co tak lubimy w tradycyjnych powieściach kryminalnych i na ile sposobów mogą one nas zaskoczyć.         

Criminal Minds w Polsce - już jest! :-)


Wczoraj już widziałam na Empikowym stosie fajnych nowości :-)
Polecam fanom serialu!
Więcej informacji tutaj

środa, 28 marca 2012

Gdzie mól i rdza - Paweł Pollak

Gdzie mól i rdza
Paweł Pollak
Wydawnictwo Oficynka
Gdańsk 2012




„To nie Nowy Jork, panie komisarzu!”. No cóż, może i nie, ale okazuje się, że i we Wrocławiu może być wesoło i kolorowo, a nawet egzotycznie – a to kogoś uśmiercą strzałką nasączoną kurarą i oskalpują, a to innemu rozbiją głowę chińską maczugą… Jedynie ofiary tych niezwykłych mordów nie wydają się szczególnie interesujące – giną samotni emeryci. Wyśledzeniem pomysłowego mordercy (lub morderców) napadającego na starszych panów zajmuje się komisarz Marek Przygodny, policjant, by tak rzec, tradycyjny. Taki, który nie może spokojnie oglądać amerykańskich seriali o pracownikach nowoczesnych laboratoriów kryminalistycznych (bo przecież uczą morderców, żeby nie pluć, nie kichać i rwać włosów z głowy na miejscu zbrodni), który nie uznaje „partnerstwa” w pracy (bo jego podwładni są jego – no właśnie: podwładnymi, a nie kumplami) i który nie ma złudzeń co do efektywności i szybkości pracy polskiej policji. A przy tym – uwaga – nie jest cynicznym, zgorzkniałym podrywaczem po przejściach tylko mniej więcej normalnym, fajnym facetem. Sprawy, którą ma się zająć, nie traktuje jako osobistej zniewagi, rękawicy ciśniętej mu w twarz przez Zło tego świata, ale jako kolejne zadanie do wykonania. A Marek Przygodny wykonuje swoje obowiązki solidnie – niezależnie od tego, czy chodzi o pracę, czy dom. Niestety, kiedy poznajemy naszego bohatera, w jego życiu rodzinnym, a raczej małżeńskim, zaczyna się źle dziać, i chociaż Przygodny nie ucieka przed problemami, to jednak szczerość, uczciwość i dobra wola mogą nie wystarczyć, aby uratować jego małżeństwo.

Od razu polubiłam komisarza Przygodnego, który korzystnie odbija się na tle pozostałych postaci (chociaż do złośliwego doktora Małeckiego mam szczególny sentyment). Nie można powiedzieć, aby inni bohaterowie zostali przedstawieni nieciekawie czy schematycznie, na pewno nie: mamy niepoprawnego playboya Kuriatę, kuriozalny duet policjantów Wójcik&Wojtkiewicz (sympatyczne osiłki żywcem niemal wyjęte z tego starego kawału, że mundurowi chodzą parami, bo jeden umie czytać, a drugi pisać), aspiranta Gajdę, ekscentrycznego dyrektora Denisowskiego… Rzecz w tym, że Przygodny jest tak sympatyczny, rozsądny i odpowiedzialny, że inni po prostu nie mają przy nim szans :-) Takie życie;-)

W powieści kryminalnej, a szczególnie tej tradycyjnej, bardzo ważny jest początek: przy pierwszych stronach uwaga czytelnika skupia się na szczegółach, żeby jak najszybciej wejść w świat przedstawiony – lub z niego czym prędzej wyjść, jeśli okaże się, że autorowi nie udało się go zainteresować. Paweł Pollak zadbał o to, aby początek jego książki był absolutnie olśniewający, zabawny i intrygujący; już po przeczytaniu kilku stron wiedziałam, że muszę skończyć całość jeszcze tego samego wieczora. Reszta książki zdecydowanie nie rozczarowuje i trzyma poziom, ale akcja staje się tak wciągająca, że w pewnym momencie detale i małe stylistyczne perełki zaczynają nam uciekać – powtórna lektura jest jak najbardziej wskazana. Jedyne, co mi odrobinę nie odpowiadało, to fakt, że każdy podejrzany był w pewnym sensie przypisany do innego rejestru i typując zabójcę, trzeba było od razu zdecydować się na konkretny schemat – a ja lubię intrygi, w których wszystkich podejrzanych można spokojnie zamknąć w jednym pokoju i wypisać im numery na plecach jak sprinterom;-)) No ale nie można mieć wszystkiego. Chociaż autor zdecydował się na klasyczny model kryminału, dostosował go do swoich założeń – co oczywiście wyszło mu na dobre. Gdzie mól i rdza to propozycja z jednej strony oryginalna i współczesna, a z drugiej nawiązująca do klasyki gatunku. Jest to lektura lekka, ale napisana bardzo błyskotliwie, między dowcipne dialogi, opisy śledztwa i wciągające sceny akcji autorowi udało się wpleść sporo wnikliwych przemyśleń, które czynią z głównego bohatera postać wielowymiarową i bardzo wiarygodną.

Kilka słów należy się okładce, która od pierwszego wejrzenia zrobiła na mnie duże wrażenie. Jest oszczędna, bardzo wyrazista i świetnie skomponowana. Lekko makabryczna, ale jednocześnie stonowana i sugerująca elegancki dystans do konwencji, którego przecież książce Pawła Pollaka nie brakuje. A uważny czytelnik zauważy, że dyskretne tło stanowi przewrotną podpowiedź, odnoszącą się bezpośrednio do fabuły. Baardzo lubię takie przemyślane, oparte na koncepcie okładki „szyte na miarę”.

Podsumowując, Gdzie mól i rdza to nowość, której nie wolno przegapić. Książka Pawła Pollaka zapewnia kilka godzin dobrej rozrywki w doborowym towarzystwie (chociaż nie wiem, czy rzeczywiście chciałabym stanąć oko w oko z doktorem Małeckim i jego termometrem;-)). A jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego policjanci nie przepadają za pornografią, co może spotkać nieuczciwego recenzenta książek i kto jest najbardziej popularny w szpitalach psychiatrycznych, to też dobrze trafiliście.                

czwartek, 22 marca 2012

Ruchomy zamek Hauru - Diana Wynne Jones

Ruchomy zamek Hauru
Diana Wynne Jones
tłum. Danuta Grórska
Wydawnictwo Amber
Warszawa 2005


Sophie jest najstarszą z trzech sióstr i dobrze wie, co to oznacza: nawet jeśli wyruszy w świat szukać szczęścia, nic z tego nie będzie. Gdyby najstarszym siostrom udawało się upolować księcia, wszystkie bajki byłyby żałośnie krótkie. Tak więc Sophie zdecydowała się zostać w domu i jak najlepiej przygotować swoje młodsze siostry do szczęsnego losu, który je czekał (no, przynajmniej tę najmłodszą).  Zresztą, tak naprawdę wcale nie miała ochoty na wielką przygodę – los pokarał Sophie nie tylko zdrowym rozsądkiem, ale również sporą dawką odpowiedzialności, pracowitości, solidności, skromności i wszystkich innych temu podobnych cech, które tak bardzo cenimy u innych, lecz sami okazujemy niezwykle nieśmiało. Kiedy przyszło do decydowania o przyszłości wszystkich trzech sióstr, Sophie spokojnie przyjęła to, że podczas gdy jedna jej siostra wyrusza na praktykę do czarownicy, a druga do popularnej ciastkarni, w której kłębią się tłumy przystojnych młodzieńców, ona sama zostaje pilnować rodzinnego interesu. Przecież od początku wiedziała, że tak będzie. Od rana do nocy szyje i ozdabia kapelusze, z którymi potem prowadzi długie rozmowy. W końcu dochodzi do tego, że boi się wyjść do miasta, nawet po to, by odwiedzić siostrę. Toteż właściwie niewiele się zmienia, kiedy do sklepu z kapeluszami przychodzi pewnego dnia Wiedźma z Pustkowia  i zamienia Sophie w staruszkę. Teraz Sophie może gorzknieć sobie spokojnie bez wyrzutów sumienia i gadać do siebie, ile dusza zapragnie. Przecież tego się oczekuje od staruszek.


Sophie decyduje się opuścić dom, żeby nie straszyć swoich bliskich obecnym mało powabnym wyglądem. Po drodze spełnia kilka baśniowych dobrych uczynków, ale nie pojawia się ani piękny książę, ani dobra wróżka, która zdjęłaby z niej zły czar. No cóż, tego się można było spodziewać.
Za to ostatnie, czego mogłaby się spodziewać, to spotkanie ruchomego zamku czarodzieja Hauru, który podobno jest równie zły, co Wiedźma z Pustkowia. Albo prawie. Mówią, że porywa młode dziewczęta, żeby im ukraść duszę i pożreć serce. Jako że Sophie już nie jest młodą dziewczyną, decyduje się zaryzykować i wkracza do zaczarowanego zamku. Czarodzieja nie ma w domu, ale jest jego młody uczeń Michael, czyjaś czaszka (powściągliwie milcząca) oraz ogniowy demon, Kalcyfer. Z tym ostatnim Sophie zawiera sekretny układ – w zamian za pomoc w zerwaniu kontraktu z czarodziejem, demon ma zdjąć z niej urok. Problem w tym, że Sophie nie ma pojęcia, o jaki kontrakt chodzi, i żeby to odkryć, będzie musiała zostać w zaczarowanym zamku przez miesiąc. Poza tym warto zastanowić się, co się stanie, gdy jej się uda i nagle stanie pośrodku ruchomego zamku Hauru jako młoda dziewczyna, z młodym, kruchutkim sercem…

Wydaje się, że niewielu wielbicieli anime Ruchomy zamek Hauru w reżyserii Hayao Miyazakiego zdaje sobie sprawę, że film ten powstał na podstawie książki Diany Wynne Jones. Ja najpierw widziałam wersję filmową, toteż na początku, czytając książkę, ciągle miałam przed oczami magiczne, kolorowe obrazy ze Studia Ghibli. Później, w miarę jak przybywało bohaterów, którzy nie występują w filmie, a akcja się zapętlała, mogłam wreszcie docenić sam tekst.
Książkę czyta się wspaniale i naprawdę nie dziwi mnie, że sam wielki Miyazaki pokusił się o jego adaptację. Autorka z rozmachem kreśli świat magii i tajemniczych przejść między światami, a czyni to tak przekonująco i lekko, że nawet nie zauważamy, że trochę brakuje tu porządku i szczegółowych opisów, do których przyzwyczaiły nas (no dobrze – mnie, nie wiem, jak innych;-)) epickie opowieści fantasy. Anime wspaniale uzupełniło te „luki” przepięknymi obrazami, tak jakby ta książka i film były dla siebie stworzone. Jednocześnie nie mogę powiedzieć, że uważam, iż samej książce czegoś brakuje. Nie każde dzieło fantasy musi zawierać Dodatki A – F, rozmówki ludzko-elfickie, drzewo genealogiczne królów Numenoru i uniwersalny kalendarz Shire. Książka Diany Wynne Jones jest cudownie lekka. Autorka prowadzi narrację w sposób bardzo naturalny, kolejne wydarzenia łączą się ze sobą raczej na postawie intuicyjnych skojarzeń niż według jakiegoś ustalonego, sztywnego planu.
Cała ta prostota kompozycji nie przeszkadza w rozwoju bardzo logicznej i spójnej akcji (której to logiki i spójności anime do końca nie oddaje). Wszystkie szczegóły w którymś momencie zaczynają się ze sobą łączyć, przeplatające się wątki zacieśniają się coraz bardziej – i powoli, ale zdecydowanie zbliżamy się do rozwiązania tajemnicy Hauru.  
O ile styl książki wydaje się dość przejrzysty i nie ma tu szczególnie poetyckich metafor, nad którymi można by się na dłużej zatrzymać, o tyle przemycane przez autorkę ironiczne przemyślenia na temat starości, relacji damsko-męskich czy rodzinnych dają naprawdę wspaniały efekt. Trzecioosobowa narracja prowadzona jest z perspektywy Sophie, a trzeba przyznać, że wyrasta ona na dość zgryźliwą, stanowczą i nieznośną staruszkę. Mimo wszystko w centrum opowieści znajduje się Hauru (tak jak lubi) – sprytny, próżny, leniwy, bałaganiarski, tchórzliwy, czarujący, nieodgadniony… Wszyscy inni muszą usunąć się na dalszy plan. Jednak tak naprawdę do końca nie można zorientować się, kto tu jest kim – i jeśli myślicie, że film wam w tym pomoże, to nic z tego.   
Bardzo podobało mi się przedstawienie nadprzyrodzonej warstwy opowieści. Magia po prostu się tu wydarza, nie trzeba tłumaczyć, skąd się bierze i jakie są konsekwencje nadużywania mocy – wystarczy obserwować, co się dzieje. Okazuje się też, że właściwie każdy może posiadać jakieś magiczne moce i nawet sobie tego nie uświadamiać. Magia w Ruchomym zamku Hauru podobna jest trochę do alchemii – nigdy nie wiadomo, czy coś nie wybuchnie, ale warto spróbować.

Podsumowując: zabawna, lekka, wciągająca i miejscami nieco makabryczna książka Diany Wynne Jones zdecydowanie godna jest uwagi. Można czytać ją niezależnie od anime i dobrze się przy tym bawić. Jest tak smakowita, że połyka się ją od razu – tak jak Hauru pożera delikatne dziewczęce serduszka…



P.S. I dobra wiadomość: jest druga część Ruchomego zamku HauruZamek w chmurach  (Castle in the Air). I druga dobra wiadomość: to nie jest najsłynniejszy cykl tej autorki (sławę przyniosły jej Światy Chrestomanciego). 

Okiem redaktora: Bardzo dobre tłumaczenie. Aby zachować spójność z japońskim oryginałem (w Polsce najpierw ukazał się film, potem dopiero tłumaczenia książek), angielski Howl pozostał japońskim Hauru. Odrobinę zaciera to gry słów oryginału, ale za to jest rozpoznawalne, oczywiście. Ja bardzo polubiłam imię Hauru J
Okiem edytora: Okładka zdecydowanie mi się nie podoba. Byłoby bosko, gdyby dało się na nią wrzucić jakiś fajny kadr z filmu. Cokolwiek.   

niedziela, 18 marca 2012

Srebrne świnki - Lindsey Davis


Lindsey Davis
Srebrne świnki
tłum. Konrad Majchrzak
Rebis
Poznań 2009

Chociaż detektyw Marek Dydiusz Falko jest plebejuszem, nigdy nie protestował przeciwko kontaktom z wyższymi warstwami rzymskiego społeczeństwa. Kiedy na przykład piękna szesnastolatka wysokiego rodu wpada na niego na Forum Romanum, nasz bohater nie narzeka. Niestety, śliczna panienka nie jest sama – ze złowróżbnym pośpiechem podąża za nią dwóch niesympatycznie wyglądających drabów. Jako że Falko nigdy nie odmawia swej pomocy damie w potrzebie (a zwłaszcza takiej, która będzie mogła mu się stosownie odwdzięczyć), już wkrótce oboje znajdują schronienie w mieszkaniu Marka. Dziewczyna jest bezpieczna. Na razie.
Spotkanie z tą złotowłosą pięknością okaże się dla Marka Dydiusza brzemienne w skutki – tyle że zamiast niezobowiązującego romansu czeka go spotkanie z brutalnym edylem Pertynaksem, pobicie, depresja, uciążliwa podróż do znienawidzonej Brytanii, starcie z pewną bardzo zdecydowaną damą o imieniu Helena, a w końcu niewolnicza praca w kopalni srebra. Nie podnosi go na duchu nawet to, że jego tajemniczy zleceniodawcy, którzy powierzyli mu zadanie zdemaskowania spiskowców planujących zdradę cesarza, być może mu zapłacą (detektywi nie mieli wtedy łatwego życia). Na szczęście w końcu los zaczyna patrzyć przychylnie na Falkona. Na początek nie ginie w więzieniu i nie amputują mu nogi. To już coś. Na koniec zaś nasz bohater stanie przed wyborem, który może odmienić całe jego życie. Pytanie tylko, co w takiej chwili zrobi krnąbrny, niezależny i nieuleczalnie prawy Falko…    
Z Markiem Dydiuszem Falkonem miałam już do czynienia – przy okazji recenzowania Ostatniego aktu w Palmirze (ZwB). Wtedy jednak nie doceniłam w pełni doskonałego cyklu Lindsey Davis i dopiero kiedy sięgnęłam po pierwszy tom serii, Srebrne świnki, odkryłam Marka na nowo.
Okładki, którymi opatrzyło swoją edycję wydawnictwo Rebis, nie zapowiadają wyjątkowej przyjemności, której dostarcza lektura przygód Falkona. Chociaż Davis ukazuje życie w Rzymie za czasów cesarstwa w sposób zupełnie niekonwencjonalny, ilustracje są dziwnie poważne, klasycznie wyciszone – jakbyśmy trzymali w ręce podręcznik do historii. Oczywiście, nie można odmówić autorce dogłębnej wiedzy na temat opisywanych przez nią czasów (jej dociekliwość w oddawaniu szczegółów życia codziennego Rzymian jest wręcz niepokojąca: na pewno nie chcielibyście wiedzieć, czym rzymskie praczki wybielały togi obywateli… ale się dowiecie!), ale to nie historyczna dokładność jest największym atutem serii o Falkonie. To błyskotliwy humor, umiejętność zabawy z oczekiwaniami czytelnika, przewrotność fabuły, całkowicie pozbawione nadęcia, żywe przedstawienie życia w ówczesnym Rzymie i wyraziści bohaterowie sprawiają, że od książek Lindsey Davis nie można się oderwać. Gdyby Falko mógł sam zaprojektować tę okładkę, zapewne w centrum umieściłby skąpo odzianą frygijską tancerkę, wielki dzban wina i… może jeszcze jedną tancerkę. Dla równowagi.
Polski pisarz, autor „starożytnego” kryminału Kiedy Atena odwraca wzrok, Jakub Szamałek, chciał zerwać z drętwymi, stereotypowymi przedstawieniami ludzi czasów antycznych – przekonywał, że to nie było tak, że oni na okrągło rozprawiali o filozofii i wnosili okrzyki w rodzaju „Na bogów!”: „Zamiast rozprawiać o dziełach Fidiasza, woleliby obejrzeć walkę kogutów, dobrze zjeść albo pójść do burdelu!” (źródło: ZwB). W książkach Lindsey Davis bohaterowie wołają co chwilę: „Na Herkulesa!”, „O bogowie!” – na przykład główna bohaterka żeńska, wysoko urodzona senatorska córka Helena Justyna zwykle krzyczy coś w rodzaju: „Na Minerwę i Junonę, Falko, ty draniu!”. Poza tą drobną różnicą w stylu, założenie jest to samo: ukazać starożytnych jako normalnych ludzi, a nie marmurowe posągi. Zarówno Lindsey Davis, jak i naszemu rodzimemu autorowi udaje się to wspaniale.
Mimo świadomości, że mam teraz dużo pilnych zadań, naprawdę trudno było mi odłożyć Srebrne świnki, kiedy już się do nich przyssałam. Nie chodziło nawet o to, że intryga była aż tak wciągająca – po prostu czytanie tej książki sprawiało mi ogromną, nie do końca wytłumaczalną przyjemność. Wspaniale było uciec od napierającej zewsząd rzeczywistości i powłóczyć się z Markiem po szemranych dzielnicach Rzymu. Na szczęście czytało się to bardzo szybko, więc nie miałam aż takich wyrzutów sumienia. A teraz, kiedy już w pełni usatysfakcjonowana zakończyłam lekturę, pozostał tylko jeden problem. Przewidująco kupiłam też drugi tom…       


Okiem edytora: Poza niedopasowaniem okładki do charakteru książki bez zastrzeżeń. Rebis naprawdę pięknie wydaje książki - skład jest prosty i przejrzysty, papier bardzo przyjazny (to lubię, powiadam!).

Okiem redaktora: Bardzo dobry przekład, tłumacz świetnie oddaje wszystkie smaczki stylu autorki - i Falkona!  

niedziela, 19 lutego 2012

Biedny Tom już wystygł - Maureen Jennings


Maureen Jennings
Biedny Tom już wystygł
Oficynka 2011
tłum. Anna Sawicka-Chrapkowicz


Ponury, deszczowy listopad. Detektyw Murdoch, mimo dręczącego bólu zęba (a w tamtych czasach takie dolegliwości kończyły się zwykle kilkoma godzinami krwawych zapasów z dentystą), podejmuje śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci młodego policjanta, Olivera Wickena. Wiele śladów wskazuje na samobójstwo, ale Murdocha dręczą wątpliwości. Coś się tu nie zgadza. Pozostawiona przez Wickena notka sugeruje samobójstwo z miłości, a tymczasem matka młodego konstabla uparcie twierdzi, że Oliver nie spotykał się z nikim. Poza tym, czy gdyby Wicken planował tym dramatycznym gestem zakończyć swe cierpienia, to chwilę przedtem zajadałby kanapki z serem? Z drugiej strony – czy Murdoch w głębi duszy nie życzy sobie, aby okazało się, że lubiany przez niego policjant nie był słabeuszem i grzesznikiem, ale ofiarą morderstwa? Sytuacja komplikuje się, kiedy pojawia się narzeczona Olivera Wickena. Jedna, a potem druga.    

Są takie kryminały, w których bardzo trudno wytypować sprawcę, ponieważ wszyscy potencjalni podejrzani wydają się niesłychanie sympatyczni – w trzecim tomie przygód detektywa Murdocha napotykamy na problem odwrotny: podejrzani są tak odpychający, że nie sposób zdecydować się na jednego z nich. Maureen Jennings użyła sporo czarnych barw, aby przedstawić rodzinę Eakinów: równie trudno polubić seniora rodu Nathaniela, co i pedantycznego i okrutnego Jariusa, wulgarnego Franka, małostkową Augustę i nieporadnego Petera. To właśnie oni wydają się uwikłani w sprawę śmierci młodego policjanta, Olivera Wickena. Swoistym łącznikiem między rodziną Eakinów a Oliverem jest młoda żona Nathaniela – Peg. Z jej perspektywy oglądamy większość zdarzeń i to ona wzbudza najwięcej ciepłych uczuć w czytelniku: samotna kobieta bolejąca po śmierci synka i prześladowana przez zawistnych pasierbów, którzy w końcu doprowadzają do umieszczenia jej w zakładzie dla obłąkanych. Wiemy oczywiście, że dawniej zamknięcie kogoś w takim miejscu było po prostu dobrym sposobem na pozbycie się niewygodnej osoby – a zwłaszcza osoby płci żeńskiej. Wystarczyło oskarżyć kłopotliwą niewiastę o histerię – i siup, lądowała w kaftanie tudzież w wannie zimnej wody. A jeśli nie chciała zażywać tych przyjemności po dobroci i usiłowała się bronić, no cóż, to był tylko kolejny dowód na jej szaleństwo. Rzeczywiście tak było i przedstawienie Peg w roli ofiary powoduje, że natychmiast stajemy po jej stronie. Ale może warto jednak odsunąć uprzedzenia na bok i spojrzeć na tę sprawę z drugiej strony: rodzina Eakinów to naprawdę zbieranina paskudnych typów i rzeczywiście z całego serca chcą pozbyć się nowej młodej żony Nathaniela, ale czy to automatycznie oznacza, że któreś z nich (lub nawet wszyscy, czemu nie!) jest mordercą? Czy ktoś naprawdę usiłuje otruć Peg, czy to tylko jej urojenia? Te pytania zadawać będzie sobie także detektyw Murdoch – a my aż do ostatnich stron nie będziemy pewni, czy Peg jest ofiarą, czy też bardzo sprytną oszustką, której podwinęła się noga.

Mimo iż większość bohaterów książki to typy wybitnie niesympatyczne, kryminał Maureen Jennings czyta się bardzo przyjemnie. Autorka zręcznie żongluje poszczególnymi wątkami, przedstawiając nam fragmenty zagadki w taki sposób, że chociaż wiemy naprawdę sporo (więcej niż sam Murdoch), to jednak rozwiązanie pozostaje nieuchwytne. Książka trzyma w napięciu do ostatnich stron – równie emocjonujące jest to, kto tak naprawdę zabił Wickena, jak to, co stanie się z Peg. Mnie tak naprawdę o wiele bardziej zależało na odpowiedzi na to drugie pytanie i taki był też chyba zamysł autorki, stawiającej na bardziej niekonwencjonalne odmiany powieści detektywistycznej.

Poza ciekawą zagadką i dramatyczną, przejmującą fabułą książki, Maureen Jennings oferuje nam także wspaniały spacer po XIX-wiecznym Toronto (tym milszy, że to Murdoch moknie i marznie, a nie my;-)) i mnóstwo „smaczków z epoki”: kilka egzotycznych scen z życia Chińczyków mieszkających w mieście, wyprawę do domu obłąkanych i garść dentystycznych nowinek. A także kolejną odsłonę sercowych rozterek głównego bohatera. Bogactwo detali i interesujących opisów, bardzo konsekwentnie wykreowany świat dawnego Toronto oraz atrakcyjny sposób narracji sprawiają, że książki Maureen Jennings należą do kryminałów, do których można wracać wielokrotnie.

Okiem redaktora: świetne tłumaczenie – warto odwiedzić bloga Tłumaczki
Okiem edytora: baaardzo lubię tę serię: okładka przyciąga wzrok z drugiego końca księgarni, skrzydełka mają idealną długość, a skład cieszy oko.  

niedziela, 29 stycznia 2012

Zajazd Jerozolima - Martha Grimes





Martha Grimes
Zajazd Jerozolima
WAB, Mroczna Seria
Warszawa 2011
tłum. Grzegorz Sowula


Zdarza się, że spotykając kogoś przypadkowo, mamy dziwne wrażenie, że znamy tę osobę od dawna. Wystarczy tylko uśmiech i kilka słów, żeby poczuć silną więź – mogłoby się wydawać, że oboje tylko udajemy, że się nie znamy, jakby to była jakaś gra. W taki sposób – od nagłego impulsu, nieoczekiwanego przypływu sympatii – zaczyna się wiele przyjaźni.
Coś takiego przydarzyło się również nadinspektorowi Jury’emu, kiedy spacerował na cmentarzu w Washington (hrabstwo Tyne and Wear) i właśnie użalał się nad sobą. Że sam, a Święta idą. Że pada śnieg zmieszany z deszczem. Że wróble się dziobią do krwi. Szło mu coraz lepiej, ale właśnie wtedy zobaczył stojącą nieruchomo przy jakimś nagrobku kobietę, która go zaintrygowała. Otaczała ją odpowiednio gęsta aura smutku, żeby Jury uznał, że jemu samemu nieoczekiwanie poprawia się humor. Zamieniają kilka słów i nieznajomej kobiecie nagle robi się słabo – jakby na zawołanie. Jury ma okazję wykazać się rycerskimi zaletami i już niedługo zasiada w wynajmowanym przez nią (czyli Helen Minton) domu przy szklaneczce whisky. Bez wątpienia coś między nimi iskrzy i nasz bohater z radosnym zdumieniem zdaje sobie sprawę, że w towarzystwie Helen nie plącze mu się język i swobodna rozmowa przychodzi mu bez trudu (nie to co z kapryśną Vivian Rivington, czy emocjonalnie nieuchwytną Jenny). Helen jest piękna, miła, w odpowiednim wieku i najwyraźniej nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przystojny przedstawiciel Scotland Yardu spróbował odpędzić dręczące ją czarne myśli. Umawiają się na następny dzień.
To naprawdę straszny pech, że Helen ginie już w rozdziale drugim.
Na początku nic nie wskazuje na to, że z jej śmiercią było coś nie tak. Tylko Jury uznał, że to jest mocno nie w porządku – bo poczuł się, jakby ukradziono mu obiecany prezent gwiazdkowy. Rozpoczyna dyskretne śledztwo, dowiadując się coraz więcej o Helen. Okazuje się, że ona również bawiła się w detektywa i starała się coś odkryć, wypytując cierpliwie nieszkodliwe starsze panie, miejscowego księdza i ludzi w pubach. A komuś się to bardzo nie spodobało.
Przedstawiciele miejscowej policji, czyli sierżant Cullen i posterunkowy Trimm, patrzą na udział Jury’ego w tej sprawie równie nieprzychylnie co starszy nadinspektor Racer, jego wredny szef. Kiedy jednak wyniki sekcji zwłok wykazują, że Helen została otruta, nikt nie może zaprzeczyć, że w tej sprawie pomoc Jury’ego się przyda.
Mawia się, że policjanci nie miewają wakacji. Najwyraźniej spokojne Święta również zdarzają się im nieczęsto.
Jeśli ktoś szuka w Zajeździe Jerozolima radosnego świątecznego klimatu i podnoszących na duchu opisów ciepła domowego ogniska, oplecionego kolorowymi lampkami, zawiedzie się równie srodze, co cioteczka Agatha, domagająca się, żeby ktoś upiekł jej bożonarodzeniową gęś. Jeżeli natomiast ktoś ma ochotę na świetny kryminał, przyprawiony goryczką i ciemnym ale, dobrze trafił.
Oczywiście w toku opowieści pojawi się Melrose Plant, któremu na dodatek nie uda się tym razem przechytrzyć Agathy, a więc i nią będziemy mogli się nacieszyć. Okaże się między innymi, że obserwowanie ciotki Planta przy grze w karty jest jeszcze bardziej poruszające niż widok Agathy zajadającej się babeczkami. Naprawdę. Poza tym wróci do nas Vivian, tym razem w nieco bardziej zadziornej wersji – niczym jenot, który usiłuje sobie wyrobić pozwolenie na posiadanie broni palnej. Moim ulubionym bohaterem stała się jednak nowa postać: sierżant Roy Cullen, gorący wielbiciel żucia kilku listków gumy jednocześnie i  przeciwnik panów i magnatów. Jak można się domyślić, będzie miał niezły orzech do zgryzienia, kiedy napotka Melrose’a Planta.
W jednym z wywiadów Martha Grimes zdradziła, że często sama długo nie wie, kto zabił. Pisząc, oddaje głos swoim postaciom, i w końcu, jak mówi, coś zaczyna się z tego tworzyć, intryga sama wynika z ich rozmów, gestów, zachowań. Jest to dosyć niezwykła taktyka, która zapewne sprawia, że sama autorka świetnie się bawi przy pracy i może bardziej swobodnie rozwijać poszczególne wątki, zwodząc i siebie, i czytelnika. Jeśli jednak spojrzeć na to z drugiej strony, czytelnikowi również rozwiązanie powinno w którymś momencie zacząć się samo nasuwać. A tego przecież nie chcemy;-) Przyznam, że tym razem udało mi się domyślić, kto zabił – i jestem z siebie strasznie dumna. Nie wiedziałam dlaczego i jak, ale byłam pewna kto od połowy książki. Co wcale nie odebrało mi przyjemności lektury, ponieważ pytanie dlaczego jest oczywiście o wiele bardziej frapujące – ostatnie rozdziały przynoszą wiele nieoczekiwanych rewelacji.
Gdybym miała oceniać Zajazd Jerozolima na tle wcześniejszych czterech tomów, to podobał mi się o wiele bardziej niż Pod Zawianym Kaczorem, ale jednak mniej niż Pod Anodynowym Naszyjnikiem, który pozostaje moim numerem jeden i perełką wśród perełek. W tomie piątym Martha Grimes niezaprzeczalnie trzyma poziom: Melrose jest cudownie ironiczny, Jury niezmiennie czarujący, cioteczka Agatha niepoprawna – a intryga przyjemnie zagmatwana. Brakowało mi trochę silnych postaci na drugim planie: Beatrice Sleight, lady St. Leger czy państwo Seaingham jakoś do mnie nie przemawiali, natomiast plan trzeci prezentował się naprawdę wybornie: mój ulubiony sierżant Cullen (szczególnie ujęła mnie scena z odbieraniem płaszczy), stara panna Dunsany o błękitnych oczach, rudowłosa Nell Pond – już dla samych opisów tych postaci warto sięgnąć po tę książkę. Martha Grimes ma niezwykły dar celnego portretowania swoich bohaterów: jednym zdaniem potrafi wzbudzić w czytelniku gorącą sympatię lub wywołać pobłażliwie ironiczny uśmieszek. Jej zamiłowanie do detali i ulotnych wrażeń jest na pewno jednym z wyznaczników tej mocnej, wyrazistej i smakowitej prozy.
Zdecydowanie nie zawiodłam się na Zajeździe Jerozolima i niecierpliwie czekam na tom szósty – Help the Poor Struggler.               

Okiem edytora: bardzo spodobał mi się świąteczny akcent – subtelne srebro na okładce. Naprawdę patrzę z wielką przyjemnością na tomy tej serii stojące na mojej półce.
Okiem redaktora: wszystko pięknie, ale chyba pod koniec rozdziału dwudziestego szóstego komuś przydarzyła się mała drzemka. Bardzo podobały mi się przypisy i próba oddania akcentu z Północy.