piątek, 11 maja 2012

Smuga krwi - Johan Theorin


Johan Theorin
Smuga krwi
tłum. B. Matusiak
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2012


Od jakiegoś czasu przy czytaniu kryminałów zwracam uwagę na to, w jaki sposób autor wplątuje głównego bohatera w daną zbrodniczą historię. Prywatni detektywi i policjanci to jedna sprawa, ale skąd się biorą detektywi-amatorzy? Niektórzy tak jak np. panna Marple są po prostu naturalnie wścibscy i kolejne morderstwa im się „przydarzają”. Niektórzy szukają guza i go znajdują. Niektórzy mają pecha. Niektórzy zostają oskarżeni o popełnienie zbrodni i muszą znaleźć prawdziwego mordercę, by dowieść swojej niewinności.
A dlaczego Per Mörner, rozwiedziony ojciec dwójki dzieci, na co dzień parający się mało spektakularnym zajęciem telemarketera, facet na wskroś zwyczajny, był zmuszony poprowadzić prywatne śledztwo? Dlaczego nie mógł po prostu odpocząć w odziedziczonym po krewnym domku na Olandii? To było coś więcej niż pech. Być może wmieszały się w to wszystko jakieś mroczne siły. W końcu właśnie zbliża się noc Walpurgii. Na wyspie zapłoną ogniska. Brzmi to romantycznie i malowniczo, prawda? Nie dajcie się zwieść.

Spokojny (chociaż na pewno nie beztroski) pobyt głównego bohatera na Olandii przerywa telefon od jego zniedołężniałego ojca, Jerry’ego. Mężczyzn nie łączą szczególnie bliskie więzi, a odpowiedzialny jest za to jedynie Jerry, ponieważ Perowi jako synowi nie można nic zarzucić. Wydaje się wręcz, że wykazuje aż za dużo dobrej woli. Tknięty złym przeczuciem Per niechętnie wyrusza do studia filmowego Jerry’ego, żeby zaopiekować się ojcem i odwieźć go do domu. Na miejscu okazuje się, że ktoś podłożył w budynku ogień, a Jerry został napadnięty. Per ma tylko chwilę na to, by wyprowadzić ojca ze studia. Później wraca do płonącego budynku, gdzie odkrywa czyjeś zwęglone ciało i słyszy kobiecy krzyk. Niestety płomienie odcinają Perowi drogę i musi ratować się ucieczką przez okno. Gdy przybywa zaalarmowana straż pożarna, jest za późno – nie udaje się uratować ani studia, ani uwięzionej w nim kobiety.
Per podejrzewa, że ktoś celowo podpalił budynek. Ale kto? Niestety od ojca wiele się nie dowie, gdyż Jerry cierpi na częściową afazję i nie jest w stanie złożyć sensownego zdania, nawet gdyby chciał. A prawdopodobnie nie chce. Wszystko wskazuje na to, że ktoś chce zemścić się na Jerrym, a on przywykł zachowywać swoje sprawy dla siebie. Teraz Per musi jak najszybciej poznać prawdę, by ocalić ojca – a najpewniej i siebie – przed tajemniczym mordercą, który lubi się bawić zapałkami…

Smuga krwi należy do tych kryminałów, które dla przykucia uwagi czytelnika używają bardziej wyrafinowanych środków niż tylko nieustannego podkręcania napięcia. Nie powiedziałabym, że to mrożący krew w żyłach thriller, ale trudno się oderwać od tej lektury i „przeczytanie jeszcze tylko paru stron przed snem” skończyło się w moim przypadku zarwaniem nocy.
Intryga w Smudze krwi rozwija się niespiesznie, nieoczekiwanie i oryginalnie. Dramatyzm przedstawionych wydarzeń został zestawiony z melancholijnym pejzażem surowej olandzkiej przyrody, a realizm współczesnej akcji zmieszany z przesądami i magią, którą niektóre postaci książki biorą zaskakująco serio. W miarę jak pojawiają się kolejne postaci zastanawiamy się, jaką rolę przyjdzie im odegrać w tej historii. Czy powinniśmy szukać mordercy wśród sąsiadów Pera? Czy któreś z nich jest kimś innym, niż się wydaje? W jaki sposób mogli się wcześniej zetknąć z Jerrym? Odpowiedzi na te pytania okażą się naprawdę zaskakujące.

Johan Theorin nie marnuje czasu na obiecywanie czytelnikowi tajemnic i niespodzianek – a im spokojniej prowadzi swoją opowieść, tym bardziej nieoczekiwane okazują się przygotowane przez niego rozwiązania.          

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję serwisowi Zbrodnia w Bibliotece
Zbrodnia w Bibliotece

1Q84 - Haruki Murakami (t. 1)



Haruki Murakami
1Q84 (t. 1)
tłum. A. Zielińska-Elliott
Muza
Warszawa 2010 

Bardzo ostrożnie podchodzę do książek Murakamiego. Nie dlatego, że spodziewam się rozczarowania, tylko dlatego, że poprzednie tak bardzo mi się podobały i boję się, że następna bezlitośnie zrzuci z mojego osobistego piedestału ulubionego Kafkę nad morzem. Właśnie z tego powodu nie odważyłam się jeszcze przeczytać Kroniki ptaka-nakręcacza, która podobno jest najlepsza.
Zacząć czytać trylogię 1Q84 było mi jeszcze trudniej niż zwykle, bo nagle zrobiło się wokół niej trochę jakby za głośno. I nabrałam podejrzeń. Paradoksalnie, do sięgnięcia na kwitnący od dłuższego czasu na mojej półce tom pierwszy skłonił mnie dość niepochlebny artykuł o płaskości Murakamiego opublikowany w czasopiśmie „Książki”. Mówi się tam, że proza Murakamiego to jednak nie to, że za proste to, a jednocześnie zbyt mętne, że autor nie podejmuje aktualnych tematów, a jak podejmuje, to niewłaściwie, że się pisarz na tym i owym nie zna, ale na uszach to jak nikt… Słowem – przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście, biadaliśmy, a wyście nie zawodzili. I tak źle, i tak niedobrze.  To chyba za czasów Oświecenia uważano, że idealną receptą na bycie „modnym” jest krytykowanie tego, co inni najbardziej chwalą. Cały ten artykuł nie przypadł mi do gustu, to chyba jasne. Nie mam ochoty z nim polemizować w całej rozciągłości, powiem tylko, że nazywanie magii obecnej w prozie Murakamiego mętnością wydaje mi się efektem jakiegoś fundamentalnego nierozumienia.   
Pałając świętym gniewem, chwyciłam zatem tom pierwszy i wsiadłam w pociąg. Nie potrafię czytać Murakamiego do poduszki czy w fotelu – żeby odpowiednio się skupić, muszę zawsze wyjść ze swojej strefy komfortu na spotkanie Niezwykłego. Kiedyś z powodu braku odpowiednio inspirującego miejsca czytałam Murakamiego, siedząc na szafie.
Na 1Q84 składają się dwie historie: opowieść Aomame, instruktorki sztuk walki i płatnej morderczyni, i Tengo, wykładowcy matematyki zajmującego się hobbystycznie pisaniem. Skoro mamy mężczyznę i kobietę, tyko czekać historii miłosnej. Najwyraźniej jednak przyjdzie nam czekać długo. Najpierw zauważamy coraz więcej podobieństw między głównymi bohaterami i zagęszczającą się sieć powiązań. Później powoli staje się jasne, że tym co złączy – i rozdzieli – bohaterów będzie tajemniczy świat, gdzie świecą dwa Księżyce.
Moją sympatię wzbudził przede wszystkim Tengo, wrażliwy i nieco powolny młody człowiek. Niespodziewanie zostaje on wciągnięty w dwuznaczną aferę związaną z debiutancką powieścią pewnej niezwykłej siedemnastolatki. Dlaczego Tengo się na to zgadza, skoro jest przede wszystkim człowiekiem rozsądnym? Ha, trudno stwierdzić. Pociąga go twórcze wyzwanie, jakie wiąże się z tą powieścią, ale może to jej autorka jest dla niego najbardziej fascynująca? Nie chodzi jednak o zwykłą fizyczną chemię…
Motywacje i sposób zachowania Aomame jest trudniej zrozumieć i zaakceptować, ale to wcale nie sprawia, że jej poczynania śledzi się z mniejszym zainteresowaniem. W końcu, gdyby wszyscy bohaterowie byliby idealni i nieskazitelnie prawi, czytanie powieści stałoby się szalenie nudne. A Aomame jest intrygująca. Zdecydowanie.
W notkach i recenzjach trylogii podano informację, że Murakami postanowił się zająć problemem przemocy wobec kobiet, i to był aspekt, który odrobinę zniechęcał mnie do lektury. Jest to oczywiście problem ważny i trzeba o tym mówić, ale zawsze mi się wydawało, że pisanie o przemocy, jakiej doświadczają kobiety (niezależnie od wieku) w domu, wiąże się ze specyficznym ryzykiem – otóż czy należy pisać o tym interesująco? Czy czytając o tego rodzaju krzywdach, powinniśmy jednocześnie doznawać estetycznej satysfakcji? Gdzie przebiega granica między słusznym oddaniem głosu ofiarom a wykorzystywaniem efektowej skandaliczności tego tematu? Osobiście mam dość eksploatowania w popularnej kulturze historii porywanych i gwałconych małych dziewczynek. Zaczęto powszechnie nadużywać tej tematyki i wyszukiwać coraz bardziej przerażające opowieści – bo to ludzi naprawdę porusza. Problem w tym, że stopniowo porusza coraz mniej. Bo ileż można o tym czytać bez poczucia pewnej wtórności? Moim zdaniem większość autorów żeruje na tym problemie i nie potrafi przedstawić go z właściwej perspektywy – bo to powinno nas przede wszystkim przerażać, a nie ekscytować.
Pozytywnym przykładem jest tu dla mnie Grobowa cisza Arnaldura Indriđasona, który dzięki pogłębionemu studium psychologicznemu postaci potrafił opowiedzieć o przemocy wobec kobiet z wyczuciem i nie uciekając się do efekciarskiego skandalizowania. Niestety jest to rzadkość.
Dysponując solidnym zapasem uprzedzeń zrodzonych przez obserwowanie współczesnej dwuznacznej eksploatacji tego „kobiecego” tematu, na wieść, że Murakami też, pomyślałam oczywiście „o nieeee”. A powinnam była mieć do niego więcej zaufania.
Podsumowując – zdecydowanie się nie zawiodłam i już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę drugi tom. 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Zakryjcie jej twarz - P.D. James


P.D. James
Zakryjcie jej twarz
tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska
Buchmann, Warszawa 2012




Dobroduszny wiejski doktor, stara panna opiekująca się domem dla samotnych matek, młoda atrakcyjna wdowa, dziedzic wielkiego majątku i obiecujący człowiek sukcesu, prawdziwa angielska dama w starym stylu, roztargniony pastor, wierna służąca… Kto z nich mógł życzyć śmierci młodej, pięknej Sally Jupp, zatrudnionej w rezydencji Martingale jako służąca? Kto tak długo zaciskał palce na jej szyi, aż uszło z niej życie? No cóż, trzeba przyznać, że wszyscy wyglądają dość obiecująco jako kandydaci na morderców. Jeśli mamy do czynienia ze zbrodnią w cichej angielskiej wiosce, a przy tym podczas jarmarku, najbardziej niewinnie prezentujące się osoby automatycznie dostają dodatkowe punkty. Tak to już jest.
Zatrudnienie Sally w Martingale było bardzo ryzykownym krokiem ze strony pani Maxie –  dziewczyna była inteligentna, chętna do pracy i zręczna, ale jej trudna sytuacja (młoda matka z dzieckiem, uparcie odmawiająca podania imienia „winowajcy”) oczywiście komplikowała sprawę.  Chociaż wszyscy pochwalali wspaniałomyślność właścicielki Martingale, która zgodziła się dać biednej dziewczynie szansę, ciągnący się za Sally intrygujący powiew skandalu owionął cały dom. Krótko mówiąc, należało się spodziewać kłopotów – jednak nadciągnęły one z zupełnie nieprzewidzianej strony. Okazało się, że to nie wady Sally napytają biedy wszystkim dookoła, ale jej zalety – szybko stanie się jasne, że rudowłosej piękności i otaczającej jej aurze dramatyzmu nie zdoła się oprzeć syn pani Maxie, młody Stephen. Nikt by się pewnie nie zdziwił, gdyby atrakcyjną służącą o wątpliwej reputacji i przystojnego dziedzica majątku połączył przelotny romans, ale Stephen przyprawił wszystkich o wstrząs, proponując Sally ni mniej ni więcej tylko małżeństwo. Granda i skandal! To nie do pomyślenia! Podczas gdy inni biadolili, ktoś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i jeszcze tej samej nocy wyprawił powabnego rudzielca na tamten świat. Szybko i skutecznie.
Gdy na miejscu zbrodni pojawia się nadinspektor Adam Dalgliesh, wszyscy zdają sobie sprawę, że śledztwo zostanie przeprowadzone bardzo dokładnie i profesjonalnie. Oczywiście wcale im się to nie uśmiecha, bo każdy z mieszkańców Martingale, ba, niemal każdy z wioski, ma coś do ukrycia. A wiele z tych sekretów łączy się z tajemniczą, nieprzewidywalną i nieodwołalnie skreśloną z listy żywych Sally Jupp…
Phyllis Dorothy James (znaną jako P.D. James) zwykle określa się mianem „drugiej Agathy Christie”, co oczywiście jest w pewnym sensie krzywdzące dla tej cenionej autorki, która udowodniła już, że jej nazwisko wystarczy jako gwarancja dobrej literatury kryminalnej. Jeśli jednak ktoś dotąd nie słyszał o P.D. James, ta etykietka rzeczywiście może się na początku przydać, żeby umiejscowić jakoś tę autorkę na kryminalnej mapie. Według mnie o wiele więcej różni James i Christie, niż łączy, ale rzecz jasna jest to sprawa dyskusyjna. Obie posługują się dość prostym i klarownym stylem, ale o ile Królowej Kryminału udaje się dzięki tej prostocie nawiązać błyskawiczny kontakt z czytelnikiem i pociągnąć do za sobą w głąb swojego świata, o tyle u P.D. James ta jasność stylu łączy się z powściągliwością, która tworzy wyraźny dystans. Bohaterowie Agathy Christie do nas przemawiają, po kilku stronach wydaje się nam się, że świetnie ich znamy (oczywiście często bywa to bardzo zwodnicze!), zaś do postaci z książek P.D. James trzeba się nieustannie „przebijać”; są nieuchwytni i zagadkowi. Najbardziej tajemniczą osobą w Zakryjcie jej twarz jest Sally Jupp - nie tylko dla czytelników, ale też dla pozostałych postaci. Uczciwa młoda kobieta, która miała pecha? Sprytna intrygantka? Niewdzięczna i złośliwa kokietka, która lubi się bawić cudzym kosztem i lubuje się w skandalach? Niewinna ofiara? Jaka była naprawdę Sally? Nad tym przede wszystkim zastanawia się Dalgliesh (postać sama w sobie dość przeźroczysta i nieuchwytna). Jeśli to charakter Sally jest kluczem do rozwikłania zagadki jej śmierci, nadinspektor będzie musiał ją „poznać”, a Sally istnieje już tylko we wspomnieniach innych. Czy z tych odprysków luster uda się złożyć prawdziwy obraz młodej, pełnej życia dziewczyny, którą była?
Niejednoznaczne, precyzyjnie skonstruowane portrety bohaterów są na pewno jedną z największych zalet pisarstwa P.D. James. Co ciekawe, sam detektyw zostaje zepchnięty na drugi plan, a na scenie królują podejrzani. Zdecydowanie wybija się spośród nich nieładna, zakompleksiona Catherine, pewna siebie i twarda Deborah oraz inteligentny, dowcipny Felix. Co chwila są ukazywani z innej strony, tak że trudno wyrobić sobie o nich zdanie albo ich polubić. Dzięki temu zabiegowi lekturze towarzyszy napięcie inne niż tylko to związane z pytaniem, kto zabił. Czytelnik ma świadomość, że aby w kulminacyjnym momencie zrozumieć, dlaczego ktoś postanowił zabić Sally Jupp, będzie musiał bardzo pilnie śledzić przez cały czas akcji drgnienia emocji poszczególnych osób, odczytywać ich motywacje w danym momencie i analizować stosunek do pozostałych bohaterów. To może się wydawać oczywiste – w końcu w każdym kryminale trzeba przyjrzeć się uważnie każdemu podejrzanemu – ale w przypadku P.D. James to zadanie zostało celowo utrudnione. Bo tak się składa, że ktoś tu bardzo pięknie kłamie. I to kłamie, że tak powiem, na wielką skalę.
Zakryjcie jej twarz to lektura bardzo satysfakcjonująca, którą można polecić nie tylko fanom Agathy Christie. Ten klasyczny kryminał może stanowić ciekawe wyzwanie dla tych, którzy od klasyki już się odzwyczaili – warto sobie przypomnieć, co tak lubimy w tradycyjnych powieściach kryminalnych i na ile sposobów mogą one nas zaskoczyć.         

Criminal Minds w Polsce - już jest! :-)


Wczoraj już widziałam na Empikowym stosie fajnych nowości :-)
Polecam fanom serialu!
Więcej informacji tutaj

środa, 28 marca 2012

Gdzie mól i rdza - Paweł Pollak

Gdzie mól i rdza
Paweł Pollak
Wydawnictwo Oficynka
Gdańsk 2012




„To nie Nowy Jork, panie komisarzu!”. No cóż, może i nie, ale okazuje się, że i we Wrocławiu może być wesoło i kolorowo, a nawet egzotycznie – a to kogoś uśmiercą strzałką nasączoną kurarą i oskalpują, a to innemu rozbiją głowę chińską maczugą… Jedynie ofiary tych niezwykłych mordów nie wydają się szczególnie interesujące – giną samotni emeryci. Wyśledzeniem pomysłowego mordercy (lub morderców) napadającego na starszych panów zajmuje się komisarz Marek Przygodny, policjant, by tak rzec, tradycyjny. Taki, który nie może spokojnie oglądać amerykańskich seriali o pracownikach nowoczesnych laboratoriów kryminalistycznych (bo przecież uczą morderców, żeby nie pluć, nie kichać i rwać włosów z głowy na miejscu zbrodni), który nie uznaje „partnerstwa” w pracy (bo jego podwładni są jego – no właśnie: podwładnymi, a nie kumplami) i który nie ma złudzeń co do efektywności i szybkości pracy polskiej policji. A przy tym – uwaga – nie jest cynicznym, zgorzkniałym podrywaczem po przejściach tylko mniej więcej normalnym, fajnym facetem. Sprawy, którą ma się zająć, nie traktuje jako osobistej zniewagi, rękawicy ciśniętej mu w twarz przez Zło tego świata, ale jako kolejne zadanie do wykonania. A Marek Przygodny wykonuje swoje obowiązki solidnie – niezależnie od tego, czy chodzi o pracę, czy dom. Niestety, kiedy poznajemy naszego bohatera, w jego życiu rodzinnym, a raczej małżeńskim, zaczyna się źle dziać, i chociaż Przygodny nie ucieka przed problemami, to jednak szczerość, uczciwość i dobra wola mogą nie wystarczyć, aby uratować jego małżeństwo.

Od razu polubiłam komisarza Przygodnego, który korzystnie odbija się na tle pozostałych postaci (chociaż do złośliwego doktora Małeckiego mam szczególny sentyment). Nie można powiedzieć, aby inni bohaterowie zostali przedstawieni nieciekawie czy schematycznie, na pewno nie: mamy niepoprawnego playboya Kuriatę, kuriozalny duet policjantów Wójcik&Wojtkiewicz (sympatyczne osiłki żywcem niemal wyjęte z tego starego kawału, że mundurowi chodzą parami, bo jeden umie czytać, a drugi pisać), aspiranta Gajdę, ekscentrycznego dyrektora Denisowskiego… Rzecz w tym, że Przygodny jest tak sympatyczny, rozsądny i odpowiedzialny, że inni po prostu nie mają przy nim szans :-) Takie życie;-)

W powieści kryminalnej, a szczególnie tej tradycyjnej, bardzo ważny jest początek: przy pierwszych stronach uwaga czytelnika skupia się na szczegółach, żeby jak najszybciej wejść w świat przedstawiony – lub z niego czym prędzej wyjść, jeśli okaże się, że autorowi nie udało się go zainteresować. Paweł Pollak zadbał o to, aby początek jego książki był absolutnie olśniewający, zabawny i intrygujący; już po przeczytaniu kilku stron wiedziałam, że muszę skończyć całość jeszcze tego samego wieczora. Reszta książki zdecydowanie nie rozczarowuje i trzyma poziom, ale akcja staje się tak wciągająca, że w pewnym momencie detale i małe stylistyczne perełki zaczynają nam uciekać – powtórna lektura jest jak najbardziej wskazana. Jedyne, co mi odrobinę nie odpowiadało, to fakt, że każdy podejrzany był w pewnym sensie przypisany do innego rejestru i typując zabójcę, trzeba było od razu zdecydować się na konkretny schemat – a ja lubię intrygi, w których wszystkich podejrzanych można spokojnie zamknąć w jednym pokoju i wypisać im numery na plecach jak sprinterom;-)) No ale nie można mieć wszystkiego. Chociaż autor zdecydował się na klasyczny model kryminału, dostosował go do swoich założeń – co oczywiście wyszło mu na dobre. Gdzie mól i rdza to propozycja z jednej strony oryginalna i współczesna, a z drugiej nawiązująca do klasyki gatunku. Jest to lektura lekka, ale napisana bardzo błyskotliwie, między dowcipne dialogi, opisy śledztwa i wciągające sceny akcji autorowi udało się wpleść sporo wnikliwych przemyśleń, które czynią z głównego bohatera postać wielowymiarową i bardzo wiarygodną.

Kilka słów należy się okładce, która od pierwszego wejrzenia zrobiła na mnie duże wrażenie. Jest oszczędna, bardzo wyrazista i świetnie skomponowana. Lekko makabryczna, ale jednocześnie stonowana i sugerująca elegancki dystans do konwencji, którego przecież książce Pawła Pollaka nie brakuje. A uważny czytelnik zauważy, że dyskretne tło stanowi przewrotną podpowiedź, odnoszącą się bezpośrednio do fabuły. Baardzo lubię takie przemyślane, oparte na koncepcie okładki „szyte na miarę”.

Podsumowując, Gdzie mól i rdza to nowość, której nie wolno przegapić. Książka Pawła Pollaka zapewnia kilka godzin dobrej rozrywki w doborowym towarzystwie (chociaż nie wiem, czy rzeczywiście chciałabym stanąć oko w oko z doktorem Małeckim i jego termometrem;-)). A jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego policjanci nie przepadają za pornografią, co może spotkać nieuczciwego recenzenta książek i kto jest najbardziej popularny w szpitalach psychiatrycznych, to też dobrze trafiliście.                

czwartek, 22 marca 2012

Ruchomy zamek Hauru - Diana Wynne Jones

Ruchomy zamek Hauru
Diana Wynne Jones
tłum. Danuta Grórska
Wydawnictwo Amber
Warszawa 2005


Sophie jest najstarszą z trzech sióstr i dobrze wie, co to oznacza: nawet jeśli wyruszy w świat szukać szczęścia, nic z tego nie będzie. Gdyby najstarszym siostrom udawało się upolować księcia, wszystkie bajki byłyby żałośnie krótkie. Tak więc Sophie zdecydowała się zostać w domu i jak najlepiej przygotować swoje młodsze siostry do szczęsnego losu, który je czekał (no, przynajmniej tę najmłodszą).  Zresztą, tak naprawdę wcale nie miała ochoty na wielką przygodę – los pokarał Sophie nie tylko zdrowym rozsądkiem, ale również sporą dawką odpowiedzialności, pracowitości, solidności, skromności i wszystkich innych temu podobnych cech, które tak bardzo cenimy u innych, lecz sami okazujemy niezwykle nieśmiało. Kiedy przyszło do decydowania o przyszłości wszystkich trzech sióstr, Sophie spokojnie przyjęła to, że podczas gdy jedna jej siostra wyrusza na praktykę do czarownicy, a druga do popularnej ciastkarni, w której kłębią się tłumy przystojnych młodzieńców, ona sama zostaje pilnować rodzinnego interesu. Przecież od początku wiedziała, że tak będzie. Od rana do nocy szyje i ozdabia kapelusze, z którymi potem prowadzi długie rozmowy. W końcu dochodzi do tego, że boi się wyjść do miasta, nawet po to, by odwiedzić siostrę. Toteż właściwie niewiele się zmienia, kiedy do sklepu z kapeluszami przychodzi pewnego dnia Wiedźma z Pustkowia  i zamienia Sophie w staruszkę. Teraz Sophie może gorzknieć sobie spokojnie bez wyrzutów sumienia i gadać do siebie, ile dusza zapragnie. Przecież tego się oczekuje od staruszek.


Sophie decyduje się opuścić dom, żeby nie straszyć swoich bliskich obecnym mało powabnym wyglądem. Po drodze spełnia kilka baśniowych dobrych uczynków, ale nie pojawia się ani piękny książę, ani dobra wróżka, która zdjęłaby z niej zły czar. No cóż, tego się można było spodziewać.
Za to ostatnie, czego mogłaby się spodziewać, to spotkanie ruchomego zamku czarodzieja Hauru, który podobno jest równie zły, co Wiedźma z Pustkowia. Albo prawie. Mówią, że porywa młode dziewczęta, żeby im ukraść duszę i pożreć serce. Jako że Sophie już nie jest młodą dziewczyną, decyduje się zaryzykować i wkracza do zaczarowanego zamku. Czarodzieja nie ma w domu, ale jest jego młody uczeń Michael, czyjaś czaszka (powściągliwie milcząca) oraz ogniowy demon, Kalcyfer. Z tym ostatnim Sophie zawiera sekretny układ – w zamian za pomoc w zerwaniu kontraktu z czarodziejem, demon ma zdjąć z niej urok. Problem w tym, że Sophie nie ma pojęcia, o jaki kontrakt chodzi, i żeby to odkryć, będzie musiała zostać w zaczarowanym zamku przez miesiąc. Poza tym warto zastanowić się, co się stanie, gdy jej się uda i nagle stanie pośrodku ruchomego zamku Hauru jako młoda dziewczyna, z młodym, kruchutkim sercem…

Wydaje się, że niewielu wielbicieli anime Ruchomy zamek Hauru w reżyserii Hayao Miyazakiego zdaje sobie sprawę, że film ten powstał na podstawie książki Diany Wynne Jones. Ja najpierw widziałam wersję filmową, toteż na początku, czytając książkę, ciągle miałam przed oczami magiczne, kolorowe obrazy ze Studia Ghibli. Później, w miarę jak przybywało bohaterów, którzy nie występują w filmie, a akcja się zapętlała, mogłam wreszcie docenić sam tekst.
Książkę czyta się wspaniale i naprawdę nie dziwi mnie, że sam wielki Miyazaki pokusił się o jego adaptację. Autorka z rozmachem kreśli świat magii i tajemniczych przejść między światami, a czyni to tak przekonująco i lekko, że nawet nie zauważamy, że trochę brakuje tu porządku i szczegółowych opisów, do których przyzwyczaiły nas (no dobrze – mnie, nie wiem, jak innych;-)) epickie opowieści fantasy. Anime wspaniale uzupełniło te „luki” przepięknymi obrazami, tak jakby ta książka i film były dla siebie stworzone. Jednocześnie nie mogę powiedzieć, że uważam, iż samej książce czegoś brakuje. Nie każde dzieło fantasy musi zawierać Dodatki A – F, rozmówki ludzko-elfickie, drzewo genealogiczne królów Numenoru i uniwersalny kalendarz Shire. Książka Diany Wynne Jones jest cudownie lekka. Autorka prowadzi narrację w sposób bardzo naturalny, kolejne wydarzenia łączą się ze sobą raczej na postawie intuicyjnych skojarzeń niż według jakiegoś ustalonego, sztywnego planu.
Cała ta prostota kompozycji nie przeszkadza w rozwoju bardzo logicznej i spójnej akcji (której to logiki i spójności anime do końca nie oddaje). Wszystkie szczegóły w którymś momencie zaczynają się ze sobą łączyć, przeplatające się wątki zacieśniają się coraz bardziej – i powoli, ale zdecydowanie zbliżamy się do rozwiązania tajemnicy Hauru.  
O ile styl książki wydaje się dość przejrzysty i nie ma tu szczególnie poetyckich metafor, nad którymi można by się na dłużej zatrzymać, o tyle przemycane przez autorkę ironiczne przemyślenia na temat starości, relacji damsko-męskich czy rodzinnych dają naprawdę wspaniały efekt. Trzecioosobowa narracja prowadzona jest z perspektywy Sophie, a trzeba przyznać, że wyrasta ona na dość zgryźliwą, stanowczą i nieznośną staruszkę. Mimo wszystko w centrum opowieści znajduje się Hauru (tak jak lubi) – sprytny, próżny, leniwy, bałaganiarski, tchórzliwy, czarujący, nieodgadniony… Wszyscy inni muszą usunąć się na dalszy plan. Jednak tak naprawdę do końca nie można zorientować się, kto tu jest kim – i jeśli myślicie, że film wam w tym pomoże, to nic z tego.   
Bardzo podobało mi się przedstawienie nadprzyrodzonej warstwy opowieści. Magia po prostu się tu wydarza, nie trzeba tłumaczyć, skąd się bierze i jakie są konsekwencje nadużywania mocy – wystarczy obserwować, co się dzieje. Okazuje się też, że właściwie każdy może posiadać jakieś magiczne moce i nawet sobie tego nie uświadamiać. Magia w Ruchomym zamku Hauru podobna jest trochę do alchemii – nigdy nie wiadomo, czy coś nie wybuchnie, ale warto spróbować.

Podsumowując: zabawna, lekka, wciągająca i miejscami nieco makabryczna książka Diany Wynne Jones zdecydowanie godna jest uwagi. Można czytać ją niezależnie od anime i dobrze się przy tym bawić. Jest tak smakowita, że połyka się ją od razu – tak jak Hauru pożera delikatne dziewczęce serduszka…



P.S. I dobra wiadomość: jest druga część Ruchomego zamku HauruZamek w chmurach  (Castle in the Air). I druga dobra wiadomość: to nie jest najsłynniejszy cykl tej autorki (sławę przyniosły jej Światy Chrestomanciego). 

Okiem redaktora: Bardzo dobre tłumaczenie. Aby zachować spójność z japońskim oryginałem (w Polsce najpierw ukazał się film, potem dopiero tłumaczenia książek), angielski Howl pozostał japońskim Hauru. Odrobinę zaciera to gry słów oryginału, ale za to jest rozpoznawalne, oczywiście. Ja bardzo polubiłam imię Hauru J
Okiem edytora: Okładka zdecydowanie mi się nie podoba. Byłoby bosko, gdyby dało się na nią wrzucić jakiś fajny kadr z filmu. Cokolwiek.   

niedziela, 18 marca 2012

Srebrne świnki - Lindsey Davis


Lindsey Davis
Srebrne świnki
tłum. Konrad Majchrzak
Rebis
Poznań 2009

Chociaż detektyw Marek Dydiusz Falko jest plebejuszem, nigdy nie protestował przeciwko kontaktom z wyższymi warstwami rzymskiego społeczeństwa. Kiedy na przykład piękna szesnastolatka wysokiego rodu wpada na niego na Forum Romanum, nasz bohater nie narzeka. Niestety, śliczna panienka nie jest sama – ze złowróżbnym pośpiechem podąża za nią dwóch niesympatycznie wyglądających drabów. Jako że Falko nigdy nie odmawia swej pomocy damie w potrzebie (a zwłaszcza takiej, która będzie mogła mu się stosownie odwdzięczyć), już wkrótce oboje znajdują schronienie w mieszkaniu Marka. Dziewczyna jest bezpieczna. Na razie.
Spotkanie z tą złotowłosą pięknością okaże się dla Marka Dydiusza brzemienne w skutki – tyle że zamiast niezobowiązującego romansu czeka go spotkanie z brutalnym edylem Pertynaksem, pobicie, depresja, uciążliwa podróż do znienawidzonej Brytanii, starcie z pewną bardzo zdecydowaną damą o imieniu Helena, a w końcu niewolnicza praca w kopalni srebra. Nie podnosi go na duchu nawet to, że jego tajemniczy zleceniodawcy, którzy powierzyli mu zadanie zdemaskowania spiskowców planujących zdradę cesarza, być może mu zapłacą (detektywi nie mieli wtedy łatwego życia). Na szczęście w końcu los zaczyna patrzyć przychylnie na Falkona. Na początek nie ginie w więzieniu i nie amputują mu nogi. To już coś. Na koniec zaś nasz bohater stanie przed wyborem, który może odmienić całe jego życie. Pytanie tylko, co w takiej chwili zrobi krnąbrny, niezależny i nieuleczalnie prawy Falko…    
Z Markiem Dydiuszem Falkonem miałam już do czynienia – przy okazji recenzowania Ostatniego aktu w Palmirze (ZwB). Wtedy jednak nie doceniłam w pełni doskonałego cyklu Lindsey Davis i dopiero kiedy sięgnęłam po pierwszy tom serii, Srebrne świnki, odkryłam Marka na nowo.
Okładki, którymi opatrzyło swoją edycję wydawnictwo Rebis, nie zapowiadają wyjątkowej przyjemności, której dostarcza lektura przygód Falkona. Chociaż Davis ukazuje życie w Rzymie za czasów cesarstwa w sposób zupełnie niekonwencjonalny, ilustracje są dziwnie poważne, klasycznie wyciszone – jakbyśmy trzymali w ręce podręcznik do historii. Oczywiście, nie można odmówić autorce dogłębnej wiedzy na temat opisywanych przez nią czasów (jej dociekliwość w oddawaniu szczegółów życia codziennego Rzymian jest wręcz niepokojąca: na pewno nie chcielibyście wiedzieć, czym rzymskie praczki wybielały togi obywateli… ale się dowiecie!), ale to nie historyczna dokładność jest największym atutem serii o Falkonie. To błyskotliwy humor, umiejętność zabawy z oczekiwaniami czytelnika, przewrotność fabuły, całkowicie pozbawione nadęcia, żywe przedstawienie życia w ówczesnym Rzymie i wyraziści bohaterowie sprawiają, że od książek Lindsey Davis nie można się oderwać. Gdyby Falko mógł sam zaprojektować tę okładkę, zapewne w centrum umieściłby skąpo odzianą frygijską tancerkę, wielki dzban wina i… może jeszcze jedną tancerkę. Dla równowagi.
Polski pisarz, autor „starożytnego” kryminału Kiedy Atena odwraca wzrok, Jakub Szamałek, chciał zerwać z drętwymi, stereotypowymi przedstawieniami ludzi czasów antycznych – przekonywał, że to nie było tak, że oni na okrągło rozprawiali o filozofii i wnosili okrzyki w rodzaju „Na bogów!”: „Zamiast rozprawiać o dziełach Fidiasza, woleliby obejrzeć walkę kogutów, dobrze zjeść albo pójść do burdelu!” (źródło: ZwB). W książkach Lindsey Davis bohaterowie wołają co chwilę: „Na Herkulesa!”, „O bogowie!” – na przykład główna bohaterka żeńska, wysoko urodzona senatorska córka Helena Justyna zwykle krzyczy coś w rodzaju: „Na Minerwę i Junonę, Falko, ty draniu!”. Poza tą drobną różnicą w stylu, założenie jest to samo: ukazać starożytnych jako normalnych ludzi, a nie marmurowe posągi. Zarówno Lindsey Davis, jak i naszemu rodzimemu autorowi udaje się to wspaniale.
Mimo świadomości, że mam teraz dużo pilnych zadań, naprawdę trudno było mi odłożyć Srebrne świnki, kiedy już się do nich przyssałam. Nie chodziło nawet o to, że intryga była aż tak wciągająca – po prostu czytanie tej książki sprawiało mi ogromną, nie do końca wytłumaczalną przyjemność. Wspaniale było uciec od napierającej zewsząd rzeczywistości i powłóczyć się z Markiem po szemranych dzielnicach Rzymu. Na szczęście czytało się to bardzo szybko, więc nie miałam aż takich wyrzutów sumienia. A teraz, kiedy już w pełni usatysfakcjonowana zakończyłam lekturę, pozostał tylko jeden problem. Przewidująco kupiłam też drugi tom…       


Okiem edytora: Poza niedopasowaniem okładki do charakteru książki bez zastrzeżeń. Rebis naprawdę pięknie wydaje książki - skład jest prosty i przejrzysty, papier bardzo przyjazny (to lubię, powiadam!).

Okiem redaktora: Bardzo dobry przekład, tłumacz świetnie oddaje wszystkie smaczki stylu autorki - i Falkona!