niedziela, 24 marca 2013

Zatrute czekoladki - Anthony Berkeley

Anthony Berkeley
Zatrute czekoladki
tłum. Zofia Uhrynowska
Iskry, Warszawa 1965
seria Klub Srebrnego Klucza


Na mojej szafie spełniającej funkcję podręcznej biblioteczki jest stos książek autorów ze Złotego Wieku angielskiej powieści detektywistycznej i oto kolejna (po Klubie Bellona, Jak najwięcej grobów i Tajemnicy Hog's Back) recenzja – tym razem przed państwem Anthony Berkeley i jego Zatrute czekoladki.
Na początku zaznaczę, że jest to dosyć specyficzny kryminał – praktycznie pozbawiony akcji i składający się w głównej mierze z dywagacji; w notce na okładce wydania z serii Klub srebrnego Klucza jest określony jako „szarada kryminalna”. Nigdy dotąd nie spotkałam się z tym rodzajem powieści detektywistycznej i nie powiem, żeby to było właśnie to, co tygryski lubią najbardziej, ale bardzo się cieszę, że przeczytałam Zatrute czekoladki, bo zdecydowanie lubię nowe doświadczenia czytelnicze.

Fabuła zarysowana jest w książce dosyć skrótowo: londyńska policja biedzi się z trudną sprawą morderstwa, którego ofiarą padła Joan Bendix, zjadając zatrute nitrobenzenem czekoladki. Wszystko wskazuje na to, że morderca zamierzał jednak uśmiercić inną osobę, a czekoladki trafiły do pani Bendix przypadkiem – przyniósł je do domu jej mąż (który nota bene również się zatruł, ale udało się go uratować), który z kolei dostał je od swojego znajomego z klubu, sir Eustace’a; ten zaś otrzymał je od samego producenta słodyczy jako próbkę reklamową. Tyle wiemy. Tyle wie też inspektor Moresby, prowadzący tę sprawę – chwilo bez powodzenia. Decyduje się on na dość niezwykły krok i zaprasza do współpracy elitarny klub detektywów-amatorów, którego prezesem i założycielem jest Roger Sheringham, pisarz kryminałów. W grupie jest jeszcze trzech innych pisarzy: Alicja Dammers, Mabel Fielder-Flemming, Percy Robinson, wzięty prawnik sir Charles Wildman oraz Ambrose Chitterwick (postać, powiedziałabym, z ducha dickensowska). Kółko detektywów z radością przystaje na plan Sheringhama i każdy z członków deklaruje, że przedstawi własne rozwiązanie tej zagadki. Inspektor Moresby postanawia obserwować czujnie ich poczynania i – mimo wszystko – żywi nieśmiałą nadzieję, że uda im się na coś natrafić i wspólnie wytypować mordercę. Rzecz w tym, że każdy z śledczych-amatorów podaje inne rozwiązanie…

Nazwałabym Zatrute czekoladki odwrotnością klasycznego kryminału – zamiast grona podejrzanych mamy grono detektywów i nie skupiamy się przede wszystkim na tym, kto okaże się mordercą, lecz na tym, kto będzie miał rację i zwycięży, poprawnie rozwiązując zagadkę. Poza tym w książce Berkeleya mamy też do czynienia z zupełnie inną kompozycją: o ile w „zwykłym” kryminale przemowa detektywa, wyjaśniającego kto, jak i dlaczego zabił, następuje na końcu, o tyle Zatrute czekoladki składają się z samych takich przemów. To właśnie z wypowiedzi poszczególnych członków kółka detektywistycznego dowiadujemy się o ich poczynaniach (niektórzy stawiają na metodę typu Nero Wolfe: siedzę i myślę, a inni podejmują praktyczne działania: przekupują pokojówki, prowadzą nieoficjalne przesłuchania). Taka konstrukcja sprawia, że książka jest dosyć statyczna, tym bardziej, że bohaterowie bardzo lubią mówić długo i szczegółowo, a narrator z przyjemnością rozwodzi się nad ich słabościami, śmiesznostkami i okropnym nudziarstwem. No i rzeczywiście, mnie również te przemowy mocno znużyły, chociaż muszę przyznać, że im bliżej końca, tym ten kryminał robi się ciekawszy, zaś wywód Percy’ego Robinsona jest tak świetnie poprowadzony, że udało mu się mnie całkowicie zaskoczyć i autentycznie rozbawić.

W miarę, jak przemawiają kolejne postaci, dowiadujemy się coraz więcej o śmierci pani Bendix, a także o samych detektywach. Nie wahają się oni wykorzystywać swoich prywatnych znajomości i kontaktów podczas śledztwa, a przez to okazuje się, że niektórzy z nich mają co nieco wspólnego zarówno z Bendixem, pogrążonym w żałobie wdowcem, jak i sir Eustace’em, który cudem uniknął śmierci. Morderca równie dobrze może znajdować się pośród grupy detektywów…

Zatrute czekoladki na pewno nie są kryminałem idealnym: postaci zostały zarysowane bardzo schematycznie i nie sposób do nikogo się tam przywiązać, ani nikogo znielubić, akcja praktycznie nie istnieje, fabuła została oparta na powtarzalnej sytuacji, w narracji zdarzają się okropne dłużyzny, a poczucie humoru autora wydaje mi się mocno zwietrzałe… Mimo wszystko myślę, że warto po tę książkę sięgnąć, bo kryminałów tego typu jest bardzo mało, a wszystkie wersje motywów i sposoby wykonania morderstwa zostały bardzo dobrze przemyślane i skonstruowane z godną podziwu żelazną logika. Mamy tu sześć bardzo prawdopodobnych, mocno opartych na dowodach hipotez, a poruszanie się między tymi pomysłami wymaga niezłej gimnastyki umysłu. Ja – przyznaję się bez bicia – nie domyśliłam się, kto jest mordercą; autorowi udało się mnie zmylić i oszołomić wielością możliwych rozwiązań.

Nie sądzę, abym w najbliższym czasie znów sięgnęła po jakąś książkę Berkeleya, ale to było ciekawe doświadczenie. Póki co, jeśli chodzi o autorów Złotego wieku, na pierwszym miejscu wciąż plasuje się Margery Allingham.      

Recenzja dołączona do wyzwania Czytamy kryminały edycja marzec/kwiecień (kryminał angielski)

3 komentarze:

  1. I ja ostatnio zaczytuję się w kryminalnych seriach rodem z PRL. To naprawdę świetna rozrywka. No i kupiłam wczoraj "Morderstwo na mokradłach" (ebooka na Koobe.pl) Trochę musi poczekać, bo walczę z "Zaklętym dworem"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ebooka to nawet ja nie mam ;-) Życzę miłej lektury

      Usuń
    2. powoli przestawiam się na wirtualne wydania, ale nie rezygnuję z papieru :-)

      Usuń

Będzie mi miło, jeśli wpiszesz jakiś komentarz :-)