czwartek, 14 listopada 2013

Wyniki konkursu z C.S. Lewisem

Zestawy książek wygrywają:

Adrian Kyć
Karriba

Gratuluję! :-))

Proszę o przesłanie adresu do wysyłki na sasza.hady@gmail.com

poniedziałek, 4 listopada 2013

Konkurs z C.S. Lewisem



Ostatnio więcej u mnie konkursów niż recenzji, ale chyba nikomu to nie przeszkadza, prawda? ;-) 

Tym razem do wygrania dwa zestawy książek:

1) "Mroczna wieża" C.S. Lewisa + "Kryminalny Wrocław. Mroczne przechadzki po mieście" M.Guzowskiej, A. Krawczyk, A. Michalewskiej 

2) "Mroczna wieża" C.S. Lewisa + "Ochronka Anioła Stróża" Pawła Jaszczuka 

Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy do 12 listopada wpisać poniżej komentarz z informacją, który zestaw chce się otrzymać i dlaczego ten ;-) Zwycięzcy zostaną wyłonieni drogą uczciwego losowania. 

Ułomna ręka sprawiedliwości - P.D. James

P.D. James
Ułomna ręka sprawiedliwości
tłum. Barbara Cendrowska
Warszawa 2012
Buchmann

Stworzyłam kiedyś roboczą teorię, że najlepsze kryminały P.D. James to te najkrótsze (Zakryjcie jej twarz, Z nienaturalnych przyczyn), natomiast te dłuższe wypadają zwykle słabo. Jednak po lekturze Czarnej Wieży, Zmysłu zabijania i Ułomnej ręki sprawiedliwości muszę stwierdzić, że jednak nie ma tu żadnej wyraźnej reguły – ta ostatnia książka, zdecydowanie najobszerniejsza z nich, okazała się najlepsza i najbardziej wciągająca.

Atrakcyjna i odnosząca sukcesy pani mecenas, Venetia Aldridge, radczyni JKM, zostaje znaleziona w swoim gabinecie martwa i prześmiewczo przystrojona w tradycyjną perukę. Jednak zanim to się wydarzy, mamy okazję zaobserwować Venetię w działaniu, poznać jej charakter, motywy postępowania i poglądy. Wydaje mi się, że kryminały, w których ofiara zostaje najpierw „przedstawiona” czytelnikowi,  czyta się ze szczególnym zaangażowaniem, jako że często kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa jest osobowość zmarłego, którą w takich powieściach kryminalnych może poznawać bezpośrednio, a nie poprzez opowieści świadków.

W Ułomnej ręce sprawiedliwości prezentacja ofiary wypadła bardzo dynamicznie, ponieważ widzimy Venetię w sytuacji ogromnego napięcia emocjonalnego – jej jedyna córka Oktawia postanawia się zaręczyć z niejakim Garrym Ashe’em, osobnikiem wielce podejrzanym, którego Venetia dopiero co wybroniła z zarzutów o zamordowanie ciotki. Ta sprawa przyniosła jej wiele satysfakcji (bo Venetia lubiła wygrywać), a jeśli pozostawiła po sobie drgnienie niepokoju (wina Ashe’a była – przynajmniej dla jego obrończyni – oczywista), to na pewno rozmyłoby się wkrótce, gdyby nie to, że Oktawia postanowiła się związać właśnie z nim… na złość matce. Venetia odebrała to jako jednoznaczny atak na siebie, ale o ile motywy Oktawii (z którą nigdy nie miała dobrego kontaktu) były dla niej jasne, o tyle nie umiała dociec, czego chce od niej Garry Ashe… Jakby przeczuwając, że jej czas się kończy, Venetia zaczyna desperacko szukać pomocy – nie, to brzmi, jakby załamywała ręce i prosiła – lepiej: Venetia zaczyna wymuszać na innych pomoc w sprawie Ashe’a, prezentując przy tym dość nieprzyjemne cechy charakteru, ale zanim zdąży coś przedsięwziąć, ginie. W tym momencie wiemy już, że Venetia Aldrige miała talent do robienia sobie wrogów i znamy grono osób, które szczególnie źle jej życzyły.   


Ułomna ręka sprawiedliwości ma naprawdę niesamowity, mroczny klimat, budowany przede wszystkim poprzez postać Ashe’a: odpychającą, tajemniczą i nieprzewidywalną. Atmosferę niepokoju i zagrożenia podkreślają również wspomnienia Venetii z młodości, które koncentrują się wokół okrutnego ojca i dawnego nauczyciela. Zdecydowanie zderzenie tych dwóch postaci: Ashe’a i Venetii, było świetnym pomysłem, ale tej dynamiki wystarczyło tylko do połowy książki. Potem zrobiło się dość nudno i nawet dramatyczne zakończenie i wyskakujące nieoczekiwanie nowe postaci (Michael Cole na przykład) nie zdołały zatrzeć tego wrażenia. Mimo wszystko Ułomna ręka sprawiedliwości jest niezłym kryminałem, bardzo ciekawie przedstawiającym środowisko prawników, a psychologiczne obserwacje P.D. James jak zwykle zachwycają wnikliwością i narracyjnym wyczuciem. Na pewno wrócę do tej książki – przede wszystkim ze względu na mroczną, duszną atmosferę początkowych rozdziałów, przywodzącą na myśli Psychozę i inne Hitchcockowskie smaczki. 

Pan Lodowego Ogrodu - Jarosław Grzędowicz


Pan Lodowego Ogrodu, tomy I-IV
Fabryka Słów

Chciałam napisać spójną i nie rozwlekłą recenzję czterech tomów Pana Lodowego Ogrodu i po kilku przymiarkach zdecydowałam się na opracowanie hasłowe, bez szczątkowego streszczenia (bo na co ono komu). Na końcu jest spoiler dotyczący zakończenia, więc jeśli ktoś nie czytał (a są tacy?;-)) to dla własnego dobra niechaj się zatrzyma na haśle Wydanie.

Oczekiwania
Oczywiście były wysokie. Tak wysokie, że postanowiłam poczekać, aż wreszcie wyjdzie ostatni tom, zanim w ogóle zaczęłam czytać PLO, bo nie chciałam cierpieć jak inni wielbiciele Grzędowicza ;-) Starałam się też unikać zaglądania do recenzji i opisów i dlatego, kiedy wreszcie sięgnęłam po pierwszy tom, ciągle myślałam, że to opowieść o astronautach i stacjach kosmicznych.

Pierwsze dwa tomy rzuciły mnie na kolana, zawróciły mi w głowie i urwały tyłek, czyli krótko mówiąc: wygórowanym oczekiwaniom sprostały. Trzeci przeczytałam z rozpędu i właściwie nie miałam większych zastrzeżeń, natomiast przy czwartym jakby się ocknęłam i zaczęłam na poważnie zastanawiać, czy  rzeczywiście wytatuowanie sobie w poprzek twarzy „Kocham Jarka” i natychmiastowe rozpoczęcie nauki chorwackiego i fińskiego (ze szczególnym uwzględnieniem przekleństw) powinno się znajdować na mojej aktualnej liście życiowych priorytetów. Ale o zakończeniu później – na początek chciałam zaznaczyć, że ogólnie rzecz biorąc: jestem zachwycona.    

Świat
Przez cały czas jest jednym z głównych bohaterów powieści, ale w pierwszym tomie jest to szczególnie wyraźne. Wszyscy wiemy, że najłatwiej i najprzyjemniej czyta się dialogi, a po opisach można się czasem lekko prześlizgnąć, kiedy robi się nudno. Ja niby też to wiem i dlatego ciągle nie umiem sobie wytłumaczyć, jak to się dzieje, że początek pierwszego tomu, gdzie mówi się bardzo mało, bo mamy tam tylko Vuko i nowy wspaniały świat, jest aż tak wciągający. Poznawanie Midgaardu, w którym przeplatają się elementy podobne do „naszego” świata (motyw dzieci wykorzystywanych do walki, klimat jak z sag skandynawskich, „bizantyjskie” wychowanie Filara itp., na które wskazywał sam autor podczas spotkania) z tymi całkowicie, fascynująco obcymi, to jedna z największych przyjemności, jakie daje lektura PLO.

Łatwo zrozumieć, że znalezienie się w takim nieprzewidywalnym, dzikim świecie dla Vuko – wychowanego w dość aseptycznym, stechnicyzowanym społeczeństwie – stało się nie tylko wyzwaniem, ale i ogromną frajdą (tak, chyba rzeczywiście każdy wielbiciel fantastyki marzy o tym, żeby zawołać zupełnie na serio: „Gospodarzu, piwa!”). I ta frajda się udziela – od razu.       

Filar
Powiem to od razu, żeby nie było nieporozumień – wolę Filara niż Vuko. Powodów jest sporo, ale główny to ten, że Vuko poznajemy jako całkowicie ukształtowanego superbohatera (no on jest superbohaterem, nie mówcie, że nie!) z konkretną misją do wykonania, zaś rozwój Filara możemy obserwować niemal od samego początku: dzieciństwo, nauka władzy, pierwsze doświadczenia miłosne, pierwsze prawdziwe tragedie… Jednocześnie jednak Filar pozostaje na długo wielką niewiadomą – wiemy, że jest Nosicielem Losu, ale podobnie jak on sam nie mamy pojęcia, co to znaczy. Poza tym Vuko jest twardzielem – można go podziwiać i się nim zachwycać, ale jednak łatwiej chyba przywiązać się do Filara (w każdym razie ja przywiązałam się do niego natychmiast i na dobre).

Sztuczne fiołki
Nie znajduję lepszego określenia oddającego istotę kontrastu, który ożywia całą narrację PLO. Niby  jesteśmy w „średniowiecznym” świecie, ale oprowadza nas po nim współczesny mężczyzna (a nawet bardziej niż współczesny, bo z przyszłości), obdarzony specyficznym poczuciem humoru. W efekcie dostajemy takie kwiatki: tom pierwszy s. 536–537, pełna dramatyzmu scena, Vuko, uciekając przed szalonym van Dykenem, przypadkowo bierze udział w inscenizacji Ogrodu Rozkoszy Ziemskich Boscha. 

W Ogrodzie Rozkoszy było łatwiej. Więcej było tu łażących bez celu i nikt nie naprzykrzał się, proponując tortury.
Na widok przechodzących „świerszczy” po prostu upuścił tłumok na ziemię i osunął się w kłębowisko nagich, wijących się po sobie ciał. Zatonął w nich, w plątaninie śliskich od potu ramion i ud, wśród warg i palców.
A potem wstał i wyplątał się. Kilkoro ramion uniosło się za nim, chwytając za łydki i obejmując za uda.
Drakkainen pochylił się i zadał miażdżący, krótki cios w sam środek twarzy szczególnie namolnego Węża.
– Mówiłem: tylko bez macanek. A pani… Nie to żeby pani mi się nie podobała, ale tym razem naprawdę nie mam czasu.

Trochę jakby ktoś dopisywał postaciom na starych obrazach ironiczne uwagi na aktualne tematy.

Te śmiałe, komiczne komentarze i puenty wcale nie niszczą klimatu, tylko pozwalają spojrzeć na Midgaard z innej perspektywy – zbliżenie, odjazd kamery, znów zbliżenie. Moim zdaniem ta nieustanna zmiana punktu widzenia i rozbijanie jedności świata świetnie współgra z dwoma rodzajami narracji (pierwszo- i trzecioosobowa), które zastosował autor na przestrzeni całej powieści – raz widzimy Vuko „z zewnątrz”, a raz oglądamy Midgaard jego oczami.  

Nazwy własne
Całkowicie mnie zauroczyły i dlatego chciałam o nich napisać - jako o wycinku ilustrującym uderzające bogactwo świata przedstawionego PLO. Grismo Szalony Krzyk, N’Dele Aligende, Lśniąca Rosą, Woda córka Tkaczki, Lemiesz syn Szkutnika, Ardżuk Hatarmał, Szyłgan Hatjezid, Kimir Zył, Hatir Sendżuk, Kungsbjarn Płaczący Lodem, Ludzie Słonej Trawy, Bractwo Drzewa. Mówi się, że wielkie aktorki potrafiłyby nawet książkę telefoniczną przeczytać tak, że można by ich słuchać godzinami – a ja z radością czytałabym wielotomowy spis powszechny Midgaardu.

Pomysł wprowadzenia charakterystycznych nazw własnych dla każdej krainy świata wydaje się prosty, a może nawet oczywisty, ale mnie ten zabieg ciągle zachwyca. Aspekt praktyczny: kiedy już posiada się jakąś wiedzę o Kirenenach, Amitrajach, Ludziach Ognia czy Kebiryjczykach, już samo imię nowej postaci wystarczy, żeby umieścić ją we właściwym kontekście.   

Cyfral
Wiem, że jest sporo przeciwników tego rozwiązania, które każe Vuko rozmawiać z własnymi rękami tudzież wchodzić w dwuznaczną relację z produktem własnej rozbuchanej wyobraźni, ale ja jestem za. Zawsze lubiłam Blaszany Dzwoneczek i nie mam nic przeciwko takiej wersji migoczącej wróżki.     

Wydanie
Jako że postanowiłam perfidnie poczekać na ostatni tom, skompletowałam wydanie w oprawie zintegrowanej i jestem z niego bardzo zadowolona. Okładki wydają mi się o wiele bardziej udane niż w pierwszej edycji, a giętki grzbiet naprawdę ułatwia czytanie przy tak grubych tomiszczach.

Jeśli chodzi o ilustracje Dominika Brońka, to wzbudzają raczej mój niepokój niż zachwyt, ale myślę, że to wcale nie tak najgorzej. I zawsze w każdym tomie najpierw wszystkie oglądałam, a dopiero potem zaczynałam czytać ;-)

Zakończenie
Rozczarowało mnie. No dobrze – będę uczciwa: między innymi dlatego, że nagle i boleśnie zdałam sobie sprawę, że to już koniec.

Na wspominanym już powyżej spotkaniu autorskim Jarosław Grzędowicz powiedział, że kiedy pisał PLO, od początku wiedział, jaki powinien być koniec. Ja byłam wtedy po lekturze pierwszego tomu i kiwając głową, pomyślałam, że też dobrze wiem, jak musi wyglądać zakończenie. No i wyobraźcie sobie, że jednak mieliśmy na myśli coś zupełnie innego! ;-) Tak więc na pewno nie mogę powiedzieć, że domyśliłam się, jak się to wszystko skończy. Bo oni… przeżyli!

Gdyby to ode mnie zależało, wymordowałabym na rozmaite widowiskowe sposoby całą główną obsadę, a resztę obsypałabym porządnym martwym śniegiem, tak żeby nie wiedzieli którędy na górę, bo kurczę, po czterech tomach czytelnikom należy się coś ekstra ;-) Słowem: spodziewałam się na koniec miażdżącej, gorzkiej tragedii z nutą słodkiej melancholii, a dostałam coś, co – jak by na to nie spojrzeć – jest happy endem. No jak tak można? ;-))

Tak serio – oczywiście wszystkie te zarzuty to z miłości ;-)  Albo za dużo się naoglądałam Gry o tron
Będzie mi ogromnie brakować Filara. I Vuko oczywiście też – zwłaszcza jego soczystych przekleństw.


Perkele, piczku materinu!

wtorek, 10 września 2013

Wyniki konkursu dla wtajemniczonych

Dziękuję za zgłoszenia - Rupert i Ann zdecydowanie pobili biednego Nicka na głowę ;-) Taki już jego los: zawsze w cieniu innych ^^
Jako że wybierałam z każdej postaci-kategorii po jednej osobie, nagrody są dwie. 
Lara Notsil otrzymuje niepowtarzalny notes Ruperta z jego osobistym, wyjątkowym i bezcennym podpisem, zaś Agnes - torebkę w stylu Anne Hope
Jeśli ktoś wybrałby Nicka, dostałby model samolotu do składania (taki sam, jaki ten detektyw z Bożej łaski sklejał, gdy do jego drzwi zapukał los w osobie energicznej Helen Bradbury), Spitfire'a. Za karę pewnie powinnam pomalować i poskładać go sama ;-))    
Gratuluję zwyciężczyniom i proszę o wysłanie adresów na maila sasza.hady@gmail.com 

poniedziałek, 2 września 2013

Wyniki konkursu alkoholowego

Bardzo dziękuję za propozycje drinków dla Alfreda Bendelina - możecie być pewni, że słynny detektyw wypróbuje wszystkie ;-)

A teraz wyniki.
Pierwsze miejsce: Sylwia Zazulak
Drugie miejsce: oisaj
Trzecie miejsce: Lara Notsil

Zwycięzców proszę o przysłanie mailem adresu do wysyłki książek na sasza.hady@gmail.com (oczywiście zanim wyślę książki, będziecie musieli je wybrać z listy;-))

niedziela, 25 sierpnia 2013

"Trup" nadchodzi! Część III: Konkurs dla wtajemniczonych


Aby wziąć udział w tym konkursie, trzeba znać treść "Morderstwa na mokradłach" czyli pierwszej części cyklu o Alfredzie Bendelinie. Waszym zadaniem będzie wskazać swojego ulubionego bohatera (Nick, Rupert albo Ann) i wyjaśnić, dlaczego to jego/ją lubicie najbardziej. Nagrody będą... niespodziankowe - powiem tylko, że tym razem nie będą to książki. W końcu ile można mieć książek, prawda? ;-)   
Konkurs trwa do 9 września
Można oczywiście brać udział w obu konkursach premierowych jednocześnie. 

"Trup" nadchodzi! Część II: Konkurs alkoholowy


W związku z premierą "Trupa z Nottigham" niniejszym ogłaszam pierwszy konkurs (bo będą dwa). 
Nagrodą główną będzie oczywiście egzemplarz "Trupa" z sążnistą dedykacją i autografem (albo bez - jeśli ktoś nie chce, żeby mu po książce mazać;-)) oraz trzy inne książki do wybrania z puli dziesięciu (kryminał, fantastyka, podróżnicze, beletrystyka...), tak jak w poprzednim konkursie. Druga nagroda to trzy wybrane książki, a trzecia - dwie książki. Do każdej nagrody dołączona zostanie niewakacyjna pocztówka z Warszawy z pozdrowieniami od ciężko pracującej autorki ;-)    

Jako że teoretycznie są wakacje, konkurs ma tematykę przyjemnie odprężającą. Pytanie brzmi: jaki według Ciebie powinien być ulubiony drink prywatnego detektywa Alfreda Bendelina i dlaczego właśnie ten? Aby odpowiedzieć na pytanie konkursowe nie trzeba znać treści książek - kwestia alkoholowych upodobań Bendelina nie została dotąd poruszona.  
Tym razem nie będzie losowania, tylko moja arbitralna, despotyczna decyzja ;-)  
Macie czas do 31 sierpnia


wtorek, 6 sierpnia 2013

"Trup" nadchodzi! Część I: Biblionetka


Ostatnio na Saszowym blogu niewiele się działo - ale nie dlatego, że postanowiłam zrobić sobie wakacyjną przerwę ;-) Przeprowadzka, nowa praca w nowej branży... wszystko to mnie trochę zbiło z nóg, wybiło z kursu i rozbiło emocjonalnie (ale tak pozytywnie szaleńczo;-)) i dlatego zapadła cisza.

ALE teraz za to zrobi się gorąco: nadchodzi NOWE, czyli Trup z Nottingham, druga część cyklu o  prywatnym detektywie Alfredzie Bendelinie (dyskrecja gwarantowana), i będzie się działo. 

Na początek atrakcja przedpremierowa:

od 7 do 11 sierpnia Sasza Hady będzie gościem Biblionetki. Zapraszam do obserowania czatu, zadawania pytań - i polecam konkurs okołoczatowy. 


Już niedługo kolejne wiadomości, konkursy, fajerwerki, garście konfetti, trąbki i dużo Ruperta ;-) 

 

wtorek, 25 czerwca 2013

Morze Niegościnne - Jakub Szamałek, czyli znowu jest świetnie!


Morze Niegościnne
Jakub Szamałek
Muza
Warszawa 2013

Zwykle kiedy jakaś książka bardzo mi się spodoba, po następną z serii sięgam z lekkim niepokojem i chociaż naprawdę nie mogę się jej doczekać, po zakupie odstawiam ją na chwilę na półkę – bo martwię się, że okaże się słabsza niż pierwsza. W przypadku Morza Niegościnnego nie miałam takich problemów – byłam wręcz pewna, że Jakub Szamałek, zdobywca Nagrody Wielkiego Kalibru Czytelników 2012, nie tylko utrzyma poziom swojego debiutu Gdy Atena odwraca wzrok, ale też zaskoczy i oczaruje czytelników na nowo. I co? I miałam rację!

Gdy Atena odwraca wzrok (na której cześć piałam w recenzji dla ZwB) ma świetne, dramatyczne zakończenie. Jest tak dobre, że właściwie myślałam, że to już naprawdę koniec i następna książka tego autora będzie o czymś zupełnie innym i Leochares już nie powróci. Nie żebym źle życzyła Lamii, wręcz przeciwnie, bardzo ją polubiłam, ale… Tymczasem sprytny i zaskakujący zwrot akcji otworzył zupełnie nowy rozdział w historii Leocharesa i jego bystrej małżonki. Witajcie… w Pantikapajonie! Z samego serca cywilizowanego świata przenosimy się do krainy dzikich Scytów i Taurów  dobre to miejsce dla tych, którym nie poszczęściło się w wielkim mieście... choć i tutaj zdarzają się nieszczęśliwe wypadki. A to barbarzyńcy sprowadzą statek na skały, a to komuś głowę urżną.  

Kilka lat po dramatycznych wydarzeniach w Atenach Leo, Lamia i ich synek Teodoros wiodą spokojne życie w odległej greckiej osadzie. A raczej wiedliby, gdyby nie męska duma byłego detektywa i Satyros. Jaki jest Leo, wiemy – sam prosi się o kłopoty i nie umie trzymać głowy nisko. Takiego go lubię :-) Natomiast Satyros… Obserwując poczynania archonta, zdałam sobie sprawę, jak trudno jest zbudować naprawdę przekonujący, szczerze wredny czarny charakter. Autorowi Morza Niegościnnego się to bez wątpienia udało: Satyros jest tak przebiegły, że nie sposób go nie podziwiać, a jednocześnie tak podły i okrutny, że nie może budzić niczyjej sympatii. A przy tym autor nie dopuścił, aby ta świetna kreacja „ukradła” książkę, tak jak Jocker oszwabił ostatniego Batmana, sprawiając, że na jego tle stał się średnio charyzmatycznym mężczyzną ze śmieszną peleryną. Satyros ma solidną przeciwwagę w postaci takich mocnych charakterów jak Kalligenes, Nana, Stratonike oraz – oczywiście – Leochares i Lamia. Bardzo spodobał mi się też książę Hekatajos, który co prawda pojawia się na krótko, ale robi odpowiednie wrażenie.

Autorowi szczególnie zależało na tym, żeby odbrązowić i „odmarmurzyć” starożytnych Greków, przedstawić ich jako zwykłych ludzi, którymi rządzą raczej namiętności i ambicje niż umiłowanie Homera. W Morzu Niegościnnym wypadło to bardzo przekonująco (zresztą w Atenie również) – postaci mówią przystępnym, współczesnym językiem, dialogi toczą się bardzo żywo, nie brak też komizmu. Jednak ja tym razem bardziej skupiłam się podczas lektury na podziwianiu kompozycji: Szamałek bardzo wprawnie łączy ze sobą sceny sensacyjne i dramatyczne, z tymi ukazującymi codzienne życie nad Morzem Czarnym w V wieku p.n.e. I trzeba zaznaczyć, że te ostatnie wcale nie stanowią tylko tła dla opisanych wydarzeń: przeżycia Lamii czy losy Nany są tak samo fascynujące, jak zagadka zabójstwa posła z Teodozji.

Morze Niegościnne ma 300 stron: można to przeczytać w jeden wieczór (bo wciąga), ale myślę, że warto powściągnąć ciekawość i ponapawać się kulturowymi smaczkami (ja na przykład niby wiedziałam, że kobiety w starożytnej Grecji nie miały lekko, ale dopiero obserwując Lamię, naprawdę to sobie uświadomiłam…), dowcipnymi dialogami, literackimi zabawami z mitologią i płynnym, wyrazistym stylem. Jedyne, co mi trochę przeszkadzało, to nadmiar przypisów; wiem, że to był zabieg celowy – autor na spotkaniu w krakowskim Café Szafé wyjaśnił, że wolał dodać więcej wyjaśnień, żeby czytelnik w razie czego nie musiał zaglądać do Wikipedii – ale mnie to nieco rozpraszało (bo nawet jak wiem, to i tak mi oko leci na dół strony;-)).

Zakończenie i tym razem jest wystrzałowe, chociaż ma zupełnie inny wydźwięk niż ostatnia scena Kiedy Atena odwraca wzrok. Wiadomo też, że będzie się można spodziewać opowieści o dalszych przygodach Leocharesa, który teraz wyruszy do…


A nie będę psuć Wam niespodzianki ;-)

Zbrodnia w błękicie - Katarzyna Kwiatkowska


Zbrodnia w błękicie
Katarzyna Kwiatkowska
Zysk i S-ka
Poznań 2011

Bardzo lubię debiuty – między innymi dlatego, że można w nich wyczuć specyficzną świeżość i śmiałość, które nie zawsze muszą być okupione niezbornością stylistyczną czy fabularnymi usterkami. Zbrodnia w błękicie należy do takich udanych, „stabilnych” debiutów; dobitnie świadczy o tym wyróżnienie w postaci nominacji tej książki do Nagrody Wielkiego Kalibru 2012 oraz przyznanie jej nagrody specjalnej przez panią Janinę Paradowską.

Po raz pierwszy usłyszałam o Zbrodni w błękicie właśnie na gali rozdania nagród na MFK we Wrocławiu; nie zdążyłam przed wyjazdem poznać wszystkich nominowanych tytułów, więc najpierw zobaczyłam autorkę na żywo, a dopiero potem przeczytałam jej kryminał (zazwyczaj jest na odwrót: jeśli bardzo mi się spodoba jakaś książka, staram się pójść na spotkanie autorskie). Katarzyna Kwiatkowska świetnie wypadła na gali – widać było, że jest przejęta i nie ma wiele „doświadczenia scenicznego” (wielu „kryminalistów” to świetni mówcy i showmani), ale dzięki temu jej krótkie wystąpienie było naturalne, bezpretensjonalne i czarujące. Myślę, że nie tylko ja pomyślałam wtedy, że trzeba tę pisarkę bacznie obserwować.

Zbrodnia w błękicie to kryminał retro, ale właściwie chętniej nazwałabym go staroświeckim (bardzo lubię to słowo), ponieważ ta „dawność” przejawia się nie tylko w wyborze końca XIX wieku na czas akcji, ale także w wykorzystaniu klasycznych schematów powieści detektywistycznej (dla porównania: przygody komisarza Maciejewskiego z kryminałów Marcina Wrońskiego rozgrywają się w przeszłości, ale kompozycja tych książek i samo podejście do gatunku jest na wskroś nowoczesne). 
Zbrodnia w błękicie jest dla mnie przede wszystkim kryminałem z wyraźnie zarysowaną intrygą, niejednoznacznymi bohaterami i konsekwentnie zbudowaną postacią detektywa z zewnątrz. Chociaż oczywiście w książce nie brakuje przystawek w postaci wątków historycznych czy obyczajowych, daniem głównym pozostaje zbrodnia i śledztwo – może właśnie stąd porównania do kryminałów Agathy Christie. Jako wielbicielka klasycznych whodunnit oczywiście przepadam za takimi książkami i „odkrycie” Katarzyny Kwiatkowskiej bardzo mnie ucieszyło.

Wrażenie staroświeckości buduje już sam format Zbrodni w błękicie, jak na kryminał dość nietypowy, bo one zwykle kojarzą się w wydaniami kieszonkowymi lub przynajmniej poręcznymi. Błękitny (rzecz jasna!) tom do podróży pociągiem nadaje się średnio, ale za to otwieranie takiej książki daje dużo zwykłej, czytelniczej frajdy.

Kilka słów o fabule: do dworku w Wielkopolsce przyjeżdża przyjaciel domu, podróżnik Jan Morawski ze swoim kamerdynerem (i wiernym towarzyszem) Mateuszem. Na zewnątrz panuje śnieżna zadymka, zaś w domu państwa Tarnowskich – prawdziwa emocjonalna burza. Jan od razu wyczuwa wśród zgromadzonych gości animozje i napięcia, których ci nawet nie próbują ukrywać; uroczysta kolacja zamienia się w sabat czarownic (tu w rolach głównych zimna żmija, hrabina Kareńska, i rozwydrzona Paulina Bonikowska), padają wzajemne oskarżenia i złośliwe uwagi, idą w ruch sole trzeźwiące  a rano mamy trupa.

Bardzo mi się spodobało, że autorka zdecydowała się nie polegać tylko na klasycznym schemacie odciętego od świata domu – w końcu drogi stały się przejezdne, dzięki czemu akcja rozszerzyła się na pobliskie miasteczko, pojawiły się nowe postaci, a do dusznej atmosfery Tarnowic wtargnął świeży, wręcz alpejski powiew. Spodobał mi się także dobór imion, nie tylko dobrze pasujących do wybranej epoki, ale też oddających charakter postaci: to jasne, że Mateusz będzie mężczyzną budzącym zaufanie, solidnym i niepozbawionym poczucia humoru, Jan nieodgadnionym ekscentrykiem, Julia tajemniczą damą, a młoda, złotowłosa panienka edukowana przez siostry zakonne będzie miała na imię Zosia. Kolejny nieoczywisty plus: pojawia się tu sporo książek, można wręcz powiedzieć, że każdy bohater ma swoją, opisującą go w jakiś sposób książkę. Szczególnie wyeksponowany jest Sienkiewicz – co oczywiście podkreśla atmosferę tamtej epoki, a z książek tego autora: Bez dogmatu, pozycja mniej znana, ale w dorobku Sienkiewicza bardzo interesująca (dawno nie myślałam o tej powieści, ale w swoim czasie zrobiła na mnie wrażenie, wywołując mieszane uczucia).

Jeśli koniecznie miałabym szukać minusów Zbrodni w błękicie (a nie zależy mi na tym jakoś szczególnie, bo czytało się świetnie), to potrafię chyba podać tylko jeden (a i ten jest dyskusyjny). Otóż Jan Morawski jest zbyt sympatyczny. Serio ;-) Mówi się sporo o jego dwuznacznej reputacji i można się domyślać, że kiedyś było z niego niezłe ziółko, ale podczas całej akcji prezentuje się absolutnie przyzwoicie i nienagannie (inna sprawa, że nie miał komu tam zawracać w głowie – przed Pauliną musiał wręcz uciekać, a Julia hm, hm – to Julia;-)) Obrazu odważnego podróżnika o otwartym umyśle i szerokich horyzontach dopełnia scena w karczmie, kiedy wielki pan całuje w rękę żonę oberżysty Maciejową – i wtedy właśnie moja przekorna czytelnicza natura kazała mi się zastanowić, czy nie byłoby ciekawiej gdyby raz dla odmiany główny bohater książki historycznej nie prezentował postępowych poglądów daleko wykraczających poza umysłowość tamtych czasów.

Podsumowując: Zbrodnia w błękicie to rasowy, dobrze napisany kryminał o porządnie zapętlonej intrydze (przyznaję, że nie zgadłam, kto zabił i dlaczego, a do końca byłam absolutnie pewna, że mi się udało…), w którym jest to wszystko, co tygryski lubią najbardziej: rodzinne tajemnice, zerwane zaręczyny, tragiczne nieporozumienia, trucizna, skradziony pamiętnik, brawurowe kłamstwa – i dużo ciastek! :-)


Niedawno ukazał się drugi kryminał o Janie Morawskim – Kain i Abel. Muszę to koniecznie przeczytać i przekonać się, czy główny bohater zrobi coś skandalicznego (wiem, wiem, takie zapędy są niezdrowe ;-))     


wtorek, 18 czerwca 2013

Wywiad z Robertem Ostaszewskim



SH: Jesteś jednocześnie pisarzem i krytykiem literackim – obecnie to dość rzadkie połączenie. Nie boisz się przy tym dość ostro oceniać książek, które recenzujesz na swoim blogu. Niektórzy uważają, że to trochę „nie wypada” krytykować kolegów i koleżanek po piórze – inni, że w blogosferze brakuje bezkompromisowych opinii. Co o tym myślisz?

RO: To fakt, niektórzy, wymienię dla przykładu choćby Jerzego Pilcha czy Wojciecha Kuczoka, są zdania, że łączenie pisania własnej prozy z aktywnością krytycznoliteracką jest podejrzane czy wręcz moralnie naganne. Ja nie mam z tym problemu. Wystarczy mieć jasno określone kryteria oceny tekstów i zachowywać elementarną uczciwość, aby nie być posądzonym o wykaszanie konkurencji. Poza tym właściwie od początku mojej przygody z literaturą zajmowałem się równolegle pisaniem książek i pisaniem o książkach, a do tego ukształtowały mnie w dużym stopniu postmodernistyczne koncepcje literatury, zrównujące – rzecz ujmuję w skrócie – rozmaite przejawy tekstotwórczej aktywności. A że pewnym pisarzom nie podoba się moje krytycznoliterackie pisanie? Mówi się trudno, nie wszyscy muszą mnie kochać.
A jeśli chodzi o recenzowanie/krytykę w blogosferze – to trochę inny temat. Jest w niej za dużo kolesiostwa, a za mało rzetelnej, pogłębionej krytyki. Właściwie większość blogów poświęconych omawianiu literatury to jedynie „pamiętniczki lektur”, które z prawdziwą krytyką literacką mają mało wspólnego.

Pewnie nie wszyscy pisarze Cię kochają, ale kilku by się takich znalazło. Jak to jest, kiedy recenzujesz książkę znajomego? I czy przyjaciele-pisarze raczej proszą Cię o recenzję, czy proszą, żebyś nie recenzował?

W przypadku recenzowania książki znajomego postępuję tak samo, jak przy pisaniu o książkach osoby, której nie widziałem na oczy, bez taryfy ulgowej. Interesuje mnie przede wszystkim, czy tekst jest dobry, nie cofam się przed wytykaniem potknięć i błędów kolegom, bo takie poklepywanie się po plecach za wszelką cenę zwyczajnie nie ma sensu. Niektórzy przez to się na mnie obrażają, większość jednak nie – i wtedy po prostu dyskutujemy sobie, bywa, że ostro, na temat tekstu. Czasami przyznają mi rację, czasami nie – i wtedy pięknie się różnimy.
A czy przyjaciele-pisarze proszą mnie o recenzje? I tak, i nie. Jeśli chodzi o recenzje, które zamieszczam w gazetach, czasopismach czy na blogu, to zazwyczaj nie proszą, bo doskonale zdają sobie sprawę, że nie podlegam tego rodzaju naciskom, sam wybieram książki, o których chcę napisać, i klucz koleżeństwa nie ma w tym przypadku nic do rzeczy. Natomiast gdy znajomi pisarze proszą mnie, abym skrobnął dla nich recenzję wewnętrzną czy rekomendację potrzebną do wniosku o stypendium czy dotację, to zwykle – o ile tekst nie jest poniżej jakiejkolwiek krytyki – nie odmawiam, bo zdaję sobie sprawę, jak ciężkim kawałkiem chleba jest w naszym kraju zajmowanie się literaturą, więc jeśli mogę, oczywiście w miarę moich możliwości, pomóc komuś moją opinią, to pomagam. Ale podobnie bywa i z pisarzami, których znam jedynie poprzez ich teksty.

Których polskich pisarzy kryminałów cenisz najbardziej i za co? Z naszej rozmowy w pociągu (podczas której jeden z pasażerów nie wytrzymał pikantnych „kryminalnych” szczegółów i wyszedł z przedziału) zapamiętałam, że wyrażałeś się bardzo pochlebnie między innymi o Marcinie Wrońskim.

Właściwie nie tyle cenię konkretnych autorów, co pewien format prozy kryminalnej. Lubię kryminały, jak to nazywam, przełamane, gatunkowo niejasne, w których oprócz solidnie zakomponowanej intrygi można znaleźć coś jeszcze – na przykład zabawę konwencją, socjologiczne obserwacje, wyrafinowany język albo ciekawy obraz przeszłości. Ale pewnie chciałabyś poznać jakieś nazwiska? Lista byłaby długa, ale podam tylko kilka przykładów. Świetna jest trylogia Marcina Świetlickiego, który udanie pożenił poetycką wrażliwość z kryminalną solidnością. Marcin Wroński udowodnił, że kryminał może być bardzo ciekawą powieścią historyczną. Zygmunt Miłoszewski jak mało który prozaik z „głównego nurtu” umie zakręcić frazą. Ryszard Ćwirlej kreśli obraz późnego PRL-u, którego próżno szukać u innych pisarzy, nawet tych z głównego nurtu prozy. I tak dalej…

A jaki Ty – jako współautor kryminałów Kogo kocham, kogo lubię i Sierpniowe kumaki – proponujesz czytelnikom „dodatek”?

W obu powieściach postawiliśmy na – posłużę się zgrabnym określeniem Wrońskiego – krymi-zgrywę, czyli kryminał na wesoło, w którym kreacje bohaterów, ich język, a właściwie cała narracja nasycone są humorem. Oczywiście, nie zaniedbujemy intrygi kryminalnej, w tych książkach mamy do czynienia z krwawymi zbrodniami, różnego rodzaju przestępstwami i ponurymi typkami, ale chcieliśmy, aby podczas lektury czytelnik również dobrze się bawił. Mam cichą nadzieję, że tak jest. W Sierpniowych kumakach dołożyliśmy do opowieści dosyć szczegółowy opis Helu, można nawet rzec, że ta powieść jest swego rodzaju literackim przewodnikiem po rozmaitych atrakcjach tego półwyspu. W nowym kryminale, pisanym z Violettą Sajkiewicz, spróbujemy przybliżyć naszym czytelnikom Śląsk.

Czy możesz zdradzić coś więcej na temat tego nowego kryminału? Czym (poza lokalizacją) będzie się różnił od Sierpniowych kumaków?

To druga część cyklu, pojawią się znani z Sierpniowych kumaków policjanci Polański i Tyszka, o ile jednak w tamtej książce byli – by tak rzec – na gościnnych, wakacyjnych występach, prowadząc śledztwo nieoficjalnie, o tyle tutaj działają na własnym terenie, więc w nowej powieści będzie więcej z kryminału procedur policyjnych. Rozbudowaliśmy też warstwę obyczajową, aby pokazać środowisko, w którym żyją i pracują nasi bohaterowie. Będzie sporo ciekawostek dotyczących naszej ulubionej dzielnicy Katowic, czyli Nikiszowca. No i oczywiście humor. Dużo humoru.

Dotychczas wydane kryminały stworzyłeś z pisarkami: Martą Mizuro i Violettą Sajkiewicz, i wiem, że bardzo sobie chwalisz tę współpracę. A czy nie zastanawiałeś się nad pisaniem z mężczyznami?

Prawdę powiedziawszy, jeszcze kilka lat temu nie podejrzewałem, że jestem w stanie pisać powieści w duecie. Zaczęło się to trochę z przypadku, trochę z ciekawości – po prostu chciałem sprawdzić, czy potrafię coś takiego zrobić. Okazało się, że nie mam z tym większego problemu – choć, oczywiście, pewne tarcia podczas wspólnego pisania były – a i efekt, sądząc z recenzji i głosów czytelników, nie jest najgorszy. A pisanie z mężczyznami? Jeśli pojawi się ciekawy pomysł, czemu nie.

Co Cię najbardziej denerwuje w kryminałach i czego jako autor starasz się unikać?

Nie lubię, gdy pisarze kurczowo trzymają się wciąż tych samych schematów, rozwiązań fabularnych, powielają je w nieskończoność. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że kryminały, jak każda proza gatunkowa, w dużej mierze muszą opierać się na schematach, powtarzalnych konstrukcjach opowieści, ale należy próbować ożywić je nieco, zindywidualizować, co można robić na wiele sposobów. W innym przypadku kolejne powieści stają się przewidywalne i zwyczajnie nudne. Dla przykładu, odrzucają mnie już od jakiegoś czasu książki amerykańskich pisarzy o psychopatycznych seryjnych zabójcach, bo też ile można o tym czytać. Podobnie jest ze Skandynawami, którzy w kółko wałkują te same tematy, takie jak wykorzystywanie dzieci, poniewieranie kobietami czy problemy z emigrantami. Choć z drugiej strony nie dziwię się pisarzom, bo jeśli mogą, wykorzystując panującą akurat modę na taki a nie inny rodzaj kryminałów, sprzedać trochę więcej egzemplarzy, to właściwie dlaczego nie mają tego robić?
Drażni mnie również u wielu autorów kryminałów brak dbałości o język, styl ich prozy. Jakby zakładali, że krwawa intryga i wyrazisty bohater w zupełności wystarczą czytelnikowi. A przecież choćby książki Austriaka Wolfa Haasa, a u nas Miłoszewskiego czy Wrońskiego potwierdzają, że można tworzyć kryminały wysmakowane językowo.

Wydałeś dwa kryminały w jednej z najbardziej popularnych serii wydawniczych w Polsce, pracujesz nad trzecim, uczysz innych kreatywnego pisania – i co dalej? Co chciałbyś osiągnąć jako pisarz kryminałów – co byłoby dla Ciebie największym sukcesem?

Oczywiście przede wszystkim chciałbym mieć dziesiątki tysięcy wiernych czytelników, którzy z niecierpliwością będę oczekiwać kolejnych moich książek. Ale tak naprawdę jestem dopiero na początku drogi, jeśli chodzi o prozę kryminalną. Teraz, wraz ze współautorką, skupiam się głównie na tym, by jak najciekawiej rozwinąć cykl o przygodach śląskich policjantów, osadzić go jak najmocniej na mapie rodzimego kryminału. Więc teraz praca i jeszcze raz praca, a co będzie później, zobaczymy.


Jako jedna z wiernych i niecierpliwych czytelniczek życzę Ci, aby ta praca była jak najprzyjemniejsza. Dziękuję za rozmowę. 


Zapraszam na blog Roberta Ostaszewskiego - można komentować, podyskutować... :-) 

Wakacyjny wywiad - Zapowiedź

Dziś wieczorem na moim blogu pojawi się pierwszy wywiad: rozmowa z pisarzem kryminałów, autorem książki idealnej na lato. Będzie o blogosferze, plusach i minusach polskich i zagranicznych kryminałów, krymi-zgrywie - krytycznie, trochę kontrowersyjnie i na luzie. 
Można zgadywać, o kogo chodzi ;-)   


Lipy już kwitną - zaczęło się lato!

niedziela, 2 czerwca 2013

Zapowiedź: Trup z Nottingham - Sasza Hady



Alfred Bendelin, prywatny detektyw (dyskrecja gwarantowana) powraca!

Oto drżą czarne serca złoczyńców i miękną kolana pięknych dam, bo największy prywatny detektyw Londynu znów wyrusza, by tropić zło i występek. Nieprzewidywalny i niepokonany, zawsze górą czy to w walce, czy w miłości, kpi sobie z niebezpieczeństwa, śmiejąc się geniuszom zbrodni w twarz! Alfred Bendelin powraca i tym razem nikt go nie powstrzyma. A już na pewno nie Nicholas Jones, nieśmiały policjant, który marzy o chwili spokoju i próbuje wreszcie ułożyć sobie życie.

Zwabiony podstępem w pułapkę Nick musi znów wcielić się w rolę fikcyjnego detektywa i rozwikłać zagadkę morderstwa Waltera Darringtona, antypatycznego właściciela znanego wydawnictwa. Przy pomocy swojego przyjaciela Ruperta przenika do wąskiego kręgu podejrzanych i rozpoczyna śmiertelną rozgrywkę z zabójcą. Zabawa w Alfreda Bendelina przestaje być jednak zabawą, gdy okazuje się, że karty od początku gry były znaczone, a morderca wie, że – w odróżnieniu od swojego literackiego alter ego – Nick Jones ma więcej niż tylko jedną słabość…


Premiera 13 lipca, równiutko rok po części pierwszej czyli Morderstwie na mokradłach :-)
Wydawnictwo Oficynka i Sasza Hady zapraszają na drugie spotkanie z Nickiem, Rupertem i - oczywiście - Alfredem Bendelinem!

P.S. Z okazji premiery konkurs będzie, rzecz jasna ^^


czwartek, 30 maja 2013

Scarlet - Marissa Meyer


Marissa Meyer
Scarlet (tom drugi Sagi Księżycowej)
tłum. Dorota Konowrocka
Literacki Egmont
Warszawa 2013
495 stron

Moim pierwszym odczuciem po skończeniu lektury Scarlet było rozczarowanie. Tak czekałam na drugą część, tak bardzo podobała mi się pierwsza! A potem przypomniało mi się, że moja babcia miała zwyczaj siedzieć przy stole i zjadać ciasteczka, lamentując i wzdychając przy każdym: Uch, ale niedobre, niedobre… dopóki nie zjadła ze smakiem wszystkich. No więc uczciwie muszę przyznać, że pochłonęłam Scarlet błyskawicznie w pociągu relacji Warszawa–Kraków i całe to moje rozczarowanie i rozżalenie jest dosyć obłudne. Najbardziej bowiem zasmuciło mnie, że to już koniec – przynajmniej na razie.

Teraz, kiedy minęło trochę czasu, mogę ocenić drugi tom Sagi Księżycowej trochę bardziej obiektywnie. Z jednej strony Cinder podobała mi się o wiele, wiele bardziej, a z drugiej jako że Scarlet jest jej bezpośrednią kontynuacją i właściwie miałam wrażenie, że czytam kolejne rozdziały, a nie osobny tom, właściwie trudno je porównywać. Ale oczywiście i tak to zrobię ;-)

Otóż tym, co zgrzytało mi w Scarlet były postaci. Po prostu tak polubiłam dziewczynę-cyborga z pierwszej części, że to rudowłosej Francuzki w czerwonej bluzie z kapturem nie mogłam się przekonać. Wydaje mi się, że to dlatego, że postaci w pierwszym tomie zostały o wiele ciekawiej nakreślone i od razu budziły sympatię i zainteresowanie. Motywacje i uczucia Cinder są bardzo złożone, różnorodne, a często sprzeczne: powoduje nią nienawiść do macochy, poczucie wyobcowania, wstyd, strach przed zarazą, miłość do przybranej siostry, rodzące się uczucie do Kaia…

Na tle tej burzy emocji Scarlet wypada słabo, tym bardziej, że teoretycznie ma być wybuchową panną z charakterkiem (a tymczasem na początku jej wybuchy furii są mało przekonujące). Scarlet interesuje tylko jej zaginiona babcia, a potem tajemniczy Wilk, a poza tym trudno coś o niej powiedzieć. Wiemy, że w jej przeszłości kryją się jakieś tajemnice, że miała dość trudne dzieciństwo i żywi niejasną sympatię do słynnej skandalistki-cyborga. Hm, i tyle. Na szczęście sytuację ratuje Wilk, który wprowadza element zagrożenia, niepokoju i zagadki – niejednoznaczna relacja między nim a Scarlet wspaniale napędza fabułę.

Zastanawiałam się od samego początku, jak autorka wybrnie z tego problemu, żeby Wilk jednocześnie okazał się złym wilkiem i nie okazał (jak tu zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko – że wrócę do mojej babciowo-ciasteczkowej analogii, nomen omen bardzo pasującej do tematyki). Otóż wybrnęła brawurowo, ale przewidywalnie (takie samo zastrzeżenie miałam co do rozwiązania problemu tożsamości Cinder w tomie pierwszym). Na szczęście i ten mały minusik zginął w powodzi doskonałych pomysłów autorki – o ile finał tego zauroczenia nie był zaskakujący, o tyle wyjaśnienie różnych „dziwactw” Wilka ogromnie mi się podobało, bo dałam się zwieść i mogłam się potem cieszyć tą małą niespodzianką.

Pomijając problem postaci, na które można trochę ponarzekać (na Thorne’a narzekałabym dość długo, więc nawet nie zaczynam), wszystkie zalety pierwszej części widzę i w drugim tomie: przystępny język (bardzo dobrze oddany w polskim tłumaczeniu), zawrotnie szybka i wciągająca akcja, oryginalna interpretacja znanego baśniowego motywu, fabularny rozmach, odpowiednia proporcja tajemnicy, makabry i humoru.
Druga część sagi wyjaśnia kilka zagadek, z którym zostawiła nas część pierwsza (dowiadujemy się na przykład sporo o przeszłości Cinder i jej operacji), ale oczywiście dokłada kilka nowych i budzi wyraźne uczucie niedosytu. Marisso, daj więcej tych ciastek i niech następnym razem będzie więcej Cinder!

Nota wydawcy:
Drogi Cinder i Scarlet krzyżują się w chwili, w której Ziemia zostaje zaatakowana przez Lunę... Cinder, dziewczyna cyborg zarabiająca na życie jako mechanik, próbuje wydostać się z więzienia, choć wie, że jeśli jej się uda, stanie się najbardziej poszukiwanym zbiegiem we Wspólnocie Wschodniej. Po drugiej stronie kuli ziemskiej ginie babcia Scarlet Benoit. Okazuje się, że Scarlet nie miała świadomości wielu związanych z nią spraw ani śmiertelnego zagrożenia, w którym żyła. Kiedy spotyka Wilka, mającego prawdopodobnie wiadomości o miejscu pobytu babci, czuje powstającą między nimi więź, choć nie potrafi przełamać nieufności. Wspólnie rozwiązują zagadkę, ale wówczas los zderza ich z Cinder przynoszącą nowe pytania bez odpowiedzi. 


Z nienaturalnych przyczyn - P.D. James

P.D. James
Z nienaturalnych przyczyn
tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska
Wydawnictwo Buchmann
Warszawa 2012


Moje kolejne spotkanie z P.D. James okazało się bardzo udane i coraz bardziej doceniam jej wyrafinowanie prosty, niekiedy wręcz surowy styl, który łagodnieje, gdy narrację zabarwia poetycka wyobraźnia głównego bohatera. Z nienaturalnych przyczyn należy do krótszych książek z cyklu o Adamie Dalglieshu i potwierdza moją roboczą tezę, że w przypadku James te mniej obszerne tomy charakteryzują się lepszą kompozycją.

Tak jak w Zakryjcie jej twarz, nadinspektor Scotland Yardu wyjeżdża do małej wioski, jednak tym razem nie sprowadza go tam prowadzone śledztwo – udaje się do Monksmere w Suffolk, aby odwiedzić swoją ulubioną ciotkę Jane. Dalgliesh i ciepłe rodzinne uczucia? Brzmi trochę nieprawdopodobnie, prawda? Owa zażyłość między policjantem i starą panną pasjonującą się ornitologią ma źródło w podobieństwie ich charakterów – Jane Dalgliesh w niczym nie przypomina uroczej staruszki w typie panny Marple. Postać ciotki Adama wzbudziła moją sympatię i była moją najmocniejszą kandydatką na morderczynię (nie, nie zdradzę, czy miałam rację!) – i przez to zdałam sobie sprawę, że często, gdy podejrzewam któregoś z bohaterów, robię to z czystej sympatii i uznania dla jego inteligencji ;-)

Tak więc Dalgliesh wyjeżdża do pięknej nadmorskiej miejscowości, aby odpocząć po rozwiązaniu trudnej sprawy i zastanowić się nad swoim życiem: a konkretnie, czy warto je zmieniać, by ożenić się z ekscentryczną Deborah Riscoe. Oczywiście nic z tych planów nie wyjdzie – w Suffolk na Dalgliesha już czeka trup. Należy dodać, że to dość nietypowy nieboszczyk, który po śmierci spędza czas bardzo aktywnie: wybiera się na wycieczkę łódką. Muszę powiedzieć, że pierwsza scena książki, w której opisano właśnie żeglującego beztrosko trupa zrobiła na mnie takie wrażenie, że długo nie mogłam się zdecydować, aby czytać dalej – zmotywowało mnie dopiero wyzwanie Czytamy kryminały, bo akcja Z nienaturalnych przyczyn rozgrywa się właśnie w małej miejscowości.

Monksmere to bardzo ciekawa osada z rodzaju snobistycznych: mieszka tam kilku pisarzy i krytyk teatralny – ogółem bardzo barwne grono. Nigdy nie byłam w Suffolk, więc trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście jest to najpiękniejszy zakątek Anglii (w kilku innych znanych kryminałach wychwala się wszak plaże Devonu), ale opisy w książce James przekonująco oddawały jego dziki, nieco niebezpieczny urok – a raczej oddawałyby, gdyby były nieco bardziej urozmaicone. Niestety powtarzały się bez przerwy mało odkrywcze wzmianki o kontraście między spokojem solidnie zbudowanego, ciepłego domu a szaleństwem burzy i wichru na zewnątrz – tak natrętnie, że w końcu mnie to zirytowało. Być może jest to niedopatrzenie redakcyjne: te fragmenty są do siebie tak podobne, że całość tekstu na pewno skorzystałaby na wycięciu ich, tak żeby pozostał tylko jeden, który wtedy na pewno silniej działałby na wyobraźnię.

Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń do Z nienaturalnych przyczyn: James jak zwykle sprawnie buduje intrygę, wprowadza ciekawe, oryginalne postaci, starannie kreśli ich portrety psychologiczne i fachowo, bezlitośnie podpuszcza i zwodzi czytelnika. Największe wrażenie zrobiły na mnie obserwacje dotyczące kalekiej Sylvii Kedge oraz sposób, w jaki Dalgliesh dochodzi do rozwiązania zagadki morderstwa. Tak mi się podoba ten ostatni fragment, że zamieszczam go poniżej, zachęcając jednocześnie do sięgnięcia po kryminały P.D. James – bo naprawdę warto.

Dziesięć minut później Dalgliesh zaparkował w cieniu przydrożnego żywopłotu i ułożył się w samochodzie tak wygodnie, jak to tylko było możliwe dla kogoś o jego wzroście. […] Obudził go grzechot żwiru o maskę i wysokie zawodzenie wiatru. Zegarek wskazywał piętnaście po trzeciej. Zaczynała się wichura i nawet pod osłoną żywopłotu samochód lekko się kołysał. […] opierając się o drewniane ogrodzenie, stanął twarzą do wiatru, którego siła zaparła mu dech w piersiach, i spojrzał przed siebie na mroczne, płaskie pola. Czuł się jak wówczas, gdy jako mały chłopiec jeździł na samotne rowerowe wycieczki i wychodził z namiotu na nocne spacery. To była jedna z jego największych przyjemności, owo poczucie całkowitego osamotnienia, polegające nie tylko na tym, że nie miał towarzysza, ale i na tym, że nikt na całym świecie nie wiedział dokładnie, gdzie się znajduje – samotność nie tylko ciała, ale i ducha. Zamknąwszy oczy, czując w nozdrzach głęboki aromat mokrej trawy i ziemi, potrafił prawie wyobrazić sobie, że znów jest dzieckiem; zapach i noc, i radość były te same.
Pół godziny później znów ułożył się do snu. Ale zanim zapadł w pierwszą strefę nieświadomości, coś się stało. Rozmyślając sennie i bez napięcia o morderstwie Setona, nagle, niewytłumaczalnie, wpadł na pomysł, jak można było tego dokonać.
(str. 210–211) 


Nota wydawcy:
Długie spacery brzegiem morza, odpoczynek przy kominku z kubkiem gorącej herbaty – tak miał wyglądać zasłużony urlop Adama Dalliesha, błyskotliwego nadinspektora Scotland Yardu, który już od dawna cieszył się na myśl o wizycie u ciotki mieszkającej w spokojnej miejscowości w hrabstwie Suffolk. Dziwnym trafem dzień wcześniej miejscowa policja znajduje zwłoki autora kryminałów, pływające w łódce przy brzegu. Mają obcięte w przegubach dłonie. Wszyscy mieszkańcy są podejrzani...

Przeczytane w ramach wyzwania Czytamy kryminały etap maj/czerwiec

środa, 15 maja 2013

Dziesiąte urodziny Hokus-Pokus i moje Top 5


Jedno z moich ulubionych wydawnictw obchodzi właśnie dziesiąte urodziny i dlatego postanowiłam przygotować subiektywną listę the best of Hokus-Pokus. Ograniczę się do pięciu tytułów, chociaż najchętniej napisałabym o piętnastu ;-) 

1. Dorota Matloch, Agata Juszczak, Co krasnale mają w nosie


To przewodnik po obyczajach krasnoludków i krasnalic - zabawny, a przy tym niezmiernie pouczający. Bezlitośnie obala narosłe przez lata stereotypy i przedstawia prawdziwy obraz życia krasnali od dziecięctwa po dorosłość (u krasnali pojęcie starości nie istnieje; i bardzo słusznie). 
Niewiele jest moim zdaniem książek dla dzieci, w których tak pięknie współgrają ze sobą wszystkie elementy. Zakręcone, jazgotliwe ilustracje Agaty Juszczak tworzą atmosferę radosnego absurdu, dowcipny tekst Doroty Matloch zapada w pamięć dzięki oryginalnym konceptom, a projekt autorstwa Big Design po prostu rzuca na kolana i turla po trawie. Chyba największe wrażenie robi na mnie to ostatnie - sama trochę składam (tak to ostrożnie ujmę) i wiem przynajmniej tyle, że tak fajne layouty to prawdziwa rzadkość. No po prostu perełka nad perełkami!

2. Wolf Erlbruch, O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę


To ulubiona książeczka mojego Gruzina, jedna z pierwszych, które przeczytał po polsku. Historia pewnego niecodziennego dochodzenia, w której detektywem jest przesympatyczny, acz pechowy kret. 
W swoim czasie ta książeczka narobiła sporo szumu w mediach - no bo jak to tak: o kupie? Potem kupa w książkach dla dzieci przestała szokować, a nawet tyle się tego narobiło (nomen omen), że zaczęło nudzić... a kret Erlbrucha dalej podbija serca najmłodszych! 

3. Wolf Erlbruch, Gęś, śmierć i tulipan


O tej książce już pisałam na blogu tutaj, więc tylko powtórzę, że to piękna i mądra opowieść z oryginalnymi ilustracjami i przestrzenią do rozmyślania i intepretowania. 

4. Marjolijn Hof, Mała szansa


Czytałam tę książkę jakiś czas temu i zauważam, że do mnie wraca i myślę o niej od czasu do czasu - pewnie dlatego, że nie umiem sobie odpowiedzieć na pytania, które zadaje: o prawo do własnych wyborów, nawet kosztem rodziny, o wolność okazywania uczuć, o to, jak radzić sobie ze strachem o najbliższych, o próbach zapanowania nad światem i iluzji, że to naprawdę możliwe. 
Historia Kiki, czekającej, aż jej tata-lekarz wróci z wojny, napisana jest lekko i prosto, ale poruszająco. Myślę, że warto podsuwać takie książki dzieciom i czytać je razem z nimi - nie ma tu zbędnego moralizowania, tylko autentyczne emocje. 

5. Olga Woźniak, Patryk Mogilnicki, Brud


Na początku podobał mi się tylko tekst tej książeczki - bo brud jest naprawdę fascynujący i pobudza dziecięcą fantazję (zwłaszcza dzieci o zacięciu naukowca). Pamiętam, jak dawno temu w dzieciństwie oglądałam program o żyjątkach, które mieszkają w ludzkich brwiach, brrr! ;-) Bardzo fajny temat i świetne podejście do sprawy. 
Jeśli chodzi o ilustracje, musiałam się do nich przekonać, bo nie od razu do mnie trafiły. Potem jednak chyba do nich "dorosłam" (to trochę tak jak z aktorami charakterystycznymi: najpierw się człowiek dziwi, jak to można mieć taki nos, a potem roztkliwia się nad nim w nieskończoność, jaki oryginalny;-)) Z tego, co słyszałam, dzieciaki zwykle nie mają takich problemów i akceptują cały Brud bez mrugnięcia okiem - a potem biegną zamrażać swoje pluszaki (czemu? więcej o tym w książce!).

Jeśli jeszcze nie słyszeliście o tym wydawnictwie (wydaje mi się to prawie niemożliwe, ale kto wie...), polecam szczerze wszystkie książki Hokus-Pokus. Tutaj jest strona wydawnictwa.  

  


Zmowa długowłosych czyli wiosenne dywagacje nie do końca serio

Zwykle staram się tu trzymać recenzji książek, ewentualnie filmów, ale wiosna szaleje, więc trochę luzu nie zaszkodzi. Tak przypuszczam ;-) 



Rzecz będzie o włosach. Otóż ostatnio zauważyłam, że panuje konsekwentna moda na fryzurę a la Roszpunka. Jadę sobie tramwajem nr 6 (chciałam przy okazji pozdrowić Oisaja z tramwaju nr 4!;-)) i liczę. I wychodzi mi, że przeważająca, przytłaczająca, przyduszająca większość bardzo młodych kobiet (no tak od 14-stu do 30-stu lat) nosi teraz długie albo baardzo długie włosy, najczęściej rozpuszczone. Do ramion, do łopatek, do pasa. Wygląda to ślicznie, ale nie daje mi spokoju pytanie: co one, umówiły się trzy lata temu: "hej, panienki, zapuszczamy i wiosną 2013 damy czadu!"?? O ile modę na krótkie włosy można zorganizować dość szybko, o tyle w drugą stronę - ciężko. 

Nie ukrywam, że widok tych wszystkich loków, pukli, lwich grzyw napawa mnie pewną zazdrością (dziś na dodatek zobaczyłam w tramwaju rudowłosego młodzieńca, który mógłby sobie spleść warkocz jak khal Drogo...), ale też przekorą. Im więcej widzę tych kilometrów włosów, tym większą mam ochotę obciąć się na jeża. Kiedyś miałam taką fryzurę przez pięć lat, więc wiem, że to nie boli ;-) Ale z drugiej strony... może by romantycznie pozapuszczać...? Tylko czy ta moda utrzyma się do 2016? ;-) 

Nawiasem mówiąc, strasznie lubię disneyowskich Zaplątanych. Nie chodzi nawet o włosy - pierwszy raz stworzono bohaterkę, która mamrocze i mówi niewyraźnie ;-) Mnie, w porywach mojej naddźwiękowej polszczyzny, rozumie czasem tylko jedna osoba ^^   

Będę bardzo wdzięczna, jeśli podzielicie się w komentarzach swoimi obserwacjami - czy mnie się tylko wydaje, czy naprawdę długowłosi spiskowcy opanowali ulice? A może tylko w Krakowie tak ich pełno? 
W każdym razie uznaję, że poziom mojej satysfakcji estetycznej w drodze do pracy wyraźnie wzrósł dzięki tym wszystkim Roszpunkom :-)     

   

czwartek, 2 maja 2013

Wyniki konkursu


Tadadadaaam! Wczoraj szczęśliwa ręka mojego Gruzina wylosowała szczęśliwy bilecik:






Gratulacje! :-)

Z zaproponowanych dziesięciu tytułów Nessie wybrała: Terry Pratchett, Stephen Baxter "Długa Ziemia",  Caroline Graham "Duch w machinie", Salman Rushdie "Czarodziejka z Florencji", Kira Izmajłowa "Mag niezależny, Flossia Naren cz. 1" oraz Lis Wiehl, April Henry "Ręka fatum".

Poza nagrodą główną postanowiłam przyznać dwa niespodziankowe wyróżnienia. Wasze odpowiedzi bardzo mnie zainteresowały i wybór był bardzo trudny. Najchętniej nagrodziłabym wszystkich ;-)
Nagrody otrzymują:
Claire - ponieważ od razu nabrałam ochoty, żeby przeczytać książkę, w której występuje opisana przez nią bohaterka. Nagroda to dwie książki: Bernard Cornwell "Pieśń łuków. Azincourt" oraz Marcel Pagnol "Czas tajemnic"
oraz Ejotek - ponieważ jej odpowiedź była bardzo przemyślana i inspirująca. W nagrodę otrzymuje: Marta Guzowska, Agnieszka Krawczyk, Adrianna Michalewska "Mordercze miasta" oraz Oliver Poetzsch "Córka kata".





Dziękuję wszystkim za udział w konkursie :-) Gratuluję zwyciężczyniom, a pozostałym życzę powodzenia następnym razem. Spodobało mi się urządzanie konkursów... ^^   

piątek, 19 kwietnia 2013

Konkurs u Kuzynki Saszy - kampania Książka jest kobietą


W ramach udziału w kampanii Książka jest kobietą oraz z radości, że mój blog osiągnął satysfakcjonującą mnie liczbę wyświetleń, postanowiłam zorganizować konkurs. Zasady są proste: wystarczy w komentarzach pod tym postem napisać o swojej ulubionej bohaterce literackiej i dodać krótkie wyjaśnienie, dlaczego akurat ONA. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania, ale swoje szanse mogą zwiększyć blogerzy, którzy zamieszczą u siebie post informujący o konkursie, a w tym poście banerek z nazwą kampanii (linki proszę również wklejać w komentarzach), ponieważ takie osoby otrzymają dwa losy zamiast jednego. 

Nagroda: pięć książek wybranych z dziesięciu (po wylosowaniu zwycięzcy wyślę na maila listę dziesięciu książek, z których będzie można wybrać pięć). Lista jest tajna, zdradzę tylko tyle, że będą kryminały, fantastyka, książki podróżnicze, biografie, literatura piękna...

Termin zgłoszeń: do 1 maja.

Wyniki losowania podam 2 maja.    

Zachęcam do wzięcia udziału w konkursie :-)

Kampania Książka jest kobietą


Sasza Hady z dumą przedstawia ogólnopolską kampanię Książka jest kobietą, której ma zaszczyt być ambasadorką - w dodatku w bardzo zacnym gronie! Mariola Zaczyńska, Ilona Adamska, Krzysztof Beśka, Karolina Wilczyńska, Alicja Mnicka, Iwona Mejza, Katarzyna Jankowska, Monika Milewska, Joanna Szczepaniak, Sorn Gara - a mam nadzieję, że będzie nas jeszcze więcej! Partnerami kampanii są znane wydawnictwa, takie jak Rebis, Czarne, Prószyński i S-ka, Muza i wiele innych. 

O co chodzi? O rzecz bardzo prostą, która jednak spotyka się w Polsce z niespodziewanie silnym oporem: o promocję czytelnictwa. Kampania organizowana jest przez portal Modaija.pl, którego redakcja podsumowuje pomysł w ten sposób: stwórzmy modę na czytanie! 

Kilka słów dla sceptyków - często się słyszy, że takie kampanie nie mają sensu, bo trafią tylko do ludzi, którzy i tak już czytają, a jeśli ktoś nie czyta, to przecież nie zacznie... Rzeczywiście, było już kilka kampanii w różny sposób zachęcających, żeby JEDNAK sięgać od czasu do czasu po jakąś książkę, a dane dotyczące czytelnictwa w Polsce nadal są alarmujące. No cóż, jeśli nie będziemy o czytaniu coraz więcej mówić, ta sytuacja pewnie się nie zmieni. A jak taka kampania praktycznie "działa"? Tak, jak każda inna moda - poprzez przykład. Tak naprawdę wielu z nas, blogerów, bez przerwy (nawet nieświadomie) prowadzi kampanię promocji czytelnictwa - cały czas mówimy o książkach, czy ktoś chce słuchać, czy nie! A kiedy spotkają się na jakiejś imprezie dwa mole książkowe... no to reszta towarzystwa właściwie może iść do domu ;-) 

Przyznaję, że ze wszystkich tego typu kampanii właśnie Książka jest kobietą wydaje mi się najbardziej stylowa i po prostu fajna. Jej charakter dobrze oddaje eleganckie, kobiece logo. Książka jest kobietą - bo książki powinno się zdobywać i odkrywać jak zakochany młodzieniec tajemniczą dziewczynę :-)

Więcej na temat akcji można przeczytać tutaj: Książka jest kobietą      


czwartek, 18 kwietnia 2013

Pogrom w przyszły wtorek - Marcin Wroński, czyli dzikie czasy

Marcin Wroński
Pogrom w przyszły wtorek
Warszawa 2013
WAB, Mroczna seria


Bardzo niecierpliwie czekałam na piąty tom przygód Zygi Maciejewskiego: wieść o przesunięciu wydania przyjęłam ze zgrzytaniem zębami, a skąpo wydzielane przez wydawnictwo przedpremierowe fragmenty tylko podsycały moją ciekawość. Dlatego kiedy tylko książka się ukazała, pobiegłam do księgarni i porwałam pierwszy z brzegu egzemplarz, jakby ich miało zaraz braknąć – i dopiero w domu przekonałam się, że trafiła mi się kopia wyjątkowa, z „rozjechaną” pieczątką (postanowiłam uznać, że to jak z wadą na rzadkim znaczku pocztowym, i czuć się na wszelki wypadek bogatsza). Najpierw o okładce, bo napatrzyłam się na nią jeszcze przed premierą. Podobnie jak w poprzednich tomach dobrze oddaje klimat, czy raczej największy atut książki; powiedziałabym, że okładka Kina Wenus jest ucieszna, Skrzydlatej trumny – bezpretensjonalna, Anieli – tajemnicza, zaś ta Pogromu: ironicznie-absurdalna. Trochę żałuję, że zdjęcie (o którym wspomina autor w podziękowaniach na końcu) jest nie najlepszej jakości – na ekranie monitora wyglądało idealnie, a na wydrukowanej okładce oczy i usta gorliwej krasnoarmiejki zamieniły się w czarne kropki. No cóż, jakby nie było – takie czasy były…

A właśnie. To była jedna z moich pierwszych refleksji, kiedy już zanurzyłam się w książkowym świecie. Szybko zorientowałam się, że tak naprawdę nie mam pojęcia o tamtych czasach, że wiedza o tych pierwszych, trudnych latach po wojnie niezauważalnie przemieniła się w mojej głowie w jakąś zlepioną z obowiązkowych lektur szkolnych papkę. Mam wrażenie, że komunizm we współczesnej kulturze w ogóle zamienił się w coś przedziwnego – skoro dochodzi już do tego, że pewna sieć telefonii komórkowej postanowiła niedawno uznać Lenina za jedną z „ikon popkultury”, w sam raz na plakat reklamowy… Wydaje mi się, że niektórym młodym ludziom, którzy polityką i historią interesują się średnio, komunizm kojarzy się już przede wszystkim z Misiem (tak, wymądrzam się; bo i ja tych czasów nie pamiętam przecież). Tymczasem to, co w Pogromie w przyszły wtorek pokazuje Marcin Wroński, nie ma nic wspólnego z komedią; a jeśli bywa zabawnie, to równocześnie strasznie i groteskowo.

Świt nowej ery był mroczny, ohydny i brutalny. A także po prostu brzydki, co zauważa Zyga po wyjściu z Zamku: kobiety noszą chuściny, których przed wojną nie założyłaby nawet uboga praczka. Ja rozglądałam się po tym świecie równie bezradnie co Maciejewski i długo nie mogłam się połapać, na czym właściwie polega intryga, kto z nim przeciw komu, dlaczego… Takie wprowadzenie w powojenny świat dzikiego, nieoswojonego komunizmu, w który autor wrzucił Zygę (a z nim czytelników), zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Zauważyłam też, że Marcin Wroński za każdym razem coraz wyżej podnosi sobie poprzeczkę: po mistrzowskim zakończeniu tomu czwartego trudno było się spodziewać czegoś równie wystrzałowego, a tymczasem Pogrom w przyszły wtorek to zupełnie nowa jakość…  

O samym pogromie, wbrew tytułowi, dowiadujemy się niewiele – wisi w powietrzu, pojawia się w aluzjach i przeczuciach bohaterów, ale to nie ta nierozwiązana w rzeczywistości zagadka (nie wiadomo, dlaczego tak naprawdę do pogromu w Lublinie nie doszło) napędza akcję powieści. Można wyróżnić kilka równorzędnych wątków (podejmowane przez Zygę próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości i odzyskania rodziny, niewyjaśniona seria zabójstw starych kobiet, intrygi majora Grabarza), ale dla mnie najciekawszy był bardziej subtelny, powtarzający się motyw szczęścia, losu na loterii. Życie w powojennym Lublinie było pełne niebezpieczeństw, ale też oferowało wiele niesamowitych okazji: a to ktoś zdobył mieszkanie po zaginionym sąsiedzie, a to czyjś wróg z powodu donosu wzbudził zainteresowanie nowej władzy. Ot, szczęście. Niektórzy jednak postanowili swojemu szczęściu dopomóc… W Pogromie w przyszły wtorek zostają oni ukarani, ale nie ma to wymowy dydaktycznej powiastki. Bo mścicielami krzywd są ci sami ludzie, którzy znęcali się nad Zygą, Fałniewiczem, Anińską… Winnych ukarano i ład został przywrócony, ale to przerażający ład, cuchnący świeżą, czerwoną krwią.

Drugim elektryzującym wątkiem była dla mnie oczywiście historia Zygi i Róży. Żona Maciejewskiego i mały Olek paradoksalnie są dla byłego więźnia Zamku tak samo niedostępni, jak wcześniej. Zyga wie, że niewiele ma do zaoferowania swojej rodzinie, że próbując „odbić” Różę, narazi ją na niebezpieczeństwo, ale… Tu właśnie dochodzimy do tego bardzo interesującego momentu, w którym wytrwałe wielbicielki nieokrzesanego lubelskiego gliny nareszcie mogą wykrzyknąć z satysfakcją: no ja wiedziałam, że on tak naprawdę jest złoty człowiek! Hm… no dobrze, prawie złoty, bo dalej kłamie. Ale… Tak, oto wreszcie przyszło co do czego i Maciejewski, jak szczur złapany w pułapkę, wyznaje swe prawdziwe uczucia. Znaczy: stęka, że kocha. To, że w pewnym sensie życie postawiło go pod murem, nie zmienia faktu, że mówi szczerze, ale nie ma co jeszcze uderzać w gong i machać chorągiewkami. Bo to wyznanie przychodzi jakby za późno.

Autor Pogromu w przyszły wtorek bardzo zgrabnie „zawinął” intrygę, niczym iluzjonista kolorową chustę, i znowu zostawił nas oszołomionych i z pustymi rękami. Ja już czekam na następny tom, ale właściwie jestem pewna, że zanim się ukaże, zdążę przeczytać piątą część jeszcze raz.