piątek, 8 lutego 2013

Cinder - Marissa Meyer. Czyli strzał w dziesiątkę


Marissa Meyer
Cinder
tłum. Dorota Konowrocka
Egmont 2012
360 stron



Rewelacyjna i mroczna

Kiedy niedawno w kinie zobaczyłam trailer nowej wersji Jasia i Małgosi (Hansel i Gretel. Łowcy czarownic), doszłam do wniosku, że oto produkcje bazujące na motywach znanych bajek sięgnęły poziomu abstrakcji zupełnie dla mnie niezrozumiałego. Nie zamierzam oglądać tego filmu, żeby sprawdzić, czy moja pochopna opinia nie jest przypadkiem niesprawiedliwa (zresztą po obejrzeniu trailera miałam wrażenie, że już widziałam film, w miłosiernym skrócie). Zamierzam natomiast tym silniej podkreślać zalety książki Marissy Meyer, która na tle różnych dziwnych kwiatków wpisujących się w „modę na bajki” wyróżnia się bardzo pozytywnie i chwalebnie.

Do Cinder przyciągnęła mnie przede wszystkim okładka (dużo ładniejsza niż ta z oryginalnego wydania), notka zaś – o wydźwięku dość melodramatycznym – nie zdołała mnie, na szczęście, odstraszyć. Rozpoczynałam lekturę z nadzieją, że to naprawdę coś wyjątkowego, i nie zawiodłam się.

Pierwszy tom Sagi księżycowej nawiązuje oczywiście do Kopciuszka, ale wszystkie te odniesienia – choć tak oczywiste – zostały bardzo zgrabnie przetworzone, tak że tworzą zupełnie nową, zaskakującą rozmachem całość. Zdecydowanie mamy tu do czynienia z czymś więcej niż tylko inteligentną grą z czytelnikiem i intertekstualnymi smaczkami – Marissie Meyer udało się w pewnym sensie sięgnąć do źródła i oddać groteskowy i makabryczny klimat mrocznej baśni braci Grimm. Uwaga, proszę państwa, tu będzie się obcinać palce i pięty wielkim nożem!  

Zupełnie inny Kopciuszek

Mamy zatem poniewieraną przez okrutną macochę sierotkę (umorusaną aż miło), dwie faworyzowane starsze siostry, bal wydawany przez księcia… Ale coś się jakby nie zgadza: jedna z sióstr, Peony, nie jest wcale złośliwą zołzą w stylu: „Kopciuszku, oddaj moje korale!”, tylko dość nieśmiałym, słodkim stworzeniem, które darzy Cinder autentycznym uczuciem (z wzajemnością zresztą), zaś macocha jest nie tyle prawdziwą macochą, co… właścicielką. To trochę zmienia postać rzeczy. Wszystkie te różnice nie służą tylko i wyłącznie „podkręceniu fabuły” i większemu zróżnicowaniu relacji między bohaterami, ale wprowadzają do historii zupełnie nowe wątki i zaburzają nieco oczywistą interpretację zachowań postaci. Zła macocha, Adri, jest niewątpliwie czarnym charakterem, ale w toku kolejnych wydarzeń możemy lepiej zrozumieć jej motywacje (chociaż niekoniecznie je pochwalić), zaś to, że Cinder mimo wszystko przyczynia się do śmierci siostry, odciska na niej wyraźne piętno i wpływa na jej kolejne posunięcia. Zaś jeśli chodzi o księcia… No właśnie – książę Kaito.

Kai i Cinder

Książę Kai nie ma lekkiego życia. Cóż z tego, że jest młodym, atrakcyjnym i niegłupim następcą tronu, bożyszczem nastolatek i bohaterem gier komputerowych, skoro jego kraj pustoszy tajemnicza zaraza, której kolejną ofiarą ma się stać jego ojciec? Na dodatek sytuacji w Nowym Pekinie z zainteresowaniem (mocno złowróżbnym) przygląda się królowa Luny, czyli skolonizowanego przez ludzi Księżyca. Kai będzie musiał wziąć na siebie odpowiedzialność za swój naród i… podjąć bardzo trudną decyzję. Rzecz w tym, że jakiego by wyboru nie dokonał – i tak przegrywa. Na szczęście spotyka na swojej drodze niezwykłą, prostą dziewczynę z ludu i… Um, nie. Wcale nie na szczęście. I wcale nie dziewczynę, tylko cyborga.

Na początku trochę mnie denerwowało, że Kai jest taki… taki księciowo-bajkowy. Powinien mieć jakąś porządną wadę – albo i dwie. Stanowczo nie powinien być takim ideałem. No cóż, przestało mnie to irytować… ponieważ irytowało też Cinder. Główna bohaterka, jako dziewczyna z charakterkiem, nie zakochuje się w księciu od razu, już przy pierwszym spotkaniu na targu, jak pierwsza lepsza małolata śliniąca się podczas transmisji jego przemów do narodu. Ale kiedy już się zakochuje, to z hukiem – takim, który wstrząśnie całą galaktyką. A co na to Kai? Nie jestem pewna. I Cinder też nie.

Coś dla prawdziwych otaku!

Jak widać, z główną bohaterką dość łatwo się utożsamić i jej kibicować. To kolejna z wielu zalet Cinder, a jest ich naprawdę sporo: wyrazisty początek (to lubię, powiadam, to lubię), galopująca akcja, świetne dialogi, intrygujący bohaterowie, śmiała wizja przyszłości, dobrze zbudowany mroczny klimat (zaraza to jednak naprawdę niezawodny fabularny trik!)… Z całej książki przebija poczucie humoru autorki, którym na szczęście obdarzyła również swoją niepokorną, lekko cyniczną bohaterkę. Jeśli miałabym wskazać na wady, to znajduję dwie – a raczej jedną i pół. Najpierw ta jedna: jednak trochę rozczarowałam tym, że Cinder okazała się tym, kim się okazała. To było po prostu do przewidzenia, a może ciekawiej byłoby zrezygnować z oczywistego schematu. Rozwiązanie, które wybrała autorka, jest rzecz jasna o wiele bardziej chwytliwe, ale no – mało zaskakujące. 

A teraz to pół – pół, bo nie jestem pewna, czy to wada. Bo lubię anime. I Marissa Meyer też lubi. Mówi o tym wprost w podziękowaniach zamieszczonych na końcu książki, ale dla każdego otaku jest to jasne prawie od samego początku. Myślę, że tę łatwość budowania nowych światów i twórczą swobodę Meyer zawdzięcza właśnie temu, że jest przesiąknięta duchem anime. W Cinder wszystko dzieje się tak szybko, a wydarzenia są tak fascynujące, że dajemy się po prostu porwać tej opowieści i nie zastanawiamy się nad drobnymi niekonsekwencjami czy po prostu lukami w fabule. Pewne rzeczy mimo wszystko przydałoby się wyjaśnić, ale autorka tego nie robi – bo nie. Może dowiemy się nieco więcej np. o historii kolonizacji Księżyca w następnych tomach cyklu, ale ogólnie Marissa Meyer Tolkienem nie jest i każe nam przyjąć pewne okoliczności za dane, i tyle. Na pewno dużo trudniej byłoby zachować tę cudowną dynamikę fabuły Cinder, gdyby autorka wdała się w długie wyjaśnienia. Ale cóż – nie zamierzam się tego czepiać. Marissie Meyer udało się mnie zaintrygować i wciągnąć w swój świat, a przecież o to chodziło.

Teraz z niecierpliwością czekam na drugą część sagi – Scarlet – która już do mnie jedzie ^^ Nie dałabym rady czekać na polskie tłumaczenie (chociaż przekład Cinder jest naprawdę niezły). Mam nadzieję, że drugi tom okaże się równie dobry, ale z drugiej strony nie wiem, czy coś jest w stanie przebić pamiętną scenę na balu, kiedy tajemnicza panna ucieka, a zdezorientowanemu księciu zostaje po niej tylko… nie, nie pantofelek. Stopa.  




Marissa Meyer

2 komentarze:

  1. Uwielbiam tę książkę i również z niecierpliwością wyczekuję kontynuacji. I przyznam, że również chciałabym poznac niektóre wyjaśnienia.
    Na zagranicznych stronach znalazłam informacje, że do każdego tomu wydaje "połówki", których w Polsce zapewne nie będzie, a szkoda, bo może tam pojawiłoby się więcej informacji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, a co to te "połówki"?? Muszę się temu przyjrzeć, dzięki za informację :-) Ja już mam "Scarlet", przyjechała wczoraj i czekam na weekend, żeby ją połknąć w całości, jak wilk babcię Czerwonego Kapturka ^^

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi miło, jeśli wpiszesz jakiś komentarz :-)